Czasem proste rzeczy najciężej było ubrać w pasujące do nie szaty. Nie przejaskrawione, nie ukrywające ich wartości. Proste. Zwyczajne. Pokazujące to, co liczy się najbardziej. Ludzie przyzwyczajeni byli do udawania, ładnych opakowań i do prezentowania się perfekcyjnie na zdjęciach. Uśmiechnij się do kamery, przytul brata, pokaż, co jest dla ciebie najważniejsze. Co się liczy. Żyjemy w świecie fikcji i wmawiają nam, że to jest odpowiednie. Jesteś tym lepszy, im lepsze kłamstwa tkasz. Potem spotykasz taką Victorie, która przekonuje cię, że nie wszystko musi nosić takie znamiona i nie wszystko jest takie okrutne, fałszywe i czarne. Szarości, a nawet biel, na którą wkrada się słońce - to wszystko jest możliwe. Do uchwycenia, do zobaczenia. Jeśli tylko chcesz... I nie musisz tego ujmować w żadne szaty. Może być nagie - tylko na tę nagość jeszcze trzeba być gotowym. Zabawne, jak człowiek może być dzielny i hardy, a potem polega w najprostszej rzeczy. Spotkać się ze śmiercią? Och tak, bez problemu. Spotkać się z miłością? Och nie, nie... Ty się boisz.
- Zajebista jest ta moda. Kolorowo, wszyscy skaczą po parkiecie. - Może niekoniecznie wszystkie utwory były w jego typie, zdecydowanie bliżej mu było rocka, ale nadal - tak, to było fajne. Fajniejsze niż te wszystkie płaczliwe utwory fortepianowe. To, co było na weselu Blacków. - Ooo tak, kurwa... ten to ma styl... no... - Zerknął na nią, mogła poczuć, jak jego broda przy tym ruchu przesuwa się po czubku jej głowy. - Jednak masz jakiś gust. Szkoda, nie będzie krytyki. - Nie śmiał się, ale ten śmiesz wpleciony był w ton jego wypowiedzi. Nie skrytykowałby jej gustu, gdyby powiedziała, że jednak woli muzykę klasyczną - rozumiał, dlaczego ludzie ją lubili. Po prostu sam za nią nie przepadał i wywracał oczami. Gdzie się nie ruszysz to każdy niemal ci powie, że tak, Bethoveen! Och tak, tak! Tak wypada, to w końcu kolejne śliczne ubranko. Prawda nic nie znaczyła. To Kłamstwo ubierało się u Prady.
- No - robiłabyś eliksiry tym wszystkim śmierdzącym obdartusom. - Medyk na Ścieżkach był bezcenny. To jak samica u delfinów - no zabijasz się o niego. Tak samo bezcenni byli ci, co ważyli eliksiry i byli tak zdolni, jak Victoria. Bo szarlatanów to nie brakowało, oj nie! Tych było co nie miara, a każdy potrafił stworzyć kamień filozoficzny... który tutaj był bardzo niebezpiecznym tematem. - Słuchaj... jeśli ci zależy na znalezieniu tego wisiorka twojej babki... mogę za nim powęszyć na Nokturnie. - Albo na Ścieżkach. Coś takiego musiało zostać naprawdę dobrze skryte i zabezpieczone, być może nawet nie znajdowało się w niczyich rękach. Ale może jakieś sekrety o tym przetrwały.
- Eeej..! - Lekko drgnął na to podszczypnięcie. - Nie chcę majtek. Mam majtki. Chcę... tygrysa. - Kiciusia, o. Takiego dużego. - Czy w Afryce żyją tygrysy? - Tego nie wiedział, aż tyle nie wyniósł ze swojej wizyty w zoo. - Może i pan, ale wygląda jak pedał. To równie dobrze może być panią. - Uniósł jeden kącik ust. - Też może sprawie se kota, jak się przeprowadzę. Wypierdalam z tej spierdoliny domu Rookwoodów. Nie mogę patrzeć na te gęby. Chyba Joseph już też nie. Ale serio, kiedyś też zainwestuje w jakieś mieszkanie... albo w dziurę na Ścieżkach...
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.