Gdyby tylko Victoria wiedziała, co działo się w życiu Louvaina… a nie miała o tym bladego pojęcia, znała może ułamek wszystkiego. Nie miała pojęcia, że zrobił jakiejś kobiecie dziecko, ani że położył już kreskę na swojej nierozłącznej do tej pory siostrze bliźniaczce. Nie miała pojęcia o tym, że musi ukrywać zimno swego ciała, choć zyskał je świadomie, w przeciwieństwie do niej. Nie wiedziała, że po zremisowanej (ach, prawda, dla niej to też była przegrana) walce z tamtym padalcem wał się w bójkę, że nosił w sobie tak duży negatyw emocji i odczuć, który niemalże się wylewał. Wiedziała jedynie, że rytuał Beltane, który ją złączył z własnym narzeczonym (którego już nie miała), połączył go z Cynthią i nie chciał słuchać o zerwaniu tej nienaturalnej więzi. Rozumiała więc, że pomiędzy nim, a jej przyjaciółką, było coś na rzeczy…
Oczywiście, że wolała tu być z kimś sprawdzonym, a nie urzędasem, któremu będzie trzeba mówić gdzie się schować i czego nie robić, a co zdecydowanie tak. Normalnie posłaliby tu pewnie jakiegoś brygadzistę, albo dwóch, razem z kimś z Biura Świstoklików, ale po drodze okazało się, że ta grupka może mieć coś wspólnego nie tylko z nielegalną produkcją świstoklików, ale też z czarną magią. Trzeba to było więc zrobić inaczej, delikatniej, a zarazem całkowicie stanowczo. Raporty mówiły o tym, że zajęciem para się dwójka gości, a potem opychają sprawę gdzieś na Nokturnie, nie przewidywali więc, by w tym miejscu miało być osób więcej niż dwójka, zwłaszcza o tej godzinie.
A było wszak już od dawna ciemno.
Skorzystała z publicznego punktu Fiuu by dostać się do Little Hangleton nie dlatego, że tego miejsca nie znała, a dlatego, ze nie chciała się teleportować na środku ulicy w miasteczku, w którym żyli nie tylko czarodzieje, ale też mugole. Chwilę zajęło jej dotarcie do umówionego miejsca spotkania, a samego Louvaina nie było trudno wypatrzyć, nawet jeśli skrył się w cieniu rzucanym przez latarnię. Victoria nadal była w swoim mundurze, co najwyżej poukrywała te elementy, które mogłyby się przypadkowym mugolom wydać… dziwaczne. A więc również w czerni i w ciężkich, wiązanych butach, w końcu wyłoniła się zza zakrętu.
Nieco uniosła brwi na to powitanie, które sprawiło, że w jej głowie pojawiło się kilka znaków zapytania.
– Tak, tobie też dobry wieczór – odparła jednak cicho, jak to zwykła mówić, spokojnie. Przez moment taksowała Louvaina wzrokiem, jakby szukała na to jakiegoś komentarza, ale ostatecznie powiodła spojrzeniem we wskazanym przez niego kierunku. Jedno było tu dobre – że oboje doskonale znali swoje miejsce i nie będzie żadnego przepychania się o dowodzenie i tak dalej. Kiwnęła głową. – Długo tu stoisz? Nie rzuciło ci się w oczy nic nadzwyczajnego? – zapytała po chwili, gdy na powrót patrzyła na kuzyna, standardowo musząc zadzierać głowę, zaraz jednak kiwnięciem dała znać, że mogą już iść. Spokojnie, niespiesznie, ale w kierunku ich celu.