Czasem najgorsze było to, że nie szukałeś rozwiązań - ty celowo szukałeś problemów. Tylko pocieszenia na swoją mizerotę, ale nie możliwości wyjścia z kłopotów, jakie cię osaczały. Te zewnętrzne? Pal licho. Te wewnętrzne? Paliły ciebie. Sauriel nie podejrzewał, co chodziło po głowie Astarotha, ale mógł się z tym utożsamić. Teraz to wszystko zdawało się takie ckliwie nieważne. Te rozterki, te wątpliwości... Nie miały znaczenia w większej perspektywie twojego życia. Jesteś, albo cię nie ma. Nikt jeszcze nie wynalazł magicznego leku na bycie wampirem... poniekąd. Szepty od Victorii były przerażające. Myśl, że jednak mogłoby coś takiego istnieć. Tak samo jak i to, czym się ostatnio popisała. Eliksirem, który pozwala chodzić po świetle dnia. Cieszyć się tym blaskiem. Jakie to by było kuszące dla wszystkich bestii, żeby przechadzać się bezkarnie po słońcu. W Anglii? Pół biedy. Tu niemal wiecznie było zachmurzone. To czerwiec i lipiec oszalały tym razem i pokazały, że nawet w gnijącym Londynie potrafiło być "ładnie".
- Serio? - Uniósł brwi z lekkim zdziwieniem. - Dziwne. A ja powtarzam, że mam jej zero. - Ciężko mu było sobie wyobrażać niektóre rzeczy i nawet nie było mu do tego szybko. Potem jednak słyszał Victorię "no bo kto normalny zacząłby robić z ogórków krzesełka". Co za różnica - ogórek czy kawałek drewna? Surowiec to surowiec, chyba ze wszystkiego wyciosasz mebel? Najwyraźniej jednak jakaś różnica była. No, pomijając wielkość. Iiii twardość. I w ogóle pomijając wiele elementów, które to mózg Sauriela pomijał, właśnie, bardzo skutecznie.
- Serio, Przystojniaczku. - Rozłożył się z powrotem na kanapie, jawnie dając do zrozumienia, że kwestia kultury odprowadzania do drzwi wyjściowych była mu obca. Nie była. Za to też nie zrobił tego w pełni umyślnie. Najpierw usiadł - potem pomyślał. I nie zamierzał się poprawiać. - Znajdź osoby, które oddadzą ci krew dobrowolnie. Nawet im zapłać, jeśli trzeba. Jeśli będziesz się głodził tylko pogorszysz sytuację. I skrzywdzisz kogoś. - Przerabiał to na własnej skórze. I naprawdę chciał poradzić Astorathowi, ale mógł tylko tak wiele, na jak wiele on sam mu pozwalał. Jakie możliwości sam przyjmował do samego siebie. - W razie co - adres znasz. Jakby potrzebował pomocy - mów. - I to też mówił szczerze. Co prawda kwestia zaciągania długów była u Sauriela rzeczą bardzo poważną, ale dopóki nie zagadywał go o przysługi jakiś chuj ze Ścieżek o kaprawych oczkach to nie zakładał raczej, że ktoś go zrobi w chuja. I to nie przez łatwowierność w ludzi. To przez to, że był pewien, że i tak wymusi spłatę, jeśli nie pojawi się ona dobrowolnie.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.