01.11.2024, 22:08 ✶
Jonathan Selwyn miał farta, piekielnego farta, że na tor treningowy nie wybrali się dekadę później, więc wśród strojów sportowych nie królował jeszcze pstrokaty spandex. Woody Tarpaulin absolutnie był bowiem typem człowieka, który ubrałby na podobną okazję neonowe rajtuzy. Ze względu na okoliczności modowe epoki wystarczyć musiały tymczasem szorty i żonobijka zarzucona bluzą — ze względu na to, że poranki u schyłku lata bywały chłodne.
Byłoby pięknie, gdyby na tym się skończyło.
Poranny chłodek wyciągnął jednak z szafy Tarpa coś jeszcze. Czapkę-kondom: cieniutką, ciasno przylegającą do łysej głowy, z niewielkim pypciem na czubku czaszki. Kolor intensywnie chabrowy. Fantazja.
W przeciwieństwie do Selwyna Woody nie mógł pochwalić się brakiem zawady alkoholizm, a na domiar złego wczesny poranek był porą, o której zwykle udawał się na spoczynek po nocnej zmianie. Czarodziej zjawił się toteż w Księżycowym Stawie może i nieco wymięty, ale niepozbawiony entuzjastycznego zapału do działania. Wyzwania nie były mu straszne, szczególnie te treningowe. Formę fizyczną trzymał w końcu bardzo przyzwoitą i dbał o to, żeby się nie opuścić. Nie tryskał może siłami jak w wieku lat trzydziestu i nieco szybciej się już męczył, ale wciąż miał solidną krzepę i kondycję lepszą niż niejeden młodzieniaszek.
Chętnie zaprezentowałby wspomniane przymioty rozgrzewkowym kuksańcem na Jonathanie za to jego uparte Clemy, lecz zachował zaskakujący spokój. Jeśli będzie go ignorował wystarczająco długo, na pewno się prędzej czy później ciołek znudzi. Patrzył toteż jedynie na kolegę, unosząc brwi coraz to wyżej, w miarę jak ten wypowiadał kolejne słowa.
— Magipsychiatrzy nazywają to projekcją, Selwyn.
Woody poprawił chwyt na różdżce i odwrócił się bezceremonialnie ku ścianie lasu, aby rzucić wyzywające spojrzenie temu, co czyhało na nich w jego głębi.
— W razie czego znam pierwszą pomoc — dodał jeszcze, żeby podkreślić dosadniej, że to Jonathana podejrzewa o urazy i potrzebę interwencji.
Co jak co, ale przytyki dotyczące tego, że miałby się bać czegoś takiego, wcale go nie ruszały. Ze wszystkich rzeczy o sobie, jakich był pewien, tej był pewien niemal najmocniej: człowiekiem słabych nerwów po doświadczeniach z Brygady i Nokturnu to on nie był.
Dwoje zakonników ruszyło tym samym w las z różdżkami w gotowości. Samiutcy naturalnie, bo Woody za nic by się nie zgodził na asystę organizatorów. Co to on miał pięć lat, żeby go starszy brat prowadził za rączkę? Hę? Co następne? Jestem dorosły, Jeremiah.
!przeszkody
Byłoby pięknie, gdyby na tym się skończyło.
Poranny chłodek wyciągnął jednak z szafy Tarpa coś jeszcze. Czapkę-kondom: cieniutką, ciasno przylegającą do łysej głowy, z niewielkim pypciem na czubku czaszki. Kolor intensywnie chabrowy. Fantazja.
W przeciwieństwie do Selwyna Woody nie mógł pochwalić się brakiem zawady alkoholizm, a na domiar złego wczesny poranek był porą, o której zwykle udawał się na spoczynek po nocnej zmianie. Czarodziej zjawił się toteż w Księżycowym Stawie może i nieco wymięty, ale niepozbawiony entuzjastycznego zapału do działania. Wyzwania nie były mu straszne, szczególnie te treningowe. Formę fizyczną trzymał w końcu bardzo przyzwoitą i dbał o to, żeby się nie opuścić. Nie tryskał może siłami jak w wieku lat trzydziestu i nieco szybciej się już męczył, ale wciąż miał solidną krzepę i kondycję lepszą niż niejeden młodzieniaszek.
Chętnie zaprezentowałby wspomniane przymioty rozgrzewkowym kuksańcem na Jonathanie za to jego uparte Clemy, lecz zachował zaskakujący spokój. Jeśli będzie go ignorował wystarczająco długo, na pewno się prędzej czy później ciołek znudzi. Patrzył toteż jedynie na kolegę, unosząc brwi coraz to wyżej, w miarę jak ten wypowiadał kolejne słowa.
— Magipsychiatrzy nazywają to projekcją, Selwyn.
Woody poprawił chwyt na różdżce i odwrócił się bezceremonialnie ku ścianie lasu, aby rzucić wyzywające spojrzenie temu, co czyhało na nich w jego głębi.
— W razie czego znam pierwszą pomoc — dodał jeszcze, żeby podkreślić dosadniej, że to Jonathana podejrzewa o urazy i potrzebę interwencji.
Co jak co, ale przytyki dotyczące tego, że miałby się bać czegoś takiego, wcale go nie ruszały. Ze wszystkich rzeczy o sobie, jakich był pewien, tej był pewien niemal najmocniej: człowiekiem słabych nerwów po doświadczeniach z Brygady i Nokturnu to on nie był.
Dwoje zakonników ruszyło tym samym w las z różdżkami w gotowości. Samiutcy naturalnie, bo Woody za nic by się nie zgodził na asystę organizatorów. Co to on miał pięć lat, żeby go starszy brat prowadził za rączkę? Hę? Co następne? Jestem dorosły, Jeremiah.
!przeszkody
piw0 to moje paliwo