24.10.2024, 00:50 ✶
Tak. Te słowa wyryły się w mózgu Ambroisa w chwili, w której padły na głos. Ich świat właśnie się rozpadał. To był koniec tego, co znają...
...ale czy po raz pierwszy w historii?
Nie. Czarodzieje od dawna adaptowali się do trudnych warunków. Nawet, jeżeli trudno było w to uwierzyć (jemu także) to osunięcie się na podłogę i załamanie rąk nie było żadnym rozwiązaniem problemu. Podczas piekielnego dyżuru w Mungu Roise jak nigdy uświadomił sobie, że nie istniały łatwe rozwiązania. Tak właściwie to nigdy. Nie odebrano im ich. Zwyczajnie nigdy ich nie było. Zawsze ktoś miał cierpieć. Jeśli nie jedni to drudzy - pojedynczy ludzie albo całe rodziny.
On nie chciał, żeby cierpiano za niego z jego powodu. Nigdy.
- Zawsze do ciebie wrócę - odmruknął, wierzchem dłoni przesuwając po policzku Geraldine a twarz jeszcze przez długą chwilę wtulając w jej pachnące domem włosy.
Był zdecydowany dotrzymać tego słowa. Bardziej niż czegokolwiek, prócz tego, że zawsze będzie dla niej wtedy, kiedy będzie go potrzebować. Choć jedno wiązało się z drugim. To było coś, czego nie dało się rozdzielić. Był o tym święcie przekonany, to ona była zresztą jego świętością. Nie istniało nic, co mogłoby sprawić, że złamie dane jej przyrzeczenie.
Nie byłby w stanie tego zrobić. Nie bez konsekwencji, o których nawet nie planował myśleć, nie rozważając czegoś, co było poza skalą najgorszych przewidywań. Znacznie gorszych nawet od nagłej śmierci, z której ryzykiem przecież musiał się liczyć. Starał się minimalizować wszelkie wyskoki, nie narażać się bez potrzeby, postępować rozsądniej niż kiedykolwiek by planował. Nie chciał być osobą, która kiedykolwiek będzie odpowiedzialna za jej cierpienie. Tak jak ona była jego bezpieczną przystanią na wzburzonych wodach, tak on usiłował być dla niej światłem w ciemnościach. Nawet, jeśli sam obracał się w mroku. Tym bardziej chcąc ją przed nim chronić, biorąc na siebie jak najwięcej z tego, co mogłoby stłumić blask w oczach Geraldine.
Mieli plany. On również je miał. Stawały się coraz wyraźniejsze. Bardzo bliskie zagoszczenia w rzeczywistości a nie tylko w jego skrywanych myślach. Usiłował zrobić wszystko, aby móc je spełnić już niedługo, wcześniej dopinając tylko te wszystkie upierdliwe acz niezbędne szczegóły. Później mogliby znów cieszyć się swoim coraz bardziej poukładanym, spokojniejszym życiem.
Nie zawaliłby tego. Nie po tylu perturbacjach, które udało im się wspólnie przeżyć, wstając wyłącznie silniejsi i bliżsi sobie nawzajem.
Teraz wszystko nagle się skomplikowało. Jeszcze nie wiedział, co powinien uczynić. Musiał wyjść z jakimś rozwiązaniem. Utrzymać ich na powierzchni z dala od łapsk jednej czy drugiej strony. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że oboje chcieli tego samego - neutralności nawet w szalonych, tragicznych czasach, w których miano wymuszać na nich wybór strony. Dla Ambroisa nie było żadnej słusznej.
Nie popierał mordowania z zimną krwią, gdy dało się załatwić sprawę w inny sposób. Nie był nieskazitelnym człowiekiem. Miał krew na rękach. Począwszy od Rosiera wiele lat wcześniej, poprzez niezliczone ofiary swoich najlepszych klientów po kilka sytuacji, w których nie miał innego wyjścia niżeli stanąć do walki i wygrać ją za wszelką cenę, bo obiecał wrócić do domu. Nigdy nie czerpał z tego chorej satysfakcji, ale nie mógł dać się przytłoczyć wyrzutom sumienia. Robił wszystko, żeby przeżyć, bo miał dla kogo to robić.
I wiedział, po prostu wiedział, że jeśli zostałby do tego zmuszony po raz kolejny tym razem w tej walce, tym razem w obronie najbliższej mu osoby - zrobiłby to tyle razy, ile to było konieczne. Szczególnie podczas nadciągającego widma wojny, które zawisło nad nimi jak czarny woal. Bowiem w wojnie nie liczyło się to, kto miał rację. Liczyło się to, kto na koniec zostawał na polu walki. Nie było w tym honoru, moralności i chwały. Liczyło się wyłącznie przetrwanie za wszelką cenę.
Zmuszony do tego, zabiłby bez pytania o winę bądź niewinność. Nie przylgnęłaby do niego łatka mordercy. Nie w jego własnym mniemaniu. Pośród wygranych nigdy nie było morderców. Nie on ustalał te zasady. Nawet nie chciał w nie grać, ale nauczył się ich stosunkowo szybko w życiu. Dzięki temu nawet teraz, kiedy przepełniały go lęk i strach, miał świadomość, że zrobi wszystko, żeby zapewnić im bezpieczeństwo. Cała reszta, włącznie z kosztami, niewiele go obchodziła.
Nie chciał, żeby się obawiała. Nie chciał trzęsących się warg i łez spływających po policzkach, przełykanych w ciszy, zaczerwienionych oczu pełnych obawy o przyszłość. Nawet w tym skrajnym wyczerpaniu, które z minuty na minutę coraz bardziej go ogarniało (znalazł się w domu, jego ciało reagowało na to automatycznie) starał się skupić myśli.
- Nic nie jest w porządku. Wiem - poprawił ją instynktownie, kręcąc ciężką głową.
Tym razem coraz bardziej pełną myśli w kontraście do tamtej pustki jeszcze sprzed chwili. Teraz próbował stwierdzić czy faktycznie nic jej nie było. Fizycznie wyglądała na przemęczoną. Oboje tacy byli. Mogliby paść na kanapę, zatapiając się w miękkich poduszkach i swoich ramionach. Tak podpowiadałby instynkt, lecz Ambroise wątpił, że byliby w stanie pogrążyć się we śnie. Tym bardziej wstać następnego dnia wraz ze świergotem ptaków uświadamiając sobie, że to wszystko to był tylko zły sen.
Zima wdarła się do Londynu już kilka tygodni wcześniej. Zadziwiająco szybko przyszła w tym roku. Ptaków już nie było. Liście dawno spadły z drzew. Czerwone kulki jarzębiny przemarzły i spadły, nie były w stanie nakarmić nielicznych wróbli i sikorek, które zostały w jesienno-zimowej szarudze, dołączając do wygłodniałych gołębi i mew drących się zarówno w dzień jak i po nocach.
W tym roku to nie było dobre miejsce do życia. Jeszcze zanim Lord Voldemort postanowił zaburzyć resztki spokoju swoim orędziem. Zupełnie tak, jakby miasto na długo przed tym wiedziało co się święci i próbowało odegnać od siebie tylu czarodziejów ilu mogło. To nie była ucieczka. Nigdy nie uciekłyby z podkulonym ogonem. Ten wyjazd miał być najrozsądniejszym posunięciem.
Zresztą nie mieli zabunkrować się gdzieś na końcu świata. Nadal powinni wypełniać swoje zobowiązania. Jedynie na odległość, wracając tu wyłącznie w razie konieczności. Na początku na kilka tygodni. Możliwe, że wcale nie dłużej, choć Greengrass nie łudził się - to nie była normalna sytuacja. A oni przecież nie byli normalnymi ludźmi.
- To jest koszt, który mogę ponieść - odpowiedział poważnie nie unikając szczerej odpowiedzi, bo nie zamierzał mydlić oczu Geraldine - tak, to nie było dla niego dogodne, ale nie widział rozsądniejszego wyjścia. - Powroty do domu na pewno zajmą mi dłużej. W zależności od okoliczności, być może będę musiał zbaczać czasem z trasy, ale jestem na to gotowy - dla ciebie, dla nas.
Musiał wycofać trochę galeonów, zamknąć kilka spraw, odrzucić parę zleceń - na to również mógł przystać dla ich wspólnego dobra. Prócz tego musiał również odłożyć w czasie tę inną znacznie bardziej istotną sprawę, co mu ciążyło, ale okoliczności nie sprzyjały wyprawom poza hrabstwo. Szczególnie takiego typu. To było coś, co musiał dopiero przetrawić. Teraz odsunął od siebie tę myśl. Nie była pora na nią.
- Wobec tego zasięgnę języka tam, gdzie to możliwe - skinął głową dając jej do zrozumienia, że zamierza to zrobić wyłącznie w tych pewnych miejscach (o ile w ogóle dało się tak mówić o szarej strefie) nie podejmując przesadnego ryzyka.
Przede wszystkim musieli zacząć postępować jeszcze ostrożniej. Wygodne życie zmiękczało. Sprawiało, że można było zrobić się miękkim i leniwym a nie mogli sobie na to pozwolić. Tak samo na bycie zbyt pewnymi siebie, lecz o tym wiedzieli już od dawna. Pokora była cnotą, której w dalszym ciągu mu brakowało. Teraz był tego tak świadomy jak nigdy.
- Przetrwamy, okay? Cokolwiek się stanie - zapewnił poważnie, zdecydowanie, starając się brzmieć jak ktoś pewny, ale nie zdesperowany.
Mogli się tego spodziewać. Wbrew słowom ukochanej, mogli się domyśleć tego, że coś jest na rzeczy. Nastroje od dawna gwałtownie się pogarszały. Coś wisiało w powietrzu. Po prostu byli zaślepieni budowanym życiem. Nie mogli ponownie popełnić tego błędu.
...ale czy po raz pierwszy w historii?
Nie. Czarodzieje od dawna adaptowali się do trudnych warunków. Nawet, jeżeli trudno było w to uwierzyć (jemu także) to osunięcie się na podłogę i załamanie rąk nie było żadnym rozwiązaniem problemu. Podczas piekielnego dyżuru w Mungu Roise jak nigdy uświadomił sobie, że nie istniały łatwe rozwiązania. Tak właściwie to nigdy. Nie odebrano im ich. Zwyczajnie nigdy ich nie było. Zawsze ktoś miał cierpieć. Jeśli nie jedni to drudzy - pojedynczy ludzie albo całe rodziny.
On nie chciał, żeby cierpiano za niego z jego powodu. Nigdy.
- Zawsze do ciebie wrócę - odmruknął, wierzchem dłoni przesuwając po policzku Geraldine a twarz jeszcze przez długą chwilę wtulając w jej pachnące domem włosy.
Był zdecydowany dotrzymać tego słowa. Bardziej niż czegokolwiek, prócz tego, że zawsze będzie dla niej wtedy, kiedy będzie go potrzebować. Choć jedno wiązało się z drugim. To było coś, czego nie dało się rozdzielić. Był o tym święcie przekonany, to ona była zresztą jego świętością. Nie istniało nic, co mogłoby sprawić, że złamie dane jej przyrzeczenie.
Nie byłby w stanie tego zrobić. Nie bez konsekwencji, o których nawet nie planował myśleć, nie rozważając czegoś, co było poza skalą najgorszych przewidywań. Znacznie gorszych nawet od nagłej śmierci, z której ryzykiem przecież musiał się liczyć. Starał się minimalizować wszelkie wyskoki, nie narażać się bez potrzeby, postępować rozsądniej niż kiedykolwiek by planował. Nie chciał być osobą, która kiedykolwiek będzie odpowiedzialna za jej cierpienie. Tak jak ona była jego bezpieczną przystanią na wzburzonych wodach, tak on usiłował być dla niej światłem w ciemnościach. Nawet, jeśli sam obracał się w mroku. Tym bardziej chcąc ją przed nim chronić, biorąc na siebie jak najwięcej z tego, co mogłoby stłumić blask w oczach Geraldine.
Mieli plany. On również je miał. Stawały się coraz wyraźniejsze. Bardzo bliskie zagoszczenia w rzeczywistości a nie tylko w jego skrywanych myślach. Usiłował zrobić wszystko, aby móc je spełnić już niedługo, wcześniej dopinając tylko te wszystkie upierdliwe acz niezbędne szczegóły. Później mogliby znów cieszyć się swoim coraz bardziej poukładanym, spokojniejszym życiem.
Nie zawaliłby tego. Nie po tylu perturbacjach, które udało im się wspólnie przeżyć, wstając wyłącznie silniejsi i bliżsi sobie nawzajem.
Teraz wszystko nagle się skomplikowało. Jeszcze nie wiedział, co powinien uczynić. Musiał wyjść z jakimś rozwiązaniem. Utrzymać ich na powierzchni z dala od łapsk jednej czy drugiej strony. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że oboje chcieli tego samego - neutralności nawet w szalonych, tragicznych czasach, w których miano wymuszać na nich wybór strony. Dla Ambroisa nie było żadnej słusznej.
Nie popierał mordowania z zimną krwią, gdy dało się załatwić sprawę w inny sposób. Nie był nieskazitelnym człowiekiem. Miał krew na rękach. Począwszy od Rosiera wiele lat wcześniej, poprzez niezliczone ofiary swoich najlepszych klientów po kilka sytuacji, w których nie miał innego wyjścia niżeli stanąć do walki i wygrać ją za wszelką cenę, bo obiecał wrócić do domu. Nigdy nie czerpał z tego chorej satysfakcji, ale nie mógł dać się przytłoczyć wyrzutom sumienia. Robił wszystko, żeby przeżyć, bo miał dla kogo to robić.
I wiedział, po prostu wiedział, że jeśli zostałby do tego zmuszony po raz kolejny tym razem w tej walce, tym razem w obronie najbliższej mu osoby - zrobiłby to tyle razy, ile to było konieczne. Szczególnie podczas nadciągającego widma wojny, które zawisło nad nimi jak czarny woal. Bowiem w wojnie nie liczyło się to, kto miał rację. Liczyło się to, kto na koniec zostawał na polu walki. Nie było w tym honoru, moralności i chwały. Liczyło się wyłącznie przetrwanie za wszelką cenę.
Zmuszony do tego, zabiłby bez pytania o winę bądź niewinność. Nie przylgnęłaby do niego łatka mordercy. Nie w jego własnym mniemaniu. Pośród wygranych nigdy nie było morderców. Nie on ustalał te zasady. Nawet nie chciał w nie grać, ale nauczył się ich stosunkowo szybko w życiu. Dzięki temu nawet teraz, kiedy przepełniały go lęk i strach, miał świadomość, że zrobi wszystko, żeby zapewnić im bezpieczeństwo. Cała reszta, włącznie z kosztami, niewiele go obchodziła.
Nie chciał, żeby się obawiała. Nie chciał trzęsących się warg i łez spływających po policzkach, przełykanych w ciszy, zaczerwienionych oczu pełnych obawy o przyszłość. Nawet w tym skrajnym wyczerpaniu, które z minuty na minutę coraz bardziej go ogarniało (znalazł się w domu, jego ciało reagowało na to automatycznie) starał się skupić myśli.
- Nic nie jest w porządku. Wiem - poprawił ją instynktownie, kręcąc ciężką głową.
Tym razem coraz bardziej pełną myśli w kontraście do tamtej pustki jeszcze sprzed chwili. Teraz próbował stwierdzić czy faktycznie nic jej nie było. Fizycznie wyglądała na przemęczoną. Oboje tacy byli. Mogliby paść na kanapę, zatapiając się w miękkich poduszkach i swoich ramionach. Tak podpowiadałby instynkt, lecz Ambroise wątpił, że byliby w stanie pogrążyć się we śnie. Tym bardziej wstać następnego dnia wraz ze świergotem ptaków uświadamiając sobie, że to wszystko to był tylko zły sen.
Zima wdarła się do Londynu już kilka tygodni wcześniej. Zadziwiająco szybko przyszła w tym roku. Ptaków już nie było. Liście dawno spadły z drzew. Czerwone kulki jarzębiny przemarzły i spadły, nie były w stanie nakarmić nielicznych wróbli i sikorek, które zostały w jesienno-zimowej szarudze, dołączając do wygłodniałych gołębi i mew drących się zarówno w dzień jak i po nocach.
W tym roku to nie było dobre miejsce do życia. Jeszcze zanim Lord Voldemort postanowił zaburzyć resztki spokoju swoim orędziem. Zupełnie tak, jakby miasto na długo przed tym wiedziało co się święci i próbowało odegnać od siebie tylu czarodziejów ilu mogło. To nie była ucieczka. Nigdy nie uciekłyby z podkulonym ogonem. Ten wyjazd miał być najrozsądniejszym posunięciem.
Zresztą nie mieli zabunkrować się gdzieś na końcu świata. Nadal powinni wypełniać swoje zobowiązania. Jedynie na odległość, wracając tu wyłącznie w razie konieczności. Na początku na kilka tygodni. Możliwe, że wcale nie dłużej, choć Greengrass nie łudził się - to nie była normalna sytuacja. A oni przecież nie byli normalnymi ludźmi.
- To jest koszt, który mogę ponieść - odpowiedział poważnie nie unikając szczerej odpowiedzi, bo nie zamierzał mydlić oczu Geraldine - tak, to nie było dla niego dogodne, ale nie widział rozsądniejszego wyjścia. - Powroty do domu na pewno zajmą mi dłużej. W zależności od okoliczności, być może będę musiał zbaczać czasem z trasy, ale jestem na to gotowy - dla ciebie, dla nas.
Musiał wycofać trochę galeonów, zamknąć kilka spraw, odrzucić parę zleceń - na to również mógł przystać dla ich wspólnego dobra. Prócz tego musiał również odłożyć w czasie tę inną znacznie bardziej istotną sprawę, co mu ciążyło, ale okoliczności nie sprzyjały wyprawom poza hrabstwo. Szczególnie takiego typu. To było coś, co musiał dopiero przetrawić. Teraz odsunął od siebie tę myśl. Nie była pora na nią.
- Wobec tego zasięgnę języka tam, gdzie to możliwe - skinął głową dając jej do zrozumienia, że zamierza to zrobić wyłącznie w tych pewnych miejscach (o ile w ogóle dało się tak mówić o szarej strefie) nie podejmując przesadnego ryzyka.
Przede wszystkim musieli zacząć postępować jeszcze ostrożniej. Wygodne życie zmiękczało. Sprawiało, że można było zrobić się miękkim i leniwym a nie mogli sobie na to pozwolić. Tak samo na bycie zbyt pewnymi siebie, lecz o tym wiedzieli już od dawna. Pokora była cnotą, której w dalszym ciągu mu brakowało. Teraz był tego tak świadomy jak nigdy.
- Przetrwamy, okay? Cokolwiek się stanie - zapewnił poważnie, zdecydowanie, starając się brzmieć jak ktoś pewny, ale nie zdesperowany.
Mogli się tego spodziewać. Wbrew słowom ukochanej, mogli się domyśleć tego, że coś jest na rzeczy. Nastroje od dawna gwałtownie się pogarszały. Coś wisiało w powietrzu. Po prostu byli zaślepieni budowanym życiem. Nie mogli ponownie popełnić tego błędu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down