05.11.2024, 02:50 ✶
Uśmiechnął się znacząco. Nie planował tego komentować. Nie mówiąc tak ani nie, co prawda, w dalszym ciągu dawał Geraldine do zrozumienia jaka jest odpowiedź, ale przynajmniej nie robił tego jawnie. Nie mogła mu nic więcej zarzucić. Nie to, aby mogło ją to powstrzymać. Jeśli czegoś chciała to była w stanie stworzyć sobie dogodne okoliczności a wtedy drżyjcie światy.
Na ten moment nie rozwijał tego tematu, bo rzeczywiście - nie zamierzał odrzucać takiej wyśmienitej karty ze swojej ręki. Preferował mieć coś w zanadrzu. Nawet wtedy, kiedy wcale nie chciał tego wykorzystać w złym celu. Raczej zwykli droczyć się między sobą aniżeli wyciągać ciężkie działa.
Tym bardziej, że oboje wiedzieli do czego są zdolni. Gdyby nie splot okoliczności, własna duma, stare nawyki i wiele innych czynników to prawdopodobnie od samego początku mogliby być dla siebie silnymi sojusznikami. Przy niej nie czuł, żeby istniała jakaś rzecz, której nie są w stanie zrobić. Mogli podołać każdym trudnościom byleby tylko stać po jednej stronie.
Choć jednocześnie nie mógł zaprzeczyć, że poznając późniejszą ukochaną od tamtej strony mógł żywić do niej szacunek. Nie wiedział czy większy niż byłoby to w przypadku, w którym od razu przyjęliby wspólny front, ale nie wykluczał, że tak. Ostatnie miesiące wyraźnie dawały mu do zrozumienia, że wszystko dzieje się w swoim tempie, ma swoje miejsce i czas. Nawet, jeżeli czasami chciałoby się to przyspieszyć.
Zresztą to wszystko, co działo się między nimi miało swój całkiem intensywny, zawrotny rytm. Zupełnie tak, jakby w przeciągu tygodni nadrabiali miesiące a w miesiące lata. Czuł to niemalże za każdym razem, gdy ją całował i niemal cieleśnie zapadali się w siebie nawzajem, bezwiednie szukając ujścia dla tęsknoty, o której istnieniu nie wiedzieli zanim nie została zatarta.
To był ten brak, którego nie odczuwał dopóki samoistnie nie został wypełniony. A gdy tak się stało to ciało samo zareagowało na bliskość zaś umysł wypełnił się spokojem, poczuciem niefizycznego spełnienia.
Oczywiście, że wszystko inne było równie klarowne. Nie wyobrażał sobie niczego innego od tego, o czym rozmawiali planując wspólne życie. Nie dostrzegał tempa, w którym się ze sobą wiązali a gdy to robił, szybko dochodził do wniosku, że tak właściwie to wcale nie działo się tak nienaturalnie.
Orbitowali wokół siebie na tyle długo, że gdy (niemal) wszystkie karty zostały wyłożone na stół po zakończeniu wojny, nie chciał dogrywki. Nikt nie wygrał, ale nie było przegranych. Choć może oboje zwyciężyli?
Te małe starcia sił jak dzisiejsze popołudnie nie były już tak straszne, dopóki współdziałali we wspólnym interesie. Tym bardziej, że w żadnym momencie nie czuł się zobowiązany czy naciskany do tego, żeby odbyć tę wizytę.
To była ich wspólna sprawa. Niekoniecznie mogli tego uniknąć. To akurat nie była do końca ich decyzja, bo wymagały tego okoliczności zewnętrzne, ale jak do tej pory szło im przyzwoicie.
- Dobrze. Skoro tak to przedstawiasz - odrzekł, powoli kiwając głową.
Nie miał żadnych podstaw, żeby odrzucać taki podział. Ten układ sił mógł mu odpowiadać, byleby nie usiłowała przerzucać tego całkiem na siebie, bo w takim wypadku miał się stanowczo unieść.
Byli partnerami nie tylko w zbrodni. Może nie znał jej rodziny tak dobrze jak Yaxleyówna, ale miał z nimi jakieś swoje doświadczenia. Potrafił wyciągać wnioski. Uczył się je słusznie weryfikować.
Jeśli starał się w związku z czymś to potrafił zaprzeć się i dopiec swego. Nie wątpił, że jego dziewczyna również, bo przekonał się o tym na własnej skórze. Nie to, żeby mu to jakoś specjalnie przeszkadzało, gdy przynosiło obopólne korzyści a przekonywanie go niosło za sobą...
...również same satysfakcjonujące zalety. Natomiast raczej chodziło o to, że nie sądził, że muszą przejmować się jakimikolwiek naciskami. Nie, skoro rozegrają to po swojemu w taki sposób, aby osiągnąć wspólny cel, którym w tym wypadku był święty spokój i jedynie prywatne zobowiązania, obietnice i intymności.
Choć z tym Beltane bez wątpienia próbowała go zbić z tropu. Rozłożył ręce w płynnym geście no cóż.
- Sądzę, że do maja uda mi się znaleźć właściwy kamyk - nawet nie drgnęła mu powieka, gdy to mówił.
Naturalnie próbował odpowiadać iskrą na iskrę. Jeśli Geraldine sądziła, że da mu do zrozumienia, że w przypadku tego konkretnego sabatu będą musieli trzymać się z daleka od najlepszej części świętowania to grubo się myliła.
Nie sądził, żeby to miało stanowić aż taki problem w przyszłości, bo mieli do tego jeszcze prawie rok i mogli dostatecznie mocno podkreślić wspólną pozycję bez uciskania się do czegoś, o czym wspominał. Natomiast nie musiał tego mówić. Bawiło go to niedopowiedzenie.
Poza tym odrobina kontrowersji zawsze przewijała się przez ich niezależne życia, więc wcale nie musieli z tego rezygnować. Chyba dostatecznie dobrze dawał to teraz do zrozumienia, nie potrafiąc trzymać rąk przy sobie nawet w takich okolicznościach jak te. Choć przecież byli sami i dorośli.
- U całej twojej rodziny - zapewnił bez krzty skupienia, przez co tak właściwie pewnie dopuścił się przekoloryzowania, ale miał to gdzieś. - To dobrze, bo zamierzam mocno korzystać z twojej... ...pomocy... ...w innych przypadkach. Nierozsądne byłoby, by ten zaprzątał ci głowę - przyznał w dalszym ciągu leniwie skupiony na reakcjach na jego dotyk.
Podobały mu się. Dziś w tym miejscu były trochę inne.
- Sama zasugerowałaś, że powinienem sobie policzyć ekstra za fatygę - przypomniał, mimo że tak naprawdę nie pamiętał czy coś takiego padło w ich żarliwej wymianie zdań.
Wydawało mu się, że tak. Albo bezpośrednio w celu dopieczenia mu, albo jako równie kąśliwa sugestia. W każdym razie miał zamiar upierać się przy swoim: sama dała mu do zrozumienia, że stawka powinna być adekwatnie wysoka do poniesionych kosztów emocjonalnych. A wtedy zdenerwowała go jak chyba nigdy.
- Poza tym pamiętaj, że to były trzy dni. To wyczyn postawić kogoś na nogi w siedemdziesiąt dwie godziny do tego stopnia, żeby mógł zacząć dziamdziać od razu po otwarciu ocząt - w jego słowach nie było za knut skromności, szczególnie gdy jednocześnie unosił podbródek, wyginając wargi w jednoznacznym uśmiechu.
Lekkość, z jaką mówił o całej sytuacji zadziwiała nawet jego samego. W tych warunkach nie miał żadnego problemu z żartowaniem o ich trudnej przeszłości. Zazwyczaj nie robił tego tak ochoczo, ale atmosfera panująca w pomieszczeniu sprzyjała poufnym mrugnięciom i nawiązaniom do tego ostatniego momentu, kiedy tu wspólnie byli. W końcu tak wiele zmieniło się od tamtego czasu.
Nieustannie posuwali się do przodu, odkrywali siebie nawzajem. Nie powinien mieć trudności, aby przyznać się do czegoś, z czego może nie był wyjątkowo dumny we wszystkich aspektach, ale z drugiej strony nie zachował się wtedy jak ostatni dupek. Co najwyżej jak przedostatni, może trzeci w kolejności do niechlubnego podium.
Nieznacznie poddając się atmosferze półmroku i bliskości, burzy coraz bardziej szalejącej za oknem i porywom wiatru wdzierającego się przez drugie skrzydło, po prostu wzruszył ramionami mówiąc to, co było jasne.
Uniósł się honorem a teraz podstępem próbował uzyskać trochę zaległych benefitów. W żadnym razie nie takich związanych z ekwiwalentem finansowym.
- Tak właściwie to miałaś u mnie rabat za piękne oczy. Mógłby być większy, ale te obelgi - oj tak: te obelgi.
Nie to, że pozostawał dłużny. W żadnym wypadku. Miał aż nadto wkładu w rozwój tamtej sytuacji. Chyba nigdy wcześniej ani zdecydowanie nie później nie zachował się w tak nieprofesjonalny, skrajnie urażony sposób. Nie to, że miał wobec siebie jakiekolwiek wyrzuty. W żadnym wypadku. Najzwyczajniej wiedział, że mógł to załatwić inaczej. Obecnie jako ta osoba, którą się przy niej stał, bo jego wcześniejsza wersja nie byłaby w stanie tak łatwo odpuścić.
Szczerze wątpił, żeby jego dziewczyna również była w stanie zakopać z nim wtedy topór wojenny. Zmieniali się. Racja nie była dla Ambroisa już tak istotna. Przynajmniej nie w przypadku tej jednej relacji. Choć to nie oznaczało, że przestanie zachowywać się jak on. Na przykład w tym momencie całkowicie jawnie wywrócił oczami, wzdychając pobłażliwie.
- A to nie jedno i to samo? Myślałem, że było was jedenaścioro i wszyscy sypialiście w jeziorze - głupie, zaczepne pytanie wymagało jeszcze głupszej i bardziej zaczepnej odpowiedzi, ale postanowił ograniczyć się wyłącznie do tej pierwszej części.
Zaczepiał ją w inny znacznie bardziej skuteczny sposób, obserwując gęsią skórkę na odkrytych ramionach, choć przez myśl przeszło mu, że powinien coś zrobić, żeby podmuchy wiatru tak w nią nie uderzały. Wsłuchując się w odpowiedź, na którą zareagował mimowolnym uniesieniem kąciku ust, sięgnął za plecy, żeby zsunąć z siebie marynarkę.
- Czyli to wieczór wodzenia za nos? - Spytał, powoli nachylając się ku niej, żeby okryć jej ramiona marynarką, po czym na chwilę zawisając nad nią w oczekiwaniu na pocałunek.
Jednakże zaraz znowu oparł się o swoją część ściany i okna, wzdychając ciężko na odpowiedź o winie. Nawet nie planował tego komentować. Uniósł wzrok w kierunku sufitu i kląsnął językiem o podniebienie.
Nie wiedział skąd wzięło się to zdziwione dwukrotne mrugnięcie ani dziwnie zamyślony, skonsternowany wyraz twarzy. To było raczej coś, co miał okazję wielokrotnie powtarzać, nie wiążąc tego ani z żadną konkretną sytuacją ani tym bardziej z osobą. Nawet z tą mu najbliższą.
Nie miał pamięci do przelotnych interakcji. Nawet do tak stosunkowo niedawnych jak tamta ich pierwsza późnym wieczorem w Mungu. Każdą kolejną pamiętał już bardzo wyraźnie, ale nie tamtą.
Ani tym bardziej nie coś, co nawet nie przemknęło mu przez myśl, gdy spojrzał zdziwiony na swoją dziewczynę i dopowiedział coś, co dziesiątki, jeżeli nie setki razy opuszczało jego usta.
Tak właściwie to uważał to za oczywistość, bo sam to kiedyś zasłyszał z ust któregoś z kuzynów, gdy był jeszcze całkiem młody. Szczególnie jak na to, żeby palić.
- ...jak fujary? - To nie było pytanie a wyłącznie uściślenie, no, może sugestia skierowana do niej w taki sposób, żeby już nie miała nawet cienia wątpliwości. - Bez wątpienia doceniam tę subtelną dwuznaczność, przyjmuję zaproszenie, ale takie parapety okienne rządzą się swoimi prawami. Szczególnie, gdy tak bardzo wieje - skwitował pokrótce z szelmowskim błyskiem w oku. - Nasz mały teatrzyk nie uda się bez ciebie. Jeśli dostaniesz zawrotów głowy i będę cię musiał cucić, wszystko strasznie się przeciągnie i nie zdążymy wrócić do domu przed nadejściem nocy - to mówiąc, zaciągnął się własnym papierosem (powoli i metodycznie z rozleniwieniem) przenosząc wzrok na wierzchołki drzew w dole łagodnie opadającej skarpy.
Burza jeszcze nie pokazała wszystkiego, na co ją było stać. Istniała możliwość, że jeżeli wszystko się przeciągnie to zdecydowanie będą zmuszeni do przedłużenia swojego pobytu w okolicy.
Zapewne dokładnie w tym domu, choć Ambroise wolałby zmyć się do nieodległej miejscowości, jeżeli to miałoby umożliwić im normalne spędzenie nocy bez konieczności głośnego mówienia sobie dobranoc w drzwiach. A potem, naturalnie, zachowywania się jeszcze bardziej jak szczeniaki konspirujące jak przemknąć się do jednego pokoju pod osłoną ciemności.
Nie przeczył, że to byłoby całkiem ekscytujące. Przynajmniej przez chwilę. Natomiast wolał jawne czyny. W ostatnim czasie miał dosyć dużo okazji ku temu, aby wyrobić sobie zdanie o podchodach i niedopowiedzeniach. Rzecz jasna to nie było coś, co powinno paść na pierwszym oficjalnym obiedzie, ale nietrudno było wyrokować, że stosunkowo szybko miało im się odechcieć tej grzecznej szopki.
Tym bardziej, że cierpliwość, jak wymownie pokazywały jego nietrzymane przy sobie ręce, nie była cnotą Ambroisa.
Na ten moment nie rozwijał tego tematu, bo rzeczywiście - nie zamierzał odrzucać takiej wyśmienitej karty ze swojej ręki. Preferował mieć coś w zanadrzu. Nawet wtedy, kiedy wcale nie chciał tego wykorzystać w złym celu. Raczej zwykli droczyć się między sobą aniżeli wyciągać ciężkie działa.
Tym bardziej, że oboje wiedzieli do czego są zdolni. Gdyby nie splot okoliczności, własna duma, stare nawyki i wiele innych czynników to prawdopodobnie od samego początku mogliby być dla siebie silnymi sojusznikami. Przy niej nie czuł, żeby istniała jakaś rzecz, której nie są w stanie zrobić. Mogli podołać każdym trudnościom byleby tylko stać po jednej stronie.
Choć jednocześnie nie mógł zaprzeczyć, że poznając późniejszą ukochaną od tamtej strony mógł żywić do niej szacunek. Nie wiedział czy większy niż byłoby to w przypadku, w którym od razu przyjęliby wspólny front, ale nie wykluczał, że tak. Ostatnie miesiące wyraźnie dawały mu do zrozumienia, że wszystko dzieje się w swoim tempie, ma swoje miejsce i czas. Nawet, jeżeli czasami chciałoby się to przyspieszyć.
Zresztą to wszystko, co działo się między nimi miało swój całkiem intensywny, zawrotny rytm. Zupełnie tak, jakby w przeciągu tygodni nadrabiali miesiące a w miesiące lata. Czuł to niemalże za każdym razem, gdy ją całował i niemal cieleśnie zapadali się w siebie nawzajem, bezwiednie szukając ujścia dla tęsknoty, o której istnieniu nie wiedzieli zanim nie została zatarta.
To był ten brak, którego nie odczuwał dopóki samoistnie nie został wypełniony. A gdy tak się stało to ciało samo zareagowało na bliskość zaś umysł wypełnił się spokojem, poczuciem niefizycznego spełnienia.
Oczywiście, że wszystko inne było równie klarowne. Nie wyobrażał sobie niczego innego od tego, o czym rozmawiali planując wspólne życie. Nie dostrzegał tempa, w którym się ze sobą wiązali a gdy to robił, szybko dochodził do wniosku, że tak właściwie to wcale nie działo się tak nienaturalnie.
Orbitowali wokół siebie na tyle długo, że gdy (niemal) wszystkie karty zostały wyłożone na stół po zakończeniu wojny, nie chciał dogrywki. Nikt nie wygrał, ale nie było przegranych. Choć może oboje zwyciężyli?
Te małe starcia sił jak dzisiejsze popołudnie nie były już tak straszne, dopóki współdziałali we wspólnym interesie. Tym bardziej, że w żadnym momencie nie czuł się zobowiązany czy naciskany do tego, żeby odbyć tę wizytę.
To była ich wspólna sprawa. Niekoniecznie mogli tego uniknąć. To akurat nie była do końca ich decyzja, bo wymagały tego okoliczności zewnętrzne, ale jak do tej pory szło im przyzwoicie.
- Dobrze. Skoro tak to przedstawiasz - odrzekł, powoli kiwając głową.
Nie miał żadnych podstaw, żeby odrzucać taki podział. Ten układ sił mógł mu odpowiadać, byleby nie usiłowała przerzucać tego całkiem na siebie, bo w takim wypadku miał się stanowczo unieść.
Byli partnerami nie tylko w zbrodni. Może nie znał jej rodziny tak dobrze jak Yaxleyówna, ale miał z nimi jakieś swoje doświadczenia. Potrafił wyciągać wnioski. Uczył się je słusznie weryfikować.
Jeśli starał się w związku z czymś to potrafił zaprzeć się i dopiec swego. Nie wątpił, że jego dziewczyna również, bo przekonał się o tym na własnej skórze. Nie to, żeby mu to jakoś specjalnie przeszkadzało, gdy przynosiło obopólne korzyści a przekonywanie go niosło za sobą...
...również same satysfakcjonujące zalety. Natomiast raczej chodziło o to, że nie sądził, że muszą przejmować się jakimikolwiek naciskami. Nie, skoro rozegrają to po swojemu w taki sposób, aby osiągnąć wspólny cel, którym w tym wypadku był święty spokój i jedynie prywatne zobowiązania, obietnice i intymności.
Choć z tym Beltane bez wątpienia próbowała go zbić z tropu. Rozłożył ręce w płynnym geście no cóż.
- Sądzę, że do maja uda mi się znaleźć właściwy kamyk - nawet nie drgnęła mu powieka, gdy to mówił.
Naturalnie próbował odpowiadać iskrą na iskrę. Jeśli Geraldine sądziła, że da mu do zrozumienia, że w przypadku tego konkretnego sabatu będą musieli trzymać się z daleka od najlepszej części świętowania to grubo się myliła.
Nie sądził, żeby to miało stanowić aż taki problem w przyszłości, bo mieli do tego jeszcze prawie rok i mogli dostatecznie mocno podkreślić wspólną pozycję bez uciskania się do czegoś, o czym wspominał. Natomiast nie musiał tego mówić. Bawiło go to niedopowiedzenie.
Poza tym odrobina kontrowersji zawsze przewijała się przez ich niezależne życia, więc wcale nie musieli z tego rezygnować. Chyba dostatecznie dobrze dawał to teraz do zrozumienia, nie potrafiąc trzymać rąk przy sobie nawet w takich okolicznościach jak te. Choć przecież byli sami i dorośli.
- U całej twojej rodziny - zapewnił bez krzty skupienia, przez co tak właściwie pewnie dopuścił się przekoloryzowania, ale miał to gdzieś. - To dobrze, bo zamierzam mocno korzystać z twojej... ...pomocy... ...w innych przypadkach. Nierozsądne byłoby, by ten zaprzątał ci głowę - przyznał w dalszym ciągu leniwie skupiony na reakcjach na jego dotyk.
Podobały mu się. Dziś w tym miejscu były trochę inne.
- Sama zasugerowałaś, że powinienem sobie policzyć ekstra za fatygę - przypomniał, mimo że tak naprawdę nie pamiętał czy coś takiego padło w ich żarliwej wymianie zdań.
Wydawało mu się, że tak. Albo bezpośrednio w celu dopieczenia mu, albo jako równie kąśliwa sugestia. W każdym razie miał zamiar upierać się przy swoim: sama dała mu do zrozumienia, że stawka powinna być adekwatnie wysoka do poniesionych kosztów emocjonalnych. A wtedy zdenerwowała go jak chyba nigdy.
- Poza tym pamiętaj, że to były trzy dni. To wyczyn postawić kogoś na nogi w siedemdziesiąt dwie godziny do tego stopnia, żeby mógł zacząć dziamdziać od razu po otwarciu ocząt - w jego słowach nie było za knut skromności, szczególnie gdy jednocześnie unosił podbródek, wyginając wargi w jednoznacznym uśmiechu.
Lekkość, z jaką mówił o całej sytuacji zadziwiała nawet jego samego. W tych warunkach nie miał żadnego problemu z żartowaniem o ich trudnej przeszłości. Zazwyczaj nie robił tego tak ochoczo, ale atmosfera panująca w pomieszczeniu sprzyjała poufnym mrugnięciom i nawiązaniom do tego ostatniego momentu, kiedy tu wspólnie byli. W końcu tak wiele zmieniło się od tamtego czasu.
Nieustannie posuwali się do przodu, odkrywali siebie nawzajem. Nie powinien mieć trudności, aby przyznać się do czegoś, z czego może nie był wyjątkowo dumny we wszystkich aspektach, ale z drugiej strony nie zachował się wtedy jak ostatni dupek. Co najwyżej jak przedostatni, może trzeci w kolejności do niechlubnego podium.
Nieznacznie poddając się atmosferze półmroku i bliskości, burzy coraz bardziej szalejącej za oknem i porywom wiatru wdzierającego się przez drugie skrzydło, po prostu wzruszył ramionami mówiąc to, co było jasne.
Uniósł się honorem a teraz podstępem próbował uzyskać trochę zaległych benefitów. W żadnym razie nie takich związanych z ekwiwalentem finansowym.
- Tak właściwie to miałaś u mnie rabat za piękne oczy. Mógłby być większy, ale te obelgi - oj tak: te obelgi.
Nie to, że pozostawał dłużny. W żadnym wypadku. Miał aż nadto wkładu w rozwój tamtej sytuacji. Chyba nigdy wcześniej ani zdecydowanie nie później nie zachował się w tak nieprofesjonalny, skrajnie urażony sposób. Nie to, że miał wobec siebie jakiekolwiek wyrzuty. W żadnym wypadku. Najzwyczajniej wiedział, że mógł to załatwić inaczej. Obecnie jako ta osoba, którą się przy niej stał, bo jego wcześniejsza wersja nie byłaby w stanie tak łatwo odpuścić.
Szczerze wątpił, żeby jego dziewczyna również była w stanie zakopać z nim wtedy topór wojenny. Zmieniali się. Racja nie była dla Ambroisa już tak istotna. Przynajmniej nie w przypadku tej jednej relacji. Choć to nie oznaczało, że przestanie zachowywać się jak on. Na przykład w tym momencie całkowicie jawnie wywrócił oczami, wzdychając pobłażliwie.
- A to nie jedno i to samo? Myślałem, że było was jedenaścioro i wszyscy sypialiście w jeziorze - głupie, zaczepne pytanie wymagało jeszcze głupszej i bardziej zaczepnej odpowiedzi, ale postanowił ograniczyć się wyłącznie do tej pierwszej części.
Zaczepiał ją w inny znacznie bardziej skuteczny sposób, obserwując gęsią skórkę na odkrytych ramionach, choć przez myśl przeszło mu, że powinien coś zrobić, żeby podmuchy wiatru tak w nią nie uderzały. Wsłuchując się w odpowiedź, na którą zareagował mimowolnym uniesieniem kąciku ust, sięgnął za plecy, żeby zsunąć z siebie marynarkę.
- Czyli to wieczór wodzenia za nos? - Spytał, powoli nachylając się ku niej, żeby okryć jej ramiona marynarką, po czym na chwilę zawisając nad nią w oczekiwaniu na pocałunek.
Jednakże zaraz znowu oparł się o swoją część ściany i okna, wzdychając ciężko na odpowiedź o winie. Nawet nie planował tego komentować. Uniósł wzrok w kierunku sufitu i kląsnął językiem o podniebienie.
Nie wiedział skąd wzięło się to zdziwione dwukrotne mrugnięcie ani dziwnie zamyślony, skonsternowany wyraz twarzy. To było raczej coś, co miał okazję wielokrotnie powtarzać, nie wiążąc tego ani z żadną konkretną sytuacją ani tym bardziej z osobą. Nawet z tą mu najbliższą.
Nie miał pamięci do przelotnych interakcji. Nawet do tak stosunkowo niedawnych jak tamta ich pierwsza późnym wieczorem w Mungu. Każdą kolejną pamiętał już bardzo wyraźnie, ale nie tamtą.
Ani tym bardziej nie coś, co nawet nie przemknęło mu przez myśl, gdy spojrzał zdziwiony na swoją dziewczynę i dopowiedział coś, co dziesiątki, jeżeli nie setki razy opuszczało jego usta.
Tak właściwie to uważał to za oczywistość, bo sam to kiedyś zasłyszał z ust któregoś z kuzynów, gdy był jeszcze całkiem młody. Szczególnie jak na to, żeby palić.
- ...jak fujary? - To nie było pytanie a wyłącznie uściślenie, no, może sugestia skierowana do niej w taki sposób, żeby już nie miała nawet cienia wątpliwości. - Bez wątpienia doceniam tę subtelną dwuznaczność, przyjmuję zaproszenie, ale takie parapety okienne rządzą się swoimi prawami. Szczególnie, gdy tak bardzo wieje - skwitował pokrótce z szelmowskim błyskiem w oku. - Nasz mały teatrzyk nie uda się bez ciebie. Jeśli dostaniesz zawrotów głowy i będę cię musiał cucić, wszystko strasznie się przeciągnie i nie zdążymy wrócić do domu przed nadejściem nocy - to mówiąc, zaciągnął się własnym papierosem (powoli i metodycznie z rozleniwieniem) przenosząc wzrok na wierzchołki drzew w dole łagodnie opadającej skarpy.
Burza jeszcze nie pokazała wszystkiego, na co ją było stać. Istniała możliwość, że jeżeli wszystko się przeciągnie to zdecydowanie będą zmuszeni do przedłużenia swojego pobytu w okolicy.
Zapewne dokładnie w tym domu, choć Ambroise wolałby zmyć się do nieodległej miejscowości, jeżeli to miałoby umożliwić im normalne spędzenie nocy bez konieczności głośnego mówienia sobie dobranoc w drzwiach. A potem, naturalnie, zachowywania się jeszcze bardziej jak szczeniaki konspirujące jak przemknąć się do jednego pokoju pod osłoną ciemności.
Nie przeczył, że to byłoby całkiem ekscytujące. Przynajmniej przez chwilę. Natomiast wolał jawne czyny. W ostatnim czasie miał dosyć dużo okazji ku temu, aby wyrobić sobie zdanie o podchodach i niedopowiedzeniach. Rzecz jasna to nie było coś, co powinno paść na pierwszym oficjalnym obiedzie, ale nietrudno było wyrokować, że stosunkowo szybko miało im się odechcieć tej grzecznej szopki.
Tym bardziej, że cierpliwość, jak wymownie pokazywały jego nietrzymane przy sobie ręce, nie była cnotą Ambroisa.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down