25.10.2024, 14:07 ✶
Potrzebował usłyszeć zapewnienie, więc gdy do tego doszło odrobinę rozluźnił ramiona. Ufał Geraldine i jej zdrowemu rozsądkowi. Nie zawsze osądowi. Tu miewali dalsze problemy z uznaniem, co było głupotą i pochopnością a co koniecznością i przezornością. Mimo to, skoro obiecała mu, że nie zaangażuje się w nic bez związku z ich ideami, co mogłoby ją skrzywdzić bądź zranić to kiwnął na to głową. Chwilę później nieznacznie się uśmiechnął.
- Nie wnioskowałbym aż tak daleko - kącik jego ust uniósł się prowokacyjnie z przekorą i pewnym siebie podważaniem słów Geraldine, że jest całkowicie normalna, bo nie była.
Dla niektórych bardziej tradycjonalistycznych czarodziejów mogli wydawać się zbyt nowocześni i za bardzo oderwani od korzeni, choć sam Ambroise raczej miał się za człowieka mocno ugruntowanego w tradycyjnych wartościach. Z zewnątrz szanował wszelkie konwenanse. We własnych oczach raczej nieznacznie odbiegał od wizerunku typowego czarodzieja czystej krwi.
Nosił się dumnie, raczej sądził, że nigdy nie dało się być zbyt elegancko ubranym (raczej stawiał przy tym na prosty, dyskretnie reprezentacyjny styl) i wolał sprawiać wrażenie przesadnie odstawionego niżeli flejowatego. Nie miał większych problemów z zachowaniem się należycie do sytuacji towarzyskiej. Całkiem zgrabnie lawirował między dwoma skrajnie przeciwstawnymi (a jednak trochę podobnymi) światami. Nie przenosił brudów z ulicy na salony. W drugą stronę raczej również nie.
Mimo to przez lata zdążył zauważyć i przyzwyczaić się do tego, że ich wybory nie zawsze spotykały się z aprobatą. Przez pewne grono byli oceniani ostrzej. Stosunkowo szybko przyklejono im łatkę burzących naturalny porządek rzeczy, choćby tym, że od praktycznie pięciu lat żyli jak małżeństwo, do którego legalizacji nie było im śpieszno. Nie mieli dzieci, nie mówili o konieczności ich posiadania, udawało im się unikać większości pytań o takie plany. Angażowali się wyłącznie w najbardziej konieczne lub korzystne sprawy. W innym wypadku trzymali się na uboczu i z wyczuwalną rezerwą do wielu pomysłów, w które usiłowano ich wciągnąć. Na naprawdę niezłym poziomie udawało im się łączyć coś, co raczej nie powinno mieć długofalowego sensu - przynajmniej w oczach krytykantów z zewnątrz. Byli szczęśliwi.
A to co poniektórym stawało kością w gardle.
Dodatkowo ich styl życia raczej wykluczał posługiwanie się powszechnie przyjętą definicją normalności. Dla nich to było coś naturalnego, bo codziennie mierzyli się z tym samym, ale dla ogółu społeczeństwa raczej byłoby to szaleństwem. Czasami bardziej kontrolowanym. Czasem mniej. Ostatnio na szczęście bez trzeciej opcji: wcale nie kontrolowane.
Bardzo dobrze poznali reguły gry. Nauczyli się ich instynktownie. Mieli je w jednym paluszku, może nawet na samej opuszce. Roise uważał się za realistę i mężczyznę przezornego - poinformowanego o wielu rzeczach odpowiednio wcześnie. Mógłby stwierdzić, że powinien wiedzieć, że kiedy zasady rozgrywki stawały się zbyt łatwe dla większości ludzi to ktoś wreszcie postanawiał je wywrócić do góry nogami. Zmieniły się w przeciągu kilku godzin. Nowe mieli poznać w następnych kilkanaście. Może nawet po tych paru tygodniach, o których mówili, chcąc spędzić je na zachowywaniu neutralnego dystansu i przyglądając się sprawie z boku.
Razem. Nie widział innej możliwości niż trwać przy sobie nawzajem. Dawać sobie oparcie (choć we własnym zamyśle Ambroise raczej wolał być podporą niż ją otrzymywać) podczas trudnych chwil, które mogą nadejść. Nie. Z pewnością miały to zrobić. Żadne z nich nie musiało być prekognitą, żeby stwierdzić, że wszystko jeszcze co najmniej kilkukrotnie się przetasuje. Jedyną stałą byli oni dla siebie nawzajem. Nie mógłby i tego utracić. Był świadomy, że Geraldine również nie.
- Wiem - odmruknął, zaciągając się dymem z papierosa ukochanej, który w każdym innym razie potraktowałby z obrzydzeniem a teraz ze słodką goryczą; miał wrażenie, że to będzie główny motyw przewodni ich następnych miesięcy i niewiele mogą z tym zrobić.
Nie chciał płynąć z prądem. W żadnym razie nie powinni dać się porwać żadnej stronie konfliktu. Niezależnie od tego ile ich będzie, bo tak właściwie to rzadko kiedy były po prostu dwie - ta dobra i ta zła. Obcowanie z pięknem i brzydotą, moralnością i brakiem skrupułów, honorem ludzi różnego rodzaju w najróżniejszych okolicznościach otworzyło oczy Greengrassa na skalę szarości świata, w którym żyją. Nic nie było czarne lub białe. Tak właściwie to te dwa kolory niemalże nie występowały w naturze.
Mimo że ich system był z kartonu zlepionego kilkoma zaklęciami to rzeczywistość już nie - była znacznie bardziej złożona i skomplikowana. Ludzie uważający się za dobrych i sprawiedliwych robili znacznie gorsze rzeczy od tych nazywanych bandytami i brutalami, tyle że częstokroć w białych rękawiczkach. Pojęcie wyższego dobra było zasłoną dymną dla okrutnych czynów jeszcze na długo przed tym, o czym musieli teraz myśleć. Ta wojna dopiero się rozpoczęła, ale tak naprawdę trwała znacznie dłużej. Z tym, że mniej oficjalnie. Teraz wąż wypełzł z podziemia. Urósł tam, nabrał sił, ale nie wziął się z nikąd. Ktoś go tam umieścił - jego mściwość była pokłosiem czyichś decyzji.
Wszystko miało swoją przyczynę. Swój początek i koniec.
Teraz byli przy tym pierwszym...
...choć może to było rozwinięcie?
Nie chciał tego sprawdzać w praktyce. Rzecz jasna miał zasięgnąć języka zgodnie z tym, o czym rozmawiali, ale wziął sobie do serca to, że przede wszystkim musieli teraz zadbać o siebie. Nie byli w grupie ryzyka zagrożenia atakiem popleczników Lorda Voldemorta, ale to mogło ulec zmianie i w takim wypadku Greengrass raczej zamierzał traktować ich priorytetowo. Przygotować się na wszystkie okoliczności - nawet do przesady lub niepotrzebnie. Wolał być przezorny i ubezpieczony. Cała reszta mogła wyglądać na przesadę. Niewiele go to ruszało.
- Nie wątpię, że tak będzie - kiwnął głową, po raz kolejny doceniając to jak bardzo mają zgodne podejście do życia i załatwiania niekoniecznie moralnych spraw - to naprawdę wiele ułatwiało. - Jeszcze zobaczysz, że za kilka tygodni będziesz sama piec ten chleb i gotować obiadki. Choćby z nudów - oczywiście tylko sobie z niej żartował.
Nie wyobrażał sobie, że Geraldine kiedykolwiek będzie czerpać przyjemność z takich czynności. Wręcz przeciwnie, stąd zamierzał zadbać o to na tyle na ile mógł przy napiętym grafiku w szpitalu i konieczności odbywania długich podróży. Musieli przystosować się do nowej rzeczywistości. Zaczynając już od dziś. Najlepiej w przeciągu kilku minut, toteż po raz ostatni pocałował swoją dziewczynę, niechętnie się od niej odsunął i tym samym zainicjował ciąg przygotowań do wyjazdu.
- Nie wnioskowałbym aż tak daleko - kącik jego ust uniósł się prowokacyjnie z przekorą i pewnym siebie podważaniem słów Geraldine, że jest całkowicie normalna, bo nie była.
Dla niektórych bardziej tradycjonalistycznych czarodziejów mogli wydawać się zbyt nowocześni i za bardzo oderwani od korzeni, choć sam Ambroise raczej miał się za człowieka mocno ugruntowanego w tradycyjnych wartościach. Z zewnątrz szanował wszelkie konwenanse. We własnych oczach raczej nieznacznie odbiegał od wizerunku typowego czarodzieja czystej krwi.
Nosił się dumnie, raczej sądził, że nigdy nie dało się być zbyt elegancko ubranym (raczej stawiał przy tym na prosty, dyskretnie reprezentacyjny styl) i wolał sprawiać wrażenie przesadnie odstawionego niżeli flejowatego. Nie miał większych problemów z zachowaniem się należycie do sytuacji towarzyskiej. Całkiem zgrabnie lawirował między dwoma skrajnie przeciwstawnymi (a jednak trochę podobnymi) światami. Nie przenosił brudów z ulicy na salony. W drugą stronę raczej również nie.
Mimo to przez lata zdążył zauważyć i przyzwyczaić się do tego, że ich wybory nie zawsze spotykały się z aprobatą. Przez pewne grono byli oceniani ostrzej. Stosunkowo szybko przyklejono im łatkę burzących naturalny porządek rzeczy, choćby tym, że od praktycznie pięciu lat żyli jak małżeństwo, do którego legalizacji nie było im śpieszno. Nie mieli dzieci, nie mówili o konieczności ich posiadania, udawało im się unikać większości pytań o takie plany. Angażowali się wyłącznie w najbardziej konieczne lub korzystne sprawy. W innym wypadku trzymali się na uboczu i z wyczuwalną rezerwą do wielu pomysłów, w które usiłowano ich wciągnąć. Na naprawdę niezłym poziomie udawało im się łączyć coś, co raczej nie powinno mieć długofalowego sensu - przynajmniej w oczach krytykantów z zewnątrz. Byli szczęśliwi.
A to co poniektórym stawało kością w gardle.
Dodatkowo ich styl życia raczej wykluczał posługiwanie się powszechnie przyjętą definicją normalności. Dla nich to było coś naturalnego, bo codziennie mierzyli się z tym samym, ale dla ogółu społeczeństwa raczej byłoby to szaleństwem. Czasami bardziej kontrolowanym. Czasem mniej. Ostatnio na szczęście bez trzeciej opcji: wcale nie kontrolowane.
Bardzo dobrze poznali reguły gry. Nauczyli się ich instynktownie. Mieli je w jednym paluszku, może nawet na samej opuszce. Roise uważał się za realistę i mężczyznę przezornego - poinformowanego o wielu rzeczach odpowiednio wcześnie. Mógłby stwierdzić, że powinien wiedzieć, że kiedy zasady rozgrywki stawały się zbyt łatwe dla większości ludzi to ktoś wreszcie postanawiał je wywrócić do góry nogami. Zmieniły się w przeciągu kilku godzin. Nowe mieli poznać w następnych kilkanaście. Może nawet po tych paru tygodniach, o których mówili, chcąc spędzić je na zachowywaniu neutralnego dystansu i przyglądając się sprawie z boku.
Razem. Nie widział innej możliwości niż trwać przy sobie nawzajem. Dawać sobie oparcie (choć we własnym zamyśle Ambroise raczej wolał być podporą niż ją otrzymywać) podczas trudnych chwil, które mogą nadejść. Nie. Z pewnością miały to zrobić. Żadne z nich nie musiało być prekognitą, żeby stwierdzić, że wszystko jeszcze co najmniej kilkukrotnie się przetasuje. Jedyną stałą byli oni dla siebie nawzajem. Nie mógłby i tego utracić. Był świadomy, że Geraldine również nie.
- Wiem - odmruknął, zaciągając się dymem z papierosa ukochanej, który w każdym innym razie potraktowałby z obrzydzeniem a teraz ze słodką goryczą; miał wrażenie, że to będzie główny motyw przewodni ich następnych miesięcy i niewiele mogą z tym zrobić.
Nie chciał płynąć z prądem. W żadnym razie nie powinni dać się porwać żadnej stronie konfliktu. Niezależnie od tego ile ich będzie, bo tak właściwie to rzadko kiedy były po prostu dwie - ta dobra i ta zła. Obcowanie z pięknem i brzydotą, moralnością i brakiem skrupułów, honorem ludzi różnego rodzaju w najróżniejszych okolicznościach otworzyło oczy Greengrassa na skalę szarości świata, w którym żyją. Nic nie było czarne lub białe. Tak właściwie to te dwa kolory niemalże nie występowały w naturze.
Mimo że ich system był z kartonu zlepionego kilkoma zaklęciami to rzeczywistość już nie - była znacznie bardziej złożona i skomplikowana. Ludzie uważający się za dobrych i sprawiedliwych robili znacznie gorsze rzeczy od tych nazywanych bandytami i brutalami, tyle że częstokroć w białych rękawiczkach. Pojęcie wyższego dobra było zasłoną dymną dla okrutnych czynów jeszcze na długo przed tym, o czym musieli teraz myśleć. Ta wojna dopiero się rozpoczęła, ale tak naprawdę trwała znacznie dłużej. Z tym, że mniej oficjalnie. Teraz wąż wypełzł z podziemia. Urósł tam, nabrał sił, ale nie wziął się z nikąd. Ktoś go tam umieścił - jego mściwość była pokłosiem czyichś decyzji.
Wszystko miało swoją przyczynę. Swój początek i koniec.
Teraz byli przy tym pierwszym...
...choć może to było rozwinięcie?
Nie chciał tego sprawdzać w praktyce. Rzecz jasna miał zasięgnąć języka zgodnie z tym, o czym rozmawiali, ale wziął sobie do serca to, że przede wszystkim musieli teraz zadbać o siebie. Nie byli w grupie ryzyka zagrożenia atakiem popleczników Lorda Voldemorta, ale to mogło ulec zmianie i w takim wypadku Greengrass raczej zamierzał traktować ich priorytetowo. Przygotować się na wszystkie okoliczności - nawet do przesady lub niepotrzebnie. Wolał być przezorny i ubezpieczony. Cała reszta mogła wyglądać na przesadę. Niewiele go to ruszało.
- Nie wątpię, że tak będzie - kiwnął głową, po raz kolejny doceniając to jak bardzo mają zgodne podejście do życia i załatwiania niekoniecznie moralnych spraw - to naprawdę wiele ułatwiało. - Jeszcze zobaczysz, że za kilka tygodni będziesz sama piec ten chleb i gotować obiadki. Choćby z nudów - oczywiście tylko sobie z niej żartował.
Nie wyobrażał sobie, że Geraldine kiedykolwiek będzie czerpać przyjemność z takich czynności. Wręcz przeciwnie, stąd zamierzał zadbać o to na tyle na ile mógł przy napiętym grafiku w szpitalu i konieczności odbywania długich podróży. Musieli przystosować się do nowej rzeczywistości. Zaczynając już od dziś. Najlepiej w przeciągu kilku minut, toteż po raz ostatni pocałował swoją dziewczynę, niechętnie się od niej odsunął i tym samym zainicjował ciąg przygotowań do wyjazdu.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down