24.10.2024, 21:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2024, 11:14 przez Mona Rowle.)
Zarówno książki (nawet te mugolskie), jak i smoki były oczywiście bliskie jej sercu, więc jak Mona mogła nie słuchać uważnie książkowych rozterek Brenny? Potem oczywiście wymęczyła koleżankę, żeby jednak postarała się przypomnieć sobie tytuły albo chociaż imiona autorów… Uśmiechnęła się, słysząc porównanie Zębatka do pani Turpin. Gdy tylko przeszły próg, zsunął się z jej ramienia, przebierając łapkami po ziemi. Mona miała go na oku, mimo że wiedziała, że nigdy by nie oddalił się zbyt daleko. Gdy dotarły na skraj klifów, Mona pomogła Brennie rozłożyć koc na trawie. Nie wymagało to większej zręczności, bo wiatr wyjątkowo nie próbował im tego utrudnić. Z koszyka powoli zaczęła wyciągać rzeczy — pokrojony wcześniej tort, kilka dorwanych owoców, małą butelkę z sokiem dyniowym. Mona spojrzała na to wszystko z zadowoleniem, ale gdy dostrzegła ciekawskie spojrzenie Zębatka, szybko odstawiła torcik na bezpieczną odległość od gada.
Potem obie rozłożyły się na kocu. Pozwalały swoim spojrzeniom wędrować po falach rozbijające się o skały w oddali. Praktycznie terapia, prawda? A Zębatek wyciągał swoją szyję w stronę jedzenia. Mały gad probował się ponownie dobrać do tortu, a przecież nie mógł jeść słodyczy! Chyba że chciał skończyć z niestrawnością…
— Ale przyznaję, czasem zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wybrała inną ścieżkę — przyznała. — Może coś spokojniejszego, z mniejszą liczbą zębów i pazurów… ale wtedy prawdopodobnie nie miałabym tych wszystkich chwil, jak ta. — Rudowłosa sięgnęła po mały kawałek tortu, ostrożnie rozkładając je na talerzyki. Gdy podała jeden z kawałków Brennie, Zębatek uniósł głowę z nadzieją. — Ty, mały złodzieju, to jest dla nas — powiedziała ze śmiechem, odstawiając tort jeszcze dalej.
Obie zaczęły jeść, a wokół nich panował spokój. Siedzenie na klifach, z przyjaciółką, smoczognikiem i cichym szumem morza, przypominało jej, dlaczego kochała takie chwile. W drodze powrotnej podziękowała drugiej kobiecie za to, że oczywiście ją odwiedziła i że bardzo docenia wspólnie spędzony dzień, bo nawet jeśli Mona uwielbiała magiczne stworzenia, to czasem potrzebowała kogoś, kto nie probował zjeść jej obiadu. Ktoś, kto po prostu był. Tak jak Brenna Longbottom tego dnia.
Potem obie rozłożyły się na kocu. Pozwalały swoim spojrzeniom wędrować po falach rozbijające się o skały w oddali. Praktycznie terapia, prawda? A Zębatek wyciągał swoją szyję w stronę jedzenia. Mały gad probował się ponownie dobrać do tortu, a przecież nie mógł jeść słodyczy! Chyba że chciał skończyć z niestrawnością…
— Ale przyznaję, czasem zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wybrała inną ścieżkę — przyznała. — Może coś spokojniejszego, z mniejszą liczbą zębów i pazurów… ale wtedy prawdopodobnie nie miałabym tych wszystkich chwil, jak ta. — Rudowłosa sięgnęła po mały kawałek tortu, ostrożnie rozkładając je na talerzyki. Gdy podała jeden z kawałków Brennie, Zębatek uniósł głowę z nadzieją. — Ty, mały złodzieju, to jest dla nas — powiedziała ze śmiechem, odstawiając tort jeszcze dalej.
Obie zaczęły jeść, a wokół nich panował spokój. Siedzenie na klifach, z przyjaciółką, smoczognikiem i cichym szumem morza, przypominało jej, dlaczego kochała takie chwile. W drodze powrotnej podziękowała drugiej kobiecie za to, że oczywiście ją odwiedziła i że bardzo docenia wspólnie spędzony dzień, bo nawet jeśli Mona uwielbiała magiczne stworzenia, to czasem potrzebowała kogoś, kto nie probował zjeść jej obiadu. Ktoś, kto po prostu był. Tak jak Brenna Longbottom tego dnia.
Koniec sesji