• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine

[19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
24.10.2024, 16:37  ✶  
Ostrożnie i z nietypowym dla siebie wahaniem dopuszczał do siebie myśl, że w przeciągu kilku ostatnich lat zaczął kierować uwagę na rzeczy, o których lata temu nie pomyślałby na poważnie. Nie sądził, że mogą pojawić się w jego wyobrażeniach na temat przyszłości. Raczej odległej, ale już nie aż tak bardzo jak wcześniej. Powoli nie wykluczał tego, co od zawsze (no dobrze, od czasu późnego Hogwartu, bo przedtem w ogóle o tym nie myślał i nie miał żadnego zdania na ten temat) było u niego na cenzurowanym. Kiedyś drażniło go to całe jeszcze zobaczysz, że ci się to zmieni. To było zaskoczeniem, ale może? Była w tym jakaś racja.
- Wiem - na moment złagodniało mu spojrzenie a wargi wygięły się czułej - lubił słyszeć te słowa, tym bardziej, że nie szastali nimi na prawo i lewo.
Choć żyli w sposób znacznie inny niż większość ludzi i być może z uwagi na to powinni częściej to robić. Niemal codziennie ryzykowali zdrowiem i życiem. Nawet wtedy, kiedy zostawali w domu, bo nie mogli się odciąć od pokłosia własnych decyzji ani wybrać, że tego dnia nie poniosą konsekwencji. Nie byli w stanie przewidzieć wszystkiego. Te dwa dni stanowiły idealny dowód dla potwierdzenia tezy. W każdej chwili ktoś mógł zaburzyć ich spokój. Wedrzeć się do pomieszczenia, w którym przebywali. Zaatakować ich podczas spaceru po lesie. To było ryzyko zawodowe, szczególnie u niego, bo więcej czasu spędzał wśród szemranych ludzi i mend społecznych.
Nie raz i nie dwa świrował, gdy Geraldine nie wracała na czas. Szczególnie wtedy, kiedy wcześniej spiął się z jakimś typem spod ciemnej gwiazdy, który doskonale wiedział, że wcale nie musi uderzać bezpośrednio w Greengrassa, żeby się na nim zemścić. Większość tych ludzi to robiła. Mściła się bezpośrednio. Uderzała od razu. Nie byli tak wyrachowani ani sprytni, żeby myśleć długofalowo. Wręcz przeciwnie - atakowano go raczej na porządku tygodniowym. Tym bardziej im głębiej siedział w swoich interesach a przez lata zdecydowanie umocnił swoją pozycję. To było konieczne.
Szczególnie, jeśli chciał kontrolować sytuację to po prostu musiał podpadać kolejnym ludziom. Egzekwować to, co powinien. Odbierać długi, wyjaśniać sprawy, pokazywać swoją gorszą i bardziej stanowczą stronę, gdy ktoś starał się wejść mu na głowę, wykorzystać go i poniżyć. Wbrew pozorom raczej nie miał zbyt wielu wrogów. Jedynie okazjonalnych nieprzyjaciół do momentu, w którym obu stronom zaczynała być potrzebna współpraca. Tak to wyglądało w tych wpływowych kręgach.
Na samym dole hierarchii byli do tego ludzie, którzy kierowali się czysto zwierzęcymi instynktami. Żarli mocno i od razu. Byli przewidywalni, bo tylko im się wydawało, że potrafią być mściwi. W rzeczywistości reagowali gwałtownie i pochopnie. Rzecz jasna przekonał się na własnej skórze, że stanowili zagrożenie, ale nie takie, o którym myślał, gdy rozważał wspólną przyszłość.
Bowiem były także mendy pośrednie. Ludzie pokroju tamtych na czele grupy, z którymi nieomal zetknęli się podczas Marszu Charłaków. To oni nie respektowali układów ani niepisanych granic. Potrafili myśleć i planować. Karmili się zawiścią, nienawiścią i chęcią odwetu. Byli gotowi ponieść konsekwencje swoich działań, jeżeli to oznaczało, że wcześniej pierwsi zadadzą miażdżący cios.
Tych ludzi się obawiał. Nigdy nie mówił o tym na głos. To nie był tchórzliwy strach. Ambroise nie zamierzał uciekać z podkulonym ogonem na widok takich osób. Przeciwnie - stawał oko w oko, nie unikał konfrontacji, ale też nie szukał problemu bez potrzeby. Zwłaszcza teraz. Po pierwsze nie był sam i o ile nie lękał się ponoszenia kosztów własnych świadomych decyzji, o tyle nie chciał, żeby ktoś postanowił skrzywdzić go poprzez uderzenie w jego małą jednoosobową rodzinę.
Po drugie właśnie tu leżało sedno tego, co ostatnio zaczął dopuszczać do dalszych rozważań: może mogliby ponownie, tym razem otwarcie rozważyć te całkiem logiczne następstwa tworzenia wspólnego życia? Nie od razu. Chciał, żeby mieli czas nacieszyć się okresem narzeczeństwa, później ślubem. Za kilka lat to nie brzmiało już tak nieprawdopodobnie.
Mógłby ich sobie bardzo ostrożnie wyobrazić w nowych rolach będących uzupełnieniem tego, kim byli i mieli być w dalszym ciągu. Postarałby się - to było pewne. Już teraz się starał. To byłby po prostu wyższy poziom. Kolejny etap dorosłości, od której już nie uciekał. Wręcz starał się być dojrzalszy. Podejmować wspólne decyzje zamiast narzucać swoje zdanie. Nie zawsze mu to wychodziło, ale to był naturalny proces. Do niczego się nie zmuszali.
Wręcz przeciwnie. Cztery lata temu, gdy przelotnie padł temat formalizacji ich związku, Greengrass spojrzał na to z niechęcią. Kręcił nosem na wszystkie zbędne konwenanse, durne zawracanie głowy, niepotrzebne bycie na świeczniku. Przez lata mogli żyć po swojemu z bardzo okazjonalnym naciskiem ze strony kogokolwiek z zewnątrz. Właściwie to raczej sugestią, że to nie było dobrze widziane. A skoro ewidentnie mieli wobec siebie długofalowe plany (chciał z nią spędzić resztę życia i nie ukrywał tego) to rozsądnie byłoby dać wyraz tradycji.
Gdzieś na przestrzeni ostatnich miesięcy przestał patrzeć na to jak na próby wtrącania się w ich życie a zaczął jak na coś, co mogło być całkiem satysfakcjonujące. Prócz bardzo jasnych zalet było jeszcze coś, co utwierdzało go w przekonaniu, że mogliby być szczęśliwi. Objąłby ją swoim oficjalnym patronatem wraz ze wszystkimi wpływami i możliwościami (a także minusami, o których już myślał i które były tam czy tego chciał, czy nie; już wiązano ich ze sobą publicznie).
Mocniej zaznaczyłby swoją obecność, jednocześnie dając jej całkowicie wolną rękę w podejmowaniu decyzji o tym czy chciałaby z tego skorzystać. Rzecz jasna sam również by na tym skorzystał. Miała wpływy i znajomości. Bardzo dobrze radziła sobie samodzielnie. Nie mógł jej tego odmówić. Natomiast w całym swoim przekonaniu patrzył raczej na to, co on mógłby położyć na stole. A uważał, że to było dostatecznie dużo, żeby czuł się z tym dobrze. Nie miał problemów z poczuciem własnej wartości.
Nawet, jeśli dostrzegał część minusów wynikających z tego, jaką obrał ścieżkę w życiu. To nie oznaczało, że czuł się z tym źle. Dawno zweryfikowali założenia. Miewał obawy, ale nie wyrzuty sumienia.
- Dobrze - uważnie kiwnął głową na znak, że weźmie to sobie do serca.
To także mógł obiecać Geraldine. Sytuacja uległa zmianie. Musieli się dostosować do nowych warunków, żeby bezmyślnie nie płynąć z prądem. Miał dla kogo uważać i coś, dla czego planował przykładać większą uwagę do ostrożności. Może musiał odsunąć swoje dalekobieżne plany, ale nie wytracał swoich zamiarów.
- Nie chcę, żebyś ryzykowała dla kogokolwiek - w tym nawet dla własnej rodziny albo dla mnie.
Nie. Przede wszystkim miała być bezpieczna, cała reszta również miała znaczenie, ale dla Ambroisa liczyło się przede wszystkim to. Nie chciał wyobrazić sobie świata bez niej. Jeśli by musiał, podpaliłby go w jednej chwili. Był zdecydowany bronić wszystkiego, co mają i co jeszcze mogą mieć, nawet w przypadku, w którym musieli odroczyć to w czasie.
- Mogliśmy się tego spodziewać - odezwał się niemal w tym samym momencie, w którym doszedł do tego wniosku; nie miał wobec siebie żadnych wyrzutów, że tak nie było i nie udało im się uprzedzić faktów, ale należało pamiętać o tym, co już widzieli.
O Marszu Charłaków, podczas którego bardzo szybko zrobiło się naprawdę gorąco. Wystarczyło kilka wyskandowanych słów, żeby poruszyć tłum. Wtedy chodziło o byle chłystków. Roise nie wątpił, że Avery czy Travers nie byli wprawnymi mówcami a i tak szybko zebrali grono gotowe do walki w imię swoich popapranych idei (tak, Ambroise wierzył w bycie lepszym, ale nie w niepotrzebną przemoc wobec kogokolwiek, kto się nawinął).
Voldemort był zdecydowanie bardziej przekonujący. Z pewnością miał porwać wielu czarodziejów do opowiedzenia się za jego ideami - to było zauważalne już w tej chwili a nie minęło zbyt wiele czasu. Tak jak podczas tamtego pochodu, tak również teraz Greengrass obserwował otoczenie. Wyciągał wnioski, które nie wyglądały zbyt pokrzepiająco.
Tej drugiej stronie brakowało jednorodności typowej dla rodów czystej krwi. Byli zlepkiem indywiduów bardziej niż zwartym kolektywem jak to miało miejsce w przypadku wiekowych rodów, gdzie mimo wszystko liczyła się tradycja i więzi krwi, nawet z nielubianymi krewnymi. Widząc reakcję mugolaków i co poniektórych czarodziejów półkrwi, Ambroise nie mógł nie stwierdzić, że brakowało temu tej wewnętrznej siły. Nie było w tym fundamentów.
To mogła być bardzo krótka wojna. Szczególnie, że Ministerstwo w jego oczach również kulało. Część osób na wyższych stołkach z pewnością opowie się po silniejszej stronie. Zwłaszcza po Leachu, którego kadencja skończyła się stosunkowo szybko i przyniosła wiele wniosków. Najprawdopodobniej teraz częściowo zbierali pokłosie tamtych decyzji.
Bardzo wiele wpływało na nastroje. Nie wzięły się z nikąd i nie miały wyparować. Nie przy kimś takim na froncie - Riddle był charyzmatyczny, nie dało się mu tego odmówić. Już samym swoim podejściem mógł pociągnąć za sobą tłumy, umacniając swoją pozycję i stając się lepszym liderem niż ktokolwiek z Ministerstwa. Taka była prawda.
- Potrzebujesz czegoś konkretnego? Zrobisz mi listę? - Wolał mieć wszystko jasne, szczególnie że potrzebowali dopiąć wiele tematów w bardzo krótkim czasie a on czuł się skrajnie przemęczony, więc nie myślał tak jasno jak mógłby sobie tego życzyć.
- Nie zareagowaliśmy najgorzej, uwierz mi. Nocny dyżur był dramatyczny - pierwszy raz powiedział coś więcej o tym, co działo się na zewnątrz. - Ludziom całkowicie odbiło - stwierdził, przecierając oczy wierzchem dłoni i opierając się tyłem o blat kuchenny, żeby się jeszcze nie wypierdolić na miękkich, ciężkich i niezbyt stabilnych nogach. Podparł się również ręką, kwitując to wykrzywieniem warg.
- A może być jeszcze gorzej, jeśli skurwysyn spełni swoje słowa. Nie wygląda, jakby rzucał je na wiatr - nie wiedział, ile tak właściwie dotarło do Geraldine.
Sam najpewniej nie miał najbardziej pełnego obrazu sytuacji. Jego ogląd opierał się na tym jak wyglądała sytuacja w szpitalu i w jaki sposób reagowali ludzie dookoła. Mimowolnie trafił w sam środek chaosu i paniki. Być może patrzył na to przez pryzmat niepotrzebnie wzmocnionego napięcia. Natomiast nie mógł tego zmienić bez dowiedzenia się, jak to wygląda w oczach jego dziewczyny.
W dalszym ciągu potrzebował wymienić informacje zanim uda im się ustalić jak bardzo priorytetowo muszą potraktować sprawę wyjazdu. Czy mógł się wpierw chwilę przespać, czy raczej powinien sięgnąć po eliksiry, wziąć szybki prysznic i zabrać się za ogarnianie sytuacji.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (10613), Geraldine Greengrass-Yaxley (8514)




Wiadomości w tym wątku
[19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.10.2024, 22:40
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.10.2024, 00:34
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.10.2024, 10:35
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.10.2024, 13:27
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.10.2024, 20:38
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.10.2024, 22:06
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.10.2024, 23:06
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.10.2024, 00:50
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.10.2024, 11:04
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.10.2024, 13:14
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.10.2024, 14:36
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.10.2024, 16:37
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.10.2024, 20:20
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.10.2024, 21:49
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.10.2024, 23:08
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.10.2024, 01:08
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.10.2024, 11:48
RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.10.2024, 14:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa