— Zdecydowanie nie jesteś taki jak wszyscy.
Nie mógł nie przyznać mu racji, ale mądry ten, nad którym taka nie wisiała. Morpheus był jak metronom, zafiksowany na własnej śmierci i jednocześnie żyjący w obawie, że jeżeli czegoś nie zrobi w danym momencie, umrze na schodach świątyni Apolla, jego krew niczym posoka ofiarnego zwierzęcia. W końcu pierwotnie bóstwo lecznicze, słoneczne i profetyczne, jednocześnie solarne i chtoniczne, w swoim korzeniu bardzo gwałtowne, z greckiego ἀπόλλυμι, niszczę, zabijam, było bóstwem nagłej śmierci. Żył tą przepowiednią w dwojaki sposób, jednocześnie czując na karku oddech śmierci, jej zimne dłonie, spędzające go w niemoc i beznadzieję, z drugiej strony w woli łapania się życia, czerpania z niego garściami. Wychodził z tego niespójny archetyp szaleńca. Élan vital.
Ponieważ Morpheus również był nastoletnim chłopcem, rozumiejącym wieloznaczności wypowiedzi podszytych kontekstem seksualnum, postanowił nie odpowiadać na stwierdzenie o owocach, że nie ma problemu z połykaniem. Pozostawił swoją fiksację związaną z wkładaniem różnych rzeczy do ust głęboko w środku. Poza oczywistym, Morpheus nie brzydził się owoców zerwanych prosto z gałęzi, podanych mu przez obce dłonie, nie brzydził się psów, które podbiegały i próbowały go polizać po dłoniach, w poszukiwaniu resztek z obiadu.
— Zapamiętam — stwierdził, nieco żartobliwie, przyglądając się, jak Vakel pedantycznie pozbywa się pyłków korytarza ze swojego ubrania, samemu po prostu się otrzepując, bez takiego pietyzmu, a kiedy tamten uznał już, że to koniec, Longbottom po prostu otworzył swoje ramiona, pozostawiając w gestii Vasilija, co z nimi zrobić. Wydawał mu się dziwny niedźwiedzi uścisk podobny do tych, którymi często zgniatał go Jeremiah, nie na miejscu, a objęcie bokiem nieadekwatne do faktu, że trzymał w ustach palce Vasilija jeszcze przed chwilą. Postawił się w bierności, aby Vasilij mógł wybrać za niego, ile siebie chciał przyłożyć do niego i na jak długo, a on będzie pilnował swoich palców. To był dobry plan.