Gdyby być tak całkowicie szczerym, ale zupełnie absolutnie, gdzie nie wiemy już, czy to nadal prawdomówność, czy już może chamstwo, to Cameron był kolejnym na drodze do wpierdolu. Z pominięciem wszystkich pięknych słówek i opakowań, w których można było to zdanie ująć. Napatoczył się pod nogi - i całkowicie przypadkowo tak, że Sauriel go złapał. Automatycznie. Złapał i miał go odepchnąć, tak jak przed momentem zrobił z jakimś anonimowym czarodziejem. Albo charłakiem. Teraz już ciężko było powiedzieć, kto w tym tłumie wmieszał się, aby przeżyć "przygodę" swojego życia i doświadczyć zastrzyku adrenaliny, a kto był tu walczyć o prawa, które... no cóż, spójrzmy prawdzie w oczy - zostały rozgonione agresją. Takie właśnie mieli prawa. Nie mieli. W dodatku - nie bardzo mieli narzędzia, by cokolwiek zmienić. Tymczasowy-Towarzysz-W-Drodze-Do-Bezpiecznego-Miejsca nie miał pojęcia, czy ten, którego złapał, jest charłakiem czy czarodziejem i szczerze? Nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Dzieciak. Spojrzał w twarz chłopaka, wielkie oczy, które szukały tylko jednego - życia - i chociaż nie był takim dzieckiem jak pałętające się tutaj dziesięciolatki, to nadal był zdecydowanie za młody, żeby zasłużyć sobie na wywalenie się tutaj, między nogami pędzących ludzi. Wiesz, co groziło tym, którzy tu upadli? Wyobrażasz to sobie? Wśród tych dziesiątek stóp, które nie spoglądały, gdzie i dokąd biegną, które jedynie szukały ucieczki od zagrożenia? Wyobraź to sobie. Ludzie mówili, że śmierć przez tonięcie czy spalenie była okrutna. A ta, której wizja chwilowo się oddaliła..?
Gdyby mógł to teleportowałby się z miejsca razem z nim, odstawił na bok, poklepał po głowie i powiedział, że czas do domu, mamy i ciepłego mleka. Ale nie mógł. Byli ludzie, którzy w Hogwarcie wylewali ósme poty nad książkami, ludzie, którzy te książki uwielbiali i ci, którzy robili wszystko, tylko nie sięgali po nie. Cóż, Sauriel lubił książki. Tylko że jednocześnie lubił równie mocno unikać zajęć, kiedy do Hogwartu chodził. Łatwo więc sobie wyobrazić, że posiadanie licencji na teleportowanie stało się poza jego zasięgiem. I czasami żałował. Czasem. Zapieranie się tutaj, kiedy leciał na ciebie tłum, wcale nie było proste. Tym bardziej wędrowanie pod niego. Może i był silny, może i był sprawny, ale walka z tym natłokiem ludzi była zwyczajnie problematyczna.
Podniósł głowę, zrywając kontakt wzrokowy. Niewyraźne "dzięki" dotarło do jego uszu. Wolną rękę, którą przed chwilą kogoś odepchnął wyciągnął przed siebie i poruszył nadgarstkiem okrężnym ruchem. Nie był dobry w zaklęciach Rozproszenia. Trzymając pod ramię Camerona przesunęli się kilka kroków w tył pod nawałem ludzi, kiedy pierwszy ruch nic nie zdziałał. I drugi też nie. Przez moment srebrzysta, przejrzysta bariera ich ochroniła, ale pod wpływem paru popchnięć i uderzeń zniknęła. Tak, Sauriel nie miał w swojej dłoni przy tym różdżki.
- Tarcza, dzieciaku. Umiesz rzucić tarczę? - Owszem, musieli się stąd wydostać. To znaczy - Sauriel niekoniecznie musiał, ale zamierzał. Lupin był tak rozedrgany, a przynajmniej takie miał wrażenie, że wyciąganie różdżki i bawienie się nią brzmiało jak przepis na tragedię. Bo nawet jeśli był dobry w magii Rozpraszania, to czarowanie nie równało się czarowaniu. Co innego czarować w bezpiecznej klasie szkolnej, a co innego w takim miejscu. Tym bardziej magicznym patykiem, który łatwo upuścić, zgubić, a... to były cenne rzeczy. - Nie ważne. Nie wyciągaj jej. - Ruszyli do przodu. Topornie i powoli. Tarcza błyskała przed nimi to znikała, ale przynajmniej pozwalała się czasami przesunąć do przodu, rozrzedzała ten tłum. A to zawsze było coś.
- A ty większe powody do zmartwień. - Właściwie jakby byli odrobinę dalej od siebie to Sauriel nie był pewien, czy w ogóle byliby w stanie się usłyszeć. Znów wysilając się na prawdę poczuł irytację, że w ogóle postanowił walczyć z tym miejscem i tym tłumem, zamiast zostawić chłopaka - niech sobie radzi. Mimo wszystko mały już nie był, a życie uczyło najlepiej, jak sobie radzić. Tylko że irytacja, irytacją. A to, że uważał, że żaden dzieciak nie zasłużył na przedwczesną śmierć było zdecydowanie silniejsze.
W końcu się przedarli.
Puścił Camerona i miał wrażenie, że dopiero teraz jest w stanie wciągnąć powietrze w swoje płuca. Pochylił się do przodu w bocznej uliczce i oparł dłonie na kolanach, spocony jak świnia. Adrenalina buzowała w jego żyłach - i było to całkiem przyjemne. Byłoby jeszcze przyjemniejsze gdyby nie to, że to miejsce stało się masakrą. Obrócił głowę w kierunku tych błysków i krzyków, nie czując jeszcze tego, jak mocno jest poobijany, że rzeczywiście tu miał zadrapanie, tam miał zadrapanie, że knykcie miał zdarte. Ale ta krew niekoniecznie była tylko jego.
Oddychał głęboko. Bardzo głęboko.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.