24.10.2024, 21:49 ✶
Odnosił wrażenie, że zawsze wszystko komplikowało się tuż przed samą metą. Nieustannie gonili za niewidzialnym królikiem. Cel oddalał się, gdy tylko już przy nim byli. Takie polowanie mogło być pasjonujące, lecz na krótką metę. Fascynowało go, gdy miał kilkanaście lat, było dla niego naturalne, gdy miał ich dzieścia-kilka. Teraz przekroczył trzydziestkę i chyba zaczął uświadamiać sobie, że dopadła go ta wcześniej mityczna chęć ustatkowania się.
W dalszym ciągu nie chciał rezygnować ze stylu życia. Nie oczekiwał tego również po Geraldine. Mieli tu jasność - zawodowo oboje czuli się bardzo spełnieni. Osiągali sukcesy, ponosili koszty, odbijali się od dna, które wcale nie było dnem tylko półką. Zaliczali wzloty i upadki, ale dopóki mieli siebie nawzajem to wszystko wydawało się coraz bardziej stabilne. Jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy, o czym świadczyło planowanie dalszej przyszłości niż ta pół roku lub rok wprzód.
Od dawien dawna wiedział, że się ze sobą zestarzeją. Teraz do tego obrazka chętniej dochodziły nowe elementy. Ambroise tak naprawdę przestał wykluczać cokolwiek, co mogłoby ich uszczęśliwić.
A czego nie było w tym obrazku?
Jebanej magicznej wojny na horyzoncie.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie takiej odpowiedzi oczekuję - nie pytał tylko stwierdzał fakt obdarzając ją znaczącym spojrzeniem.
Tak jak ona oczekiwała od niego złożenia słownej przysięgi, że wróci do niej do domu za każdym razem, tak on oczekiwał czegoś bardzo podobnego. Być może był człowiekiem czynu a nie słowa, ale w takich przypadkach to sprawiało, że przypisywał większe znaczenie ustnym deklaracjom. Żadne z nich nie zwykło ich rzucać na wiatr. Teraz nie powinni robić wyjątku. Ufał jej czasami nawet bardziej niż własnemu pochopnemu osądowi (oczywiście by tego nie przyznał, ale nauczył się wierzyć przeczuciom Yaxleyówny), jednakże tym bardziej chciał, żeby mu to obiecała.
Mogli przewidzieć, że sytuacja szybko zrobi się paskudna. Właściwie to zajęło sporo czasu, żeby pojawił się następca poprzedniego czarnoksiężnika brzmiący jak ktoś skuteczny a nie jak kolejny oszołom, który nigdy nic nie osiągnie. Było już kilku takich, na których widok na usta cisnęło się stare swojskie porzekadło: nie strasz, nie strasz... natomiast w obecnej sytuacji nie było przesłanek do zwątpienia w zdolność Voldemorta do porwania tłumów. Już to zrobił. Kilkoma wypowiedziami wprowadził więcej chaosu i zasiał więcej paniki niż ktokolwiek od wielu lat.
- Nie możemy być ślepcami - bardzo niechętnie stwierdził na głos to, co oboje najprawdopodobniej myśleli.
Jeszcze niechętniej przyznając się do popełnienia błędu i nie monitorowania sytuacji po raz kolejny, bo już jednokrotnie władowali się w sam środek manifestacji a tamto wydarzenie było planowane przez większą liczbę osób niż jednego bardzo poważnie brzmiącego fanatyka gotowego spełnić każdą nawet najmniejszą grozę, o której mówił. A nawet więcej.
Powinni nie nastawiać się na nic konkretnego, żeby nie oszaleć od obaw i nie popełnić głupich decyzji wiedzeni lękiem. Tym bardziej, że nie byli zagrożeni jako grupa społeczna. Przynajmniej nie ze strony tego samozwańczego Czarnego Pana ani jego popleczników. Jeśli nie zrobią nic głupiego to być może mogło im się udać zachować względną neutralność przez jakiś czas, odraczając decyzję o zaangażowaniu w nieswój konflikt (niby Roise był dumnym czystokrwistym czarodziejem, ale nie uważał tej walki za własną, nawet jeśli drażniły go mugolackie parytety i inne bzdury; to nie było coś za co było warto umierać).
Jednocześnie musieli być przygotowani na najgorsze. Przenieść się na ubocze, ale nie odcinać się od informacji. To mogło być trudne, lecz nie niewykonalne. Razem mogli to zrobić. Wychodzili z dużo gorszych sytuacji pełnych rzeczywistego ryzyka. Nie odroczonej grozy tylko czegoś, co działo się tu i teraz. We dwoje byli silniejsi. Zresztą nie wyobrażał sobie sytuacji, w której jedno miałoby radzić sobie z tym wszystkim bez drugiego. Po jego zimnym trupie, którym poprzysiągł nie zostać. A spełniał przyrzeczenia.
- Zawrzyj tam wszystko. Bez względu na to, jak trudne do zdobycia może być - stwierdził zdecydowanym tonem, gotowy rzeczywiście uruchomić wszystkie swoje najskuteczniejsze kontakty i odebrać przysługi, jakie miał u ludzi, żeby poważnie podejść do kwestii bezpieczeństwa.
To nie miało być ani łatwe, ani przyjemne. Już teraz z pewnością było trudno, bo wszyscy dookoła w panice rzucali się jak ryby bez wody. Mimo to nie zamierzał ustępować. Jeśli coś było konieczne to powinni to mieć. Cena nie grała roli.
- Co poniektórzy są gotowi wyręczyć go w zabiciu się - pokręcił głową bez niedowierzania za to z zażenowaniem. - Wręcz wierzą w to, że spełni je w przeciągu kilku następnych dni, więc mam wrażenie, że już robią wszystko, żeby pożegnać się z życiem na własnych zasadach - nie szanował tego podejścia, bo choć był w stanie zrozumieć chęć zrobienia wielkiej sceny z zejścia z tego świata (sam lubił sądzić, że przy okazji zabrałby ze sobą jak najwięcej skurwysynów) to ci wszyscy ludzie zachowywali się jak niepoczytalni.
Nawet nie próbowali zaczekać na rozwój sytuacji. Nie mówiąc o walce z czymś, co wcale nie musiało być ich porażką. No i tu Greengrass wracał do własnych wniosków: w starciu ze zorganizowanymi zastępami ludzi wyznających te same wartości, wychowanych według tradycji i reguł, dbających o krzewienie różnorakich (w tym wstrętnych) wartości mugolakowie nie mieli większych szans, jeśli nie spróbują się ogarnąć.
Wciągnął głęboko powietrze przez nos, śledząc poczynania dziewczyny.
Odruchowo przesunął się, żeby zrobić miejsce dla Geraldine, po czym kiedy zgrabnie usiadła na blacie, on instynktownie obrócił się przodem do niej. Oparł ręce o drewno, wsuwając się tak, że mogła go podeprzeć nogami - swobodnie owijając je wokół niego, jeśli tylko miała takie życzenie. W dalszym ciągu nie cierpiał jej papierosów, krzywiąc się na nie i podsuwając swoje, gdy miał ku temu okoliczność, ale teraz nachylił się do pocałunku, wciągając dym wprost z jej ust i wypuszczając go bokami własnych. Kończąc pocałunek głębszym zagarnięciem warg Geraldine, odsunął się o kilka centymetrów od jej twarzy. W dalszym ciągu pozostawał blisko. To go uspokajało.
- To zależy, ile rzeczy potrzebujemy stąd zabrać - odpowiedział starając się w miarę możliwości ustalić priorytety i dokonać niezbędnych wyliczeń w myślach, unosząc wzrok w lewy górny róg sufitu, gdzie uchowała się samotna pajęczyna. - Fakt. Nie możemy tego robić na łapu capu, ale nie chcę tu zostawać dłużej niż to konieczne - tak właściwie to nie miał siebie na myśli, ale postanowił tak to ubrać w słowa, żeby nie brzmiało, jakby starał się być jej troskliwym ojcem; o nie, był od tego tak daleki jak to możliwe.
Abstrahując od tego, że nawet nie próbowałby dosięgnąć poziomu przyszłego teścia, podświadomie szykując się do maratonu chlania księżycówki i zagryzania jej kwaszonymi ogórkami z pajdą ze smalcem tak tłustym, że później przez kilka następnych miesięcy będzie leczyć kaca naprzemiennie z obniżaniem cholesterolu. Nie obawiał się podania mu czarnej polewki tylko właśnie tego. Ugoszczenia go w taki sposób, że mimo wprawy w piciu i mocnej głowy wróci do domu w gorszym stanie niżeli po jakimkolwiek trudniejszym zleceniu.
Odsunięcie tego w czasie nie było czymś, czego mógł pragnąć i w żadnym razie nie napełniało Ambroisa poczuciem odroczenia wyroku, bo w żadnym momencie nie planował wybierać się tam jak na skazanie. Mieli to szczególne szczęście, że aprobacie rodzin nie dało się zaprzeczyć. To była wyłącznie formalność, nie powód do stresu. Tymczasem ten stres nagle pojawił się w kontekście zarówno przyszłej soboty jak i następnych dni, może tygodni lub miesięcy. Nie chciał myśleć, że lat jak to było w przypadku Grindelwalda.
- Mogę odpocząć gdziekolwiek. Tu czy tam - niemalże machnął na to ręką, ale zreflektował się w ostatniej chwili i przeniósł spojrzenie na dziewczynę, unosząc kącik ust. - Tylko źle wyglądam. Zdarzyło mi się robić gorsze dyżury. Siedemdziesiątki dwójki na przykład - starał się zabrzmieć bardziej energicznie i pocieszająco, żeby nie próbowała go wysyłać do łóżka (szczególnie samego), bo najpewniej i tak nie byłby w stanie zasnąć.
Przed chwilą wahał się czy nie spróbować, ale kiedy Geraldine spytała go o dalsze plany postanowił nie odkładać najważniejszych rzeczy na później. Mieli w zapasie trochę eliksirów, dzięki którym był w stanie zrobić jeszcze kolejny dyżur - tym razem w domu, przenosząc rzeczy z miejsca do miejsca i dopinając sprawy.
W dalszym ciągu nie chciał rezygnować ze stylu życia. Nie oczekiwał tego również po Geraldine. Mieli tu jasność - zawodowo oboje czuli się bardzo spełnieni. Osiągali sukcesy, ponosili koszty, odbijali się od dna, które wcale nie było dnem tylko półką. Zaliczali wzloty i upadki, ale dopóki mieli siebie nawzajem to wszystko wydawało się coraz bardziej stabilne. Jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy, o czym świadczyło planowanie dalszej przyszłości niż ta pół roku lub rok wprzód.
Od dawien dawna wiedział, że się ze sobą zestarzeją. Teraz do tego obrazka chętniej dochodziły nowe elementy. Ambroise tak naprawdę przestał wykluczać cokolwiek, co mogłoby ich uszczęśliwić.
A czego nie było w tym obrazku?
Jebanej magicznej wojny na horyzoncie.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie takiej odpowiedzi oczekuję - nie pytał tylko stwierdzał fakt obdarzając ją znaczącym spojrzeniem.
Tak jak ona oczekiwała od niego złożenia słownej przysięgi, że wróci do niej do domu za każdym razem, tak on oczekiwał czegoś bardzo podobnego. Być może był człowiekiem czynu a nie słowa, ale w takich przypadkach to sprawiało, że przypisywał większe znaczenie ustnym deklaracjom. Żadne z nich nie zwykło ich rzucać na wiatr. Teraz nie powinni robić wyjątku. Ufał jej czasami nawet bardziej niż własnemu pochopnemu osądowi (oczywiście by tego nie przyznał, ale nauczył się wierzyć przeczuciom Yaxleyówny), jednakże tym bardziej chciał, żeby mu to obiecała.
Mogli przewidzieć, że sytuacja szybko zrobi się paskudna. Właściwie to zajęło sporo czasu, żeby pojawił się następca poprzedniego czarnoksiężnika brzmiący jak ktoś skuteczny a nie jak kolejny oszołom, który nigdy nic nie osiągnie. Było już kilku takich, na których widok na usta cisnęło się stare swojskie porzekadło: nie strasz, nie strasz... natomiast w obecnej sytuacji nie było przesłanek do zwątpienia w zdolność Voldemorta do porwania tłumów. Już to zrobił. Kilkoma wypowiedziami wprowadził więcej chaosu i zasiał więcej paniki niż ktokolwiek od wielu lat.
- Nie możemy być ślepcami - bardzo niechętnie stwierdził na głos to, co oboje najprawdopodobniej myśleli.
Jeszcze niechętniej przyznając się do popełnienia błędu i nie monitorowania sytuacji po raz kolejny, bo już jednokrotnie władowali się w sam środek manifestacji a tamto wydarzenie było planowane przez większą liczbę osób niż jednego bardzo poważnie brzmiącego fanatyka gotowego spełnić każdą nawet najmniejszą grozę, o której mówił. A nawet więcej.
Powinni nie nastawiać się na nic konkretnego, żeby nie oszaleć od obaw i nie popełnić głupich decyzji wiedzeni lękiem. Tym bardziej, że nie byli zagrożeni jako grupa społeczna. Przynajmniej nie ze strony tego samozwańczego Czarnego Pana ani jego popleczników. Jeśli nie zrobią nic głupiego to być może mogło im się udać zachować względną neutralność przez jakiś czas, odraczając decyzję o zaangażowaniu w nieswój konflikt (niby Roise był dumnym czystokrwistym czarodziejem, ale nie uważał tej walki za własną, nawet jeśli drażniły go mugolackie parytety i inne bzdury; to nie było coś za co było warto umierać).
Jednocześnie musieli być przygotowani na najgorsze. Przenieść się na ubocze, ale nie odcinać się od informacji. To mogło być trudne, lecz nie niewykonalne. Razem mogli to zrobić. Wychodzili z dużo gorszych sytuacji pełnych rzeczywistego ryzyka. Nie odroczonej grozy tylko czegoś, co działo się tu i teraz. We dwoje byli silniejsi. Zresztą nie wyobrażał sobie sytuacji, w której jedno miałoby radzić sobie z tym wszystkim bez drugiego. Po jego zimnym trupie, którym poprzysiągł nie zostać. A spełniał przyrzeczenia.
- Zawrzyj tam wszystko. Bez względu na to, jak trudne do zdobycia może być - stwierdził zdecydowanym tonem, gotowy rzeczywiście uruchomić wszystkie swoje najskuteczniejsze kontakty i odebrać przysługi, jakie miał u ludzi, żeby poważnie podejść do kwestii bezpieczeństwa.
To nie miało być ani łatwe, ani przyjemne. Już teraz z pewnością było trudno, bo wszyscy dookoła w panice rzucali się jak ryby bez wody. Mimo to nie zamierzał ustępować. Jeśli coś było konieczne to powinni to mieć. Cena nie grała roli.
- Co poniektórzy są gotowi wyręczyć go w zabiciu się - pokręcił głową bez niedowierzania za to z zażenowaniem. - Wręcz wierzą w to, że spełni je w przeciągu kilku następnych dni, więc mam wrażenie, że już robią wszystko, żeby pożegnać się z życiem na własnych zasadach - nie szanował tego podejścia, bo choć był w stanie zrozumieć chęć zrobienia wielkiej sceny z zejścia z tego świata (sam lubił sądzić, że przy okazji zabrałby ze sobą jak najwięcej skurwysynów) to ci wszyscy ludzie zachowywali się jak niepoczytalni.
Nawet nie próbowali zaczekać na rozwój sytuacji. Nie mówiąc o walce z czymś, co wcale nie musiało być ich porażką. No i tu Greengrass wracał do własnych wniosków: w starciu ze zorganizowanymi zastępami ludzi wyznających te same wartości, wychowanych według tradycji i reguł, dbających o krzewienie różnorakich (w tym wstrętnych) wartości mugolakowie nie mieli większych szans, jeśli nie spróbują się ogarnąć.
Wciągnął głęboko powietrze przez nos, śledząc poczynania dziewczyny.
Odruchowo przesunął się, żeby zrobić miejsce dla Geraldine, po czym kiedy zgrabnie usiadła na blacie, on instynktownie obrócił się przodem do niej. Oparł ręce o drewno, wsuwając się tak, że mogła go podeprzeć nogami - swobodnie owijając je wokół niego, jeśli tylko miała takie życzenie. W dalszym ciągu nie cierpiał jej papierosów, krzywiąc się na nie i podsuwając swoje, gdy miał ku temu okoliczność, ale teraz nachylił się do pocałunku, wciągając dym wprost z jej ust i wypuszczając go bokami własnych. Kończąc pocałunek głębszym zagarnięciem warg Geraldine, odsunął się o kilka centymetrów od jej twarzy. W dalszym ciągu pozostawał blisko. To go uspokajało.
- To zależy, ile rzeczy potrzebujemy stąd zabrać - odpowiedział starając się w miarę możliwości ustalić priorytety i dokonać niezbędnych wyliczeń w myślach, unosząc wzrok w lewy górny róg sufitu, gdzie uchowała się samotna pajęczyna. - Fakt. Nie możemy tego robić na łapu capu, ale nie chcę tu zostawać dłużej niż to konieczne - tak właściwie to nie miał siebie na myśli, ale postanowił tak to ubrać w słowa, żeby nie brzmiało, jakby starał się być jej troskliwym ojcem; o nie, był od tego tak daleki jak to możliwe.
Abstrahując od tego, że nawet nie próbowałby dosięgnąć poziomu przyszłego teścia, podświadomie szykując się do maratonu chlania księżycówki i zagryzania jej kwaszonymi ogórkami z pajdą ze smalcem tak tłustym, że później przez kilka następnych miesięcy będzie leczyć kaca naprzemiennie z obniżaniem cholesterolu. Nie obawiał się podania mu czarnej polewki tylko właśnie tego. Ugoszczenia go w taki sposób, że mimo wprawy w piciu i mocnej głowy wróci do domu w gorszym stanie niżeli po jakimkolwiek trudniejszym zleceniu.
Odsunięcie tego w czasie nie było czymś, czego mógł pragnąć i w żadnym razie nie napełniało Ambroisa poczuciem odroczenia wyroku, bo w żadnym momencie nie planował wybierać się tam jak na skazanie. Mieli to szczególne szczęście, że aprobacie rodzin nie dało się zaprzeczyć. To była wyłącznie formalność, nie powód do stresu. Tymczasem ten stres nagle pojawił się w kontekście zarówno przyszłej soboty jak i następnych dni, może tygodni lub miesięcy. Nie chciał myśleć, że lat jak to było w przypadku Grindelwalda.
- Mogę odpocząć gdziekolwiek. Tu czy tam - niemalże machnął na to ręką, ale zreflektował się w ostatniej chwili i przeniósł spojrzenie na dziewczynę, unosząc kącik ust. - Tylko źle wyglądam. Zdarzyło mi się robić gorsze dyżury. Siedemdziesiątki dwójki na przykład - starał się zabrzmieć bardziej energicznie i pocieszająco, żeby nie próbowała go wysyłać do łóżka (szczególnie samego), bo najpewniej i tak nie byłby w stanie zasnąć.
Przed chwilą wahał się czy nie spróbować, ale kiedy Geraldine spytała go o dalsze plany postanowił nie odkładać najważniejszych rzeczy na później. Mieli w zapasie trochę eliksirów, dzięki którym był w stanie zrobić jeszcze kolejny dyżur - tym razem w domu, przenosząc rzeczy z miejsca do miejsca i dopinając sprawy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down