27.10.2024, 19:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.11.2024, 13:45 przez Peregrinus Trelawney.)
Peregrinus absolutnie nie chciał niczego wieszać, ale kłamanie również mu się nie podobało. Po pierwsze mu to niezbyt wychodziło. Zawsze miał też z tyłu głowy wszystkie te mądrości o kłamstwie na krótkich nogach. W tym przypadku natomiast przede wszystkim nie chciał oszukiwać dziewczyny, która wywołała w nim współczucie. Najpierw została nabrana przez jedną grupę i zakpiono z niej tak samo jak z dwójki biednych Krukonów, a teraz miała zostać wystrychnięta na dudka i przez nich samych? Jakoś mu to… nie pasowało; widać miał w tamtych latach deko więcej skrupułów niż Basil.
Siadanie na podłodze opuszczonego kibla go odstręczało, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Kucnął ostrożnie obok Prewetta, uważając, aby nie przeszorować szatą podłogi, i patrzył mu na ręce, gdy ten nototwał odpowiedzi Marty.
Również i on zdecydowanie nie zamierzał wybierać się po żadnego przeklętego kucyka. Oczywiście, że by ich złapali; nie miał co do tego wątpliwości. Od najmłodszych lat — a może w szczególności w najmłodszych latach — Trelawney był niszczycielem dobrej zabawy. Bał się konsekwencji i reprymend. Być besztanym i ukaranym przez dorosłych — koniec świata. Skoro zaś kucyk przeleżał tyle lat w składziku woźnego, był tam zapewne dość bezpieczny. Nie mieli do niego dostępu inni uczniowie, a gdyby chłpocy przenieśli teraz figurkę do łazienki, zaraz znalazłby się ktoś gotów ją zacyganić (chociaż Alexander Mulciber, zdaje się, odszedł z poprzednim rocznikiem).
Peregrin zerknął na karteczkę, zerknął na Basila, zerknął jeszcze raz na karteczkę. Westchnął głęboko, nadymając policzki, po czym wyjął ołówek z dłoni kolegi i odpisał: mogę spróbować.
Nie żeby był wybitnym artystą. Jego umiejętności ograniczały się do patyczaków i kulfonów, ale wiele litości czuł w kierunku ducha Marty. Spróbować nie zaszkodzi. Dobył więc swojego tarota i z wprawą przerzucał karty, dopóki między jego palcami nie znalazła się Śmierć. Czarny kościotrup na śnieżnobiałym wierzchowcu. Idealnym na refkę do malunku kucysia.
Trelawney ułożył kartę na notesie, po czym skupił się w pełni na próbach przerysowania konia, słuchając pobieżnie jedynie dalszego paplania Marty. Wyrwał go z tej zadumy dopiero szloch. Ołówek zastygł w ręce wróżbity. Znów spojrzał na Basila, a jego wzrok wyrażał bardzo dobitnie, że ma już tego wszystkiego serdecznie dość. Spuścił głowę i wrócił do rysunku ze zdwojoną determinacją.
rzemiosło
Motywacja w postaci zawodzącego ducha uczyniła cuda; referencja zapewne też. Konik wyglądał faktycznie jak konik. Imponująco jak na to nastoletnie beztalencie rysownicze.
Peregrinus oddał ołówek Basilowi, wyrwał kartkę i podniósł się z kucek, czując boleśnie zdrętwiałe od tej pozycji nogi.
— Czy konik wyglądał trochę jak ten? — zapytał, wyciągając w stronę Marty swoje dzieło. — Jest dla ciebie.
Siadanie na podłodze opuszczonego kibla go odstręczało, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Kucnął ostrożnie obok Prewetta, uważając, aby nie przeszorować szatą podłogi, i patrzył mu na ręce, gdy ten nototwał odpowiedzi Marty.
Również i on zdecydowanie nie zamierzał wybierać się po żadnego przeklętego kucyka. Oczywiście, że by ich złapali; nie miał co do tego wątpliwości. Od najmłodszych lat — a może w szczególności w najmłodszych latach — Trelawney był niszczycielem dobrej zabawy. Bał się konsekwencji i reprymend. Być besztanym i ukaranym przez dorosłych — koniec świata. Skoro zaś kucyk przeleżał tyle lat w składziku woźnego, był tam zapewne dość bezpieczny. Nie mieli do niego dostępu inni uczniowie, a gdyby chłpocy przenieśli teraz figurkę do łazienki, zaraz znalazłby się ktoś gotów ją zacyganić (chociaż Alexander Mulciber, zdaje się, odszedł z poprzednim rocznikiem).
Peregrin zerknął na karteczkę, zerknął na Basila, zerknął jeszcze raz na karteczkę. Westchnął głęboko, nadymając policzki, po czym wyjął ołówek z dłoni kolegi i odpisał: mogę spróbować.
Nie żeby był wybitnym artystą. Jego umiejętności ograniczały się do patyczaków i kulfonów, ale wiele litości czuł w kierunku ducha Marty. Spróbować nie zaszkodzi. Dobył więc swojego tarota i z wprawą przerzucał karty, dopóki między jego palcami nie znalazła się Śmierć. Czarny kościotrup na śnieżnobiałym wierzchowcu. Idealnym na refkę do malunku kucysia.
Trelawney ułożył kartę na notesie, po czym skupił się w pełni na próbach przerysowania konia, słuchając pobieżnie jedynie dalszego paplania Marty. Wyrwał go z tej zadumy dopiero szloch. Ołówek zastygł w ręce wróżbity. Znów spojrzał na Basila, a jego wzrok wyrażał bardzo dobitnie, że ma już tego wszystkiego serdecznie dość. Spuścił głowę i wrócił do rysunku ze zdwojoną determinacją.
rzemiosło
Rzut T 1d100 - 86
Sukces!
Sukces!
Motywacja w postaci zawodzącego ducha uczyniła cuda; referencja zapewne też. Konik wyglądał faktycznie jak konik. Imponująco jak na to nastoletnie beztalencie rysownicze.
Peregrinus oddał ołówek Basilowi, wyrwał kartkę i podniósł się z kucek, czując boleśnie zdrętwiałe od tej pozycji nogi.
— Czy konik wyglądał trochę jak ten? — zapytał, wyciągając w stronę Marty swoje dzieło. — Jest dla ciebie.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie