03.11.2024, 23:42 ✶
Nawet nie pokusił się o ustną odpowiedź. Zamiast tego zrobił jednoznacznie nieprzejętą minę kogoś, kto w żadnym wypadku nie czuł wyrzutów sumienia w związku z tym, co powiedział. Niezależnie od tego jak bardzo to było niewłaściwe, niepoprawne a szczerze mówiąc również całkiem obrzydliwe. Po prostu zamachał uniesioną otwartą dłonią w geście uzupełniającym no cooo?, które miał wypisane na twarzy - w rozszerzonych zamglonych oczach, wydętych wargach, uniesionych kącikach ust i brwiach będących niemal jednością z linią włosów.
Czy mógł się powstrzymać przed roztoczeniem takiej a nie innej wizji?
No niby tak, ale nie byłoby w tym żadnej zabawy. Poza tym aktualnie trochę nie panował nad swoim językiem, przez co tak właściwie miał pewność, że coś powiedział dopiero wtedy, kiedy dostrzegał na to reakcję. Dokładnie tak jak w tym wypadku: to ewidentnie nie były wyłącznie jego bardzo głośne myśli. Gdzieś po drodze zmieniły się w poplątane słowa, które raczej trafiły w punkt.
No żadne z tamtej dwójki nie wyglądało, jakby mogło mieć wybitnie ciekawe życie erotyczne. Prawdę mówiąc to, jakby mogło mieć jakiekolwiek, bo ich ojciec najpewniej mógłby być nawet dendrofilem (tak, to brzmiało bardzo niepokojąco, ale trochę prawdopodobnie), który tak bardzo kochał swoją pracę, że wykształcił w sobie podobne upodobania zamiast cieszyć się bliskością fizyczną młodej żony.
Natomiast ta była...
- Auć, za co to? - Zareagował niemalże minutę po fakcie, przerywając ten szalony tok rozumowania po to, żeby rozmasować sobie ramię.
Całkiem mocno go w nie trzepnęła jak na takie chucherko. Tak właściwie to miał ochotę cofnąć wcześniejszą reakcję, żeby nie nakarmić jej ego tym jak bardzo była skuteczna. Natomiast chyba nie mógł tego zrobić, więc powoli, bardzo znacząco wywrócił oczami w wyrazie politowania wobec tej nagłej przemocy fizycznej.
W kolejnej chwili zmienionej w głaskanie go po ramieniu i śmiech, który sprawił, że on sam również się roześmiał. Cholera wiedziała, z czego dokładnie, ale dołączył do niej, choć w przeciwieństwie do chichotu Roselyn, Roise raczej śmiał się nisko, urywanie, na swój sposób szczekliwie - w klimacie całej ich dyskusji o psach, papugach i gęsiach.
- Cholerne gęsi - skrzywił się bezwiednie.
Jeśli ona nie chciała rozmawiać o dupie swojej matki to on zdecydowanie nie planował zagłębiać się w temat gryzących skurwysynów. Ani najlepiej w ogóle skurwysynów. Nawet tych kręcących się wokół jego siostry, na których wspomnienie wyłącznie machnął ręką.
- I cholernie dobrze, że nie chcesz mieć z nimi do czynienia - zapewnił świadomy tego, że choć nie znał genezy tego podejścia to prawdopodobnie było najwłaściwsze z możliwych.
Wszelkie relacje damsko-męskie kończyły się dokładnie tak samo, przynajmniej w jego oczach. Były trudne, chaotyczne, przynosiły zawód i rozczarowanie. Miały trwać wiecznie, mamiły ciepłem i rozkoszą, domem, lepszym życiem. A potem się kończyły. Pozostawiały tylko pustkę nie do wypełnienia żadnymi innymi osobami. Nie, gdy wydawało się, że już się miało tę jedną szansę na miliard. Wtedy cała reszta była wyłącznie marnym wypełniaczem.
Równie dobrze można było to sobie darować i skupić się na pracy. Praca nigdy nie zawodziła. A nawet, jeśli już tak to pchało go to do dalszych prób. Jak z tą nieszczęsną cebulą. Cholera, to brzmiało dobrze.
- Jasne, że tak - odpowiedział niemalże od razu, jakkolwiek niehumanitarne i niemoralne by było tworzenie czegoś tylko po to, żeby miało tak smutny los to od razu przyklasnął temu pomysłowi. - Może gdyby wziąć smutolistka i połączyć go z ożywieńczą cebulą? Zobaczyć, co z tego wyjdzie a potem dorzucić do tego na przykład płaczącego kropelnika? - Zasugerował starając się mówić nie od rzeczy, choć raczej nie przychodziło mu to teraz wybitnie łatwo.
Natomiast to chyba miało sens? Skoro ożywieńcza cebula sama w sobie zachowywała się już całkiem logicznie. Potrafiła porozumiewać się z botanikami poprzez delikatnie wibracje w różnym stopniu natężenia. Natomiast smutolistek wydawał z siebie melancholijne dźwięki, gdy ktoś dotykał jego listków a płaczący kropelnika był rośliną, która codziennie rano wydaje kropelki gęstej, lepkiej cieczy przypominającej łzy. Wszystko razem mogło się udać. Przynajmniej teraz to miało sens.
Tak właściwie to wszystko miało obecnie bardzo dużo sensu. Nieważne, o czym mówili i co robili. Nawet rozlanie kolejnej porcji alkoholu miało jakiś tam sens (oblewali coś, nie? cholerne zaręczyny) tym bardziej, gdy mógł skorzystać z okazji i również uraczyć się porcją alkoholu. W końcu po to go tu mieli, aby korzystać z tego aż do upragnionej odcinki. Tak. Chyba to było potrzebne.
Pierwszy raz w życiu właśnie w takim towarzystwie, ale teraz już mu to wcale nie przeszkadzało.
Czy mógł się powstrzymać przed roztoczeniem takiej a nie innej wizji?
No niby tak, ale nie byłoby w tym żadnej zabawy. Poza tym aktualnie trochę nie panował nad swoim językiem, przez co tak właściwie miał pewność, że coś powiedział dopiero wtedy, kiedy dostrzegał na to reakcję. Dokładnie tak jak w tym wypadku: to ewidentnie nie były wyłącznie jego bardzo głośne myśli. Gdzieś po drodze zmieniły się w poplątane słowa, które raczej trafiły w punkt.
No żadne z tamtej dwójki nie wyglądało, jakby mogło mieć wybitnie ciekawe życie erotyczne. Prawdę mówiąc to, jakby mogło mieć jakiekolwiek, bo ich ojciec najpewniej mógłby być nawet dendrofilem (tak, to brzmiało bardzo niepokojąco, ale trochę prawdopodobnie), który tak bardzo kochał swoją pracę, że wykształcił w sobie podobne upodobania zamiast cieszyć się bliskością fizyczną młodej żony.
Natomiast ta była...
- Auć, za co to? - Zareagował niemalże minutę po fakcie, przerywając ten szalony tok rozumowania po to, żeby rozmasować sobie ramię.
Całkiem mocno go w nie trzepnęła jak na takie chucherko. Tak właściwie to miał ochotę cofnąć wcześniejszą reakcję, żeby nie nakarmić jej ego tym jak bardzo była skuteczna. Natomiast chyba nie mógł tego zrobić, więc powoli, bardzo znacząco wywrócił oczami w wyrazie politowania wobec tej nagłej przemocy fizycznej.
W kolejnej chwili zmienionej w głaskanie go po ramieniu i śmiech, który sprawił, że on sam również się roześmiał. Cholera wiedziała, z czego dokładnie, ale dołączył do niej, choć w przeciwieństwie do chichotu Roselyn, Roise raczej śmiał się nisko, urywanie, na swój sposób szczekliwie - w klimacie całej ich dyskusji o psach, papugach i gęsiach.
- Cholerne gęsi - skrzywił się bezwiednie.
Jeśli ona nie chciała rozmawiać o dupie swojej matki to on zdecydowanie nie planował zagłębiać się w temat gryzących skurwysynów. Ani najlepiej w ogóle skurwysynów. Nawet tych kręcących się wokół jego siostry, na których wspomnienie wyłącznie machnął ręką.
- I cholernie dobrze, że nie chcesz mieć z nimi do czynienia - zapewnił świadomy tego, że choć nie znał genezy tego podejścia to prawdopodobnie było najwłaściwsze z możliwych.
Wszelkie relacje damsko-męskie kończyły się dokładnie tak samo, przynajmniej w jego oczach. Były trudne, chaotyczne, przynosiły zawód i rozczarowanie. Miały trwać wiecznie, mamiły ciepłem i rozkoszą, domem, lepszym życiem. A potem się kończyły. Pozostawiały tylko pustkę nie do wypełnienia żadnymi innymi osobami. Nie, gdy wydawało się, że już się miało tę jedną szansę na miliard. Wtedy cała reszta była wyłącznie marnym wypełniaczem.
Równie dobrze można było to sobie darować i skupić się na pracy. Praca nigdy nie zawodziła. A nawet, jeśli już tak to pchało go to do dalszych prób. Jak z tą nieszczęsną cebulą. Cholera, to brzmiało dobrze.
- Jasne, że tak - odpowiedział niemalże od razu, jakkolwiek niehumanitarne i niemoralne by było tworzenie czegoś tylko po to, żeby miało tak smutny los to od razu przyklasnął temu pomysłowi. - Może gdyby wziąć smutolistka i połączyć go z ożywieńczą cebulą? Zobaczyć, co z tego wyjdzie a potem dorzucić do tego na przykład płaczącego kropelnika? - Zasugerował starając się mówić nie od rzeczy, choć raczej nie przychodziło mu to teraz wybitnie łatwo.
Natomiast to chyba miało sens? Skoro ożywieńcza cebula sama w sobie zachowywała się już całkiem logicznie. Potrafiła porozumiewać się z botanikami poprzez delikatnie wibracje w różnym stopniu natężenia. Natomiast smutolistek wydawał z siebie melancholijne dźwięki, gdy ktoś dotykał jego listków a płaczący kropelnika był rośliną, która codziennie rano wydaje kropelki gęstej, lepkiej cieczy przypominającej łzy. Wszystko razem mogło się udać. Przynajmniej teraz to miało sens.
Tak właściwie to wszystko miało obecnie bardzo dużo sensu. Nieważne, o czym mówili i co robili. Nawet rozlanie kolejnej porcji alkoholu miało jakiś tam sens (oblewali coś, nie? cholerne zaręczyny) tym bardziej, gdy mógł skorzystać z okazji i również uraczyć się porcją alkoholu. W końcu po to go tu mieli, aby korzystać z tego aż do upragnionej odcinki. Tak. Chyba to było potrzebne.
Pierwszy raz w życiu właśnie w takim towarzystwie, ale teraz już mu to wcale nie przeszkadzało.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down