31.10.2024, 22:41 ✶
Tegoroczne Lammas było pod tym dachem kameralne, coby nie powiedzieć biedne, lecz kolejne sabaty zdecydowanie można było zaplanować z większym rozmachem. Pomysłów Woody’emu nie brakowało, mógł wymyślać atrakcji bez końca. Problemów nastręczało co najwyżej wprowadzenie ich w życie, ale zapewne starczyłoby zacząć przygotowania wcześniej czy coś.
On sam prezentów i kartek świątecznych przez lata swojej rodzinie nie wysyłał. Nikomu z nich, nie tylko temu nieszczęsnemu Godrykowi. Dopiero po uformowaniu Zakonu Feniksa zaczął na nowo budować te relacje, a więc i podrzucać im czasem coś miłego z jakiejś okazji. Wciąż nie był jednak w domu gościem przy oficjalnym stole i nie miało to się raczej zmienić, dopóki senior uparcie dychał. A trzymał się po złośliwości dość dobrze.
Donoszenie z kolei Tessie o tym, jak jest tytułowana w murach pubu, było niewskazane. Stanowiłoby to bowiem przejaw konfidenctwa, a owo budziło w Woodym odrazę. Czołowym reprezentantem tego obmierzłego typu człowieka był nie kto inny jak, cóż, Godryk Longbottom (czemu już drugi paragraf się sprowadza do daddy issues?). Nic sobie Tarp nie robił z tego, że sam od czasu do czasu jada makowiec na komendzie. On to robił we właściwszym celu niż świętoszek tatulek. Wszystko, co robił Woody, było w końcu z definicji moralnie słuszne.
— Maść na stawy — prychnął zdegustowany jej sugestią. — Inaczej zaśpiewasz o moich stawach, gdy będziesz potrzebowała… otworzyć słoik… jakiegoś smarowidła dla dziewczyn. Do twarzy.
To było najlepsze, na co wpadł, bo niestety w świecie magicznym tężyzna fizyczna nie jest aż takim atutem i tenże słoik zapewne z powodzeniem można byłoby otworzyć prostym zaklęciem. Niewątpliwie istniały jednak takie robótki w gospodarstwie domowym, których zrobić nie dało się inaczej niźli silnymi rękoma. Musiało coś takiego istnieć. Tak?
W kuchni Woody chciałby móc się przedstawiać jako mężczyzna: że niby wie, co to jajecznica, a i tak czasem wyjdzie jakaś taka kurwa podejrzanie za rzadka. Prawda była jednak inna: Clemens Longbottom w młodości miewał porywy iście romantyczne i liznął nieco kulinariów, gotując od czasu do czasu dla swojej żony, z czego wówczas był bardzo dumny. Dziś by jej najchętniej (deklaratywnie) napluł do zupy i nasmarkał do gulaszu. Tymczasem sprawdzanie stopnia nagrzania patelni było — jak się okazuje — trochę jak jazda na rowerze, niestety się tego nie zapomina i nie ma odwrotu.
Czarodziej chętnie rozsiadł się na wygodniejszym o niebo od kuchennego taboretu siedzisku głównej sali i, och, wzniósł oczy ku niebu. Łuskanie słoneczników, co też za pomysł. Z tymi jego grabiastymi łapami! Barbarzyństwem byłoby jednak zabijać w Asenie ducha świąt, więc coś tam poszemrał pod nosem, ale wziął się potulnie do roboty. Przy czym proporcja picia do łuskania wypadała mniej więcej jak łyk na ziarenko.
— Że niby pół godziny. Tak w sam raz, żeby się zdążyć tym rzucaniem ubawić i znudzić. — Co winno być odczytywane jako: tak, oczywiście.
Rywalizacji, jak i kolejki, Woody Tarp nie śmiał nigdy odmawiać. Przednio bawiły go podobne zawody, mimo że w te stare rzutki o wypłowiałych piórkach grali już chyba setki razy.
Gdy więc rozpalono piec i umieszczono w środku ciastową kuleczkę przyozdobioną tym zdobytym w pocie i trudach słonecznikiem, stanęli przed rzeczoną tarczą. Choć w stosownym oddaleniu od portretów, zajmowała ona zaszczytne miejsce na tej samej ścianie, co galeria historycznych właścicieli. Pijany Woody kiedyś zdołał nawet dokonać niemożliwego i przypadkiem trafić grotem pod pachę Grubego Ulryka. Po dziś dzień w płótnie ziała dziura, toteż gdy portrety ujrzały, dokąd zmierza dwoje milusińskich, między ścianami Rejwachu zarezonowały okrzyki wściekłych protestów.
I chuj z tym.
— Teraz ci udowodnię, ile są warte te stawy, młoda damo.
Woody zrzucił czapkę kucharską, zważył w dłoniach lotkę, zmrużył jedno oko i posłał pocisk ku tarczy z niebotyczną precyzją (a przynajmniej tego oczekiwał).
rzut na moje wydatne i imponujące AF
On sam prezentów i kartek świątecznych przez lata swojej rodzinie nie wysyłał. Nikomu z nich, nie tylko temu nieszczęsnemu Godrykowi. Dopiero po uformowaniu Zakonu Feniksa zaczął na nowo budować te relacje, a więc i podrzucać im czasem coś miłego z jakiejś okazji. Wciąż nie był jednak w domu gościem przy oficjalnym stole i nie miało to się raczej zmienić, dopóki senior uparcie dychał. A trzymał się po złośliwości dość dobrze.
Donoszenie z kolei Tessie o tym, jak jest tytułowana w murach pubu, było niewskazane. Stanowiłoby to bowiem przejaw konfidenctwa, a owo budziło w Woodym odrazę. Czołowym reprezentantem tego obmierzłego typu człowieka był nie kto inny jak, cóż, Godryk Longbottom (czemu już drugi paragraf się sprowadza do daddy issues?). Nic sobie Tarp nie robił z tego, że sam od czasu do czasu jada makowiec na komendzie. On to robił we właściwszym celu niż świętoszek tatulek. Wszystko, co robił Woody, było w końcu z definicji moralnie słuszne.
— Maść na stawy — prychnął zdegustowany jej sugestią. — Inaczej zaśpiewasz o moich stawach, gdy będziesz potrzebowała… otworzyć słoik… jakiegoś smarowidła dla dziewczyn. Do twarzy.
To było najlepsze, na co wpadł, bo niestety w świecie magicznym tężyzna fizyczna nie jest aż takim atutem i tenże słoik zapewne z powodzeniem można byłoby otworzyć prostym zaklęciem. Niewątpliwie istniały jednak takie robótki w gospodarstwie domowym, których zrobić nie dało się inaczej niźli silnymi rękoma. Musiało coś takiego istnieć. Tak?
W kuchni Woody chciałby móc się przedstawiać jako mężczyzna: że niby wie, co to jajecznica, a i tak czasem wyjdzie jakaś taka kurwa podejrzanie za rzadka. Prawda była jednak inna: Clemens Longbottom w młodości miewał porywy iście romantyczne i liznął nieco kulinariów, gotując od czasu do czasu dla swojej żony, z czego wówczas był bardzo dumny. Dziś by jej najchętniej (deklaratywnie) napluł do zupy i nasmarkał do gulaszu. Tymczasem sprawdzanie stopnia nagrzania patelni było — jak się okazuje — trochę jak jazda na rowerze, niestety się tego nie zapomina i nie ma odwrotu.
Czarodziej chętnie rozsiadł się na wygodniejszym o niebo od kuchennego taboretu siedzisku głównej sali i, och, wzniósł oczy ku niebu. Łuskanie słoneczników, co też za pomysł. Z tymi jego grabiastymi łapami! Barbarzyństwem byłoby jednak zabijać w Asenie ducha świąt, więc coś tam poszemrał pod nosem, ale wziął się potulnie do roboty. Przy czym proporcja picia do łuskania wypadała mniej więcej jak łyk na ziarenko.
— Że niby pół godziny. Tak w sam raz, żeby się zdążyć tym rzucaniem ubawić i znudzić. — Co winno być odczytywane jako: tak, oczywiście.
Rywalizacji, jak i kolejki, Woody Tarp nie śmiał nigdy odmawiać. Przednio bawiły go podobne zawody, mimo że w te stare rzutki o wypłowiałych piórkach grali już chyba setki razy.
Gdy więc rozpalono piec i umieszczono w środku ciastową kuleczkę przyozdobioną tym zdobytym w pocie i trudach słonecznikiem, stanęli przed rzeczoną tarczą. Choć w stosownym oddaleniu od portretów, zajmowała ona zaszczytne miejsce na tej samej ścianie, co galeria historycznych właścicieli. Pijany Woody kiedyś zdołał nawet dokonać niemożliwego i przypadkiem trafić grotem pod pachę Grubego Ulryka. Po dziś dzień w płótnie ziała dziura, toteż gdy portrety ujrzały, dokąd zmierza dwoje milusińskich, między ścianami Rejwachu zarezonowały okrzyki wściekłych protestów.
I chuj z tym.
— Teraz ci udowodnię, ile są warte te stawy, młoda damo.
Woody zrzucił czapkę kucharską, zważył w dłoniach lotkę, zmrużył jedno oko i posłał pocisk ku tarczy z niebotyczną precyzją (a przynajmniej tego oczekiwał).
rzut na moje wydatne i imponujące AF
Rzut Z 1d100 - 52
Sukces!
Sukces!
piw0 to moje paliwo