06.11.2024, 13:15 ✶
- Jesteśmy - potwierdził bardzo powolnym, oficjalnym kiwnięciem głową.
Raczej nie wyobrażał sobie, by nie mieli być. Praktycznie od samego początku ustalili jasno, że nie zamierzają narzucać sobie wzajemnie czegoś, co byłoby trudne do zaakceptowania. Nie chciał jej ograniczać ani tym bardziej nie odczuwał przy niej konieczności zachowywania się jak samiec alfa. Co nie znaczyło, że zamierzał betować w tym związku - to również było niedopuszczalne, na samą myśl brało go obrzydzenie. Po prostu byli w tym razem.
- Wiesz, że jestem w stanie potraktować to jako wyzwanie, prawda? - Zasugerował zaczepnie całkowicie świadomy tej przekornej, wielowymiarowej groźby, która wybrzmiała w jego słowach.
Sama go do tego prowokowała, więc nie zamierzał dać jej zapomnieć o tym, że mógł być równie dobry w grze, którą prowadzili. Nawet mając pełną świadomość tego, że nie zrobiłby czegoś takiego bez obopólnej chęci nadania ich relacji nowego biegu.
Może był bezczelny, ochoczo wyciągał ręce po swoje, ale dopóki mogli żyć według własnych upodobań i nie robić z tego publicznej sprawy, dopóty nie uważał, żeby musieli aż tak bardzo wybiegać w przyszłość i rzucać się na nieznane wody. Szczególnie dla opinii publicznej, którą ogólnie mieli daleko gdzieś.
- Natomiast zapewniam cię, że będzie - dodał już znacznie mniej prowokacyjnie, jedynie stwierdzając fakt ze wzruszeniem ramion.
Był człowiekiem przykładającym dużą uwagę do detali. Nie bez powodu jego konikiem były eliksiry, w których warzeniu liczył się każdy drobny kroczek. Co prawda mógł sprawiać zupełnie inne wrażenie, ale było ono mylne. Często robił rzeczy po łebkach, machał ręką na szczegóły uważane za zbędne, nie przejmował się opinią innych ludzi. Natomiast cenił sobie znaczenie tych wszystkich istotniejszych gestów. Nie zwykł traktować tego po łebkach.
Gdy już był w coś zaangażowany, chciał osiągać spektakularny efekt. Być może wszystkie obecnie wypowiadane słowa padały w żartach, ale w tym jednym mogła mieć pewność. Nie potraktowałby tego wyłącznie jako temat do odhaczenia, żeby mieć go z głowy i móc ją zbałamucić na sabacie. Zwłaszcza na takim, na który wcale nie musieli iść. Litości.
Tak zachowywali się wyłącznie ludzie nie mający jednej z dwóch rzeczy lub obu na raz: kasy albo klasy. Oba te elementy były niezbędne, aby w ogóle rozważać podjęcie dalszych oficjalnych kroków, szczególnie jeśli miało się więcej niż dwadzieścia jeden lat.
Poniżej tej magicznej granicy można było jeszcze spojrzeć łaskawszym okiem na młodych, zapalczywych kawalerów z wielkimi ambicjami, do których jeszcze brakowało im trochę wpływów czy możliwości. Szczególnie takich, którzy nie dysponowali rodowym majątkiem. Wzbudzali raczej pobłażliwą sympatię niżeli pogardę. Mieli w sobie trochę specyficznej klasy.
Natomiast starsi? W tych czasach trudno było sobie wyobrazić kogoś starszego, kto nie dysponowałby właściwymi funduszami, żeby ponieść ten pierwszy z licznych wydatków związanych z zakładaniem domu i rodziny. Wbrew pozorom jeden z mniejszych. To bardzo źle wyrokowało na przyszłość, szczególnie jeśli jednocześnie składali piękne deklaracje i nie byli w stanie niczym ich nie przypieczętować. Zero kasy? Puste słowa? Zmuszanie partnerki do przyjmowania czegokolwiek, gdy była warta wszystkich poświęceń? Zero klasy. Już zdecydowanie lepiej było nic nie robić.
Szczególnie w poważnym towarzystwie takim jak ich, gdzie wszystko poddawano bardzo szczegółowej, ostrej ocenie. Nie wątpił, siedząc teraz z Geraldine w bibliotece, że właśnie każdy ich krok był szczegółowo analizowany. Dokładnie tak samo jak on pod kątem bycia tym wyśmienitym kawalerem, na którego usiłował pozować.
Nie przez Gerarda a przez jego małżonkę. Ona bez wątpienia była w stanie drążyć i gdybać, biorąc pod uwagę wszystkie najdrobniejsze szczegóły i szukając dziury w całym. Być może sądził, że go lubi, ale w tym wypadku nie chodziło już tylko o okazjonalne wizyty medyczne.
Miała znacznie większą władzę w ręku. Z pewnością bardzo jej to odpowiadało. Wręcz był w stanie wyobrazić sobie ten zadowolony uśmieszek tłustego pająka obserwującego nadlatującą muchę, która tak właściwie już wplątała się w sieć.
- Oczywiście, że tak. Tym bardziej, że uważa to za swoją zasługę - wzruszył ramionami. - Nie ma możliwości, by nie była zadowolona ze swojego knucia, które jej się powiodło - zauważył bez jakiegokolwiek zakłopotania tym, że dawali starej do zrozumienia coś, co w żadnym wypadku nie było prawdą.
Tyle tylko, że w rzeczywistości sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. To oni mieli tę rozgrywkę w garści. Nie mógł powiedzieć, że nie sprawia mu to satysfakcji. Lubił grać graczami. Bawiło go sprawianie, że cieszyli się z czegoś, co nigdy nie było w zasięgu ich wpływów.
Jennifer z pewnością od dawna mogła rozważać próby zeswatania go ze swoją córką, zwłaszcza że w przeszłości parokrotnie słyszał o nieobecnej dziewczynie w dalekim Londynie. Później ta sprawa z wypadkiem przy polowaniu...
...wszystko ułożyło się po myśli starej, nawet jeśli w gruncie rzeczy nie miała w tym nic do powiedzenia.
- Przynajmniej kilka z nich mogłoby mieć miejsce już dziś wieczorem, gdyby tylko - urwał znacząco, uśmiechając się pod nosem, gdy jego dłoń zabłądziła z kolana na wnętrze ciepłego, miękkiego uda, cofając się po kilku chwilach wbrew temu, co nakazywałaby fala gorąca buzująca w żyłach.
Wrócił do tych swoich delikatnych kółeczek na skórze wokół kolana ukochanej, robiąc przy tym całkowicie neutralną minę kontrastującą z rozszerzonymi źrenicami, pociemniałymi oczami i językiem bezwiednie przesuwanym po wewnętrznej stronie dolnej wargi.
- Nie dasz mi o tym zapomnieć - nie pytał, jedynie stwierdzał fakt. - We śnie bywasz zdecydowanie bardziej przyjemna. To wręcz twoja najbardziej współpracująca, kompromisowa wersja, więc nie. W dalszym ciągu uważam za olbrzymi wyczyn to, że po obudzeniu nie chciałaś, żebym cię tulił, jak to mają w zwyczaju pacjenci po tych wszystkich środkach, tylko wolałaś udusić mnie wzrokiem i dziamdziać na mnie jęzorem - skwitował bez najmniejszego wahania.
Tak właściwie to go wtedy dosyć mocno zaskoczyła. Naprawdę spodziewał się większego rozluźnienia, jakichś nie do końca rozsądnych słów, rozleniwienia i rozprężenia typowego dnia osób pod działaniem lekko narkotycznych eliksirów przeciwbólowych. Tymczasem praktycznie od razu wskoczyli w sam środek przerwanego konfliktu.
To nie był jego najbardziej światły i godny pochwały okres. Prawdę mówiąc wręcz przeciwnie. Oboje zachowywali się nieracjonalnie. Cieszył się, że udało im się w jakiś sposób wrócić na te właściwsze tory. Zwłaszcza, że obeszło się bez jakichś przesadnych trudności, lat chowania urazy i tak dalej. Rozwiązanie konfliktu nie przyszło łatwo, ale mogło być znacznie gorzej.
- Cóż - naprawdę miał słabość do tych niebieskich oczu.
To była jedna z pierwszych rzeczy, które zauważył, co ogólnie nieczęsto miało miejsce. Zazwyczaj nie zwracał uwagi na takie detale, patrząc na ludzi raczej w kategoriach ogółu. Gdyby miał przywołać z pamięci nawet to, w jakim kolorze były oczy jego młodszej siostry, strzelałby, że szare albo szaroniebieskie (na pewno inne niż jego i nie brązowe), co było... ...wymowne. Zresztą żadne inne nie ciskały w niego aż takich gromów.
- Nie - prawie niedostrzegalnie pokręcił głową. - Nie podoba mi się ten pomysł - oznajmił, spuszczając wzrok na jej pełne usta i przez chwilę po prostu świdrując je spojrzeniem.
Były chwile, w których odrobina wyczekiwania brzmiała całkiem kusząco. To nie był jeden z takich momentów.
- To zależy, czego rozwiązaniem miałby być ten oto parapet - wsunął sobie papierosa między zęby po to, żeby poklepać chłodny kamień, unosząc przy tym jedną brew. - Jak myślisz, ile to zajmie? - Tym razem odrobinę spoważniał, zaciągnął się dymem i przeniósł wzrok na drzwi, jakby spodziewał się, że w każdej chwili może zobaczyć w nich kogoś kto przerwie im rozmowę.
Nie ukrywał, że wizja pozostania w Snowdonii niespecjalnie mu odpowiadała. Z pewnością miały nadarzyć się okoliczności zmuszające ich do tego, żeby nocować w domu rodzinnym Geraldine. Natomiast wolał, żeby wszystko było wtedy jasne i klarowne.
Szopka z szykowaniem dwóch sypialni mogła być całkiem zabawna, zważywszy na to, że oboje byli dorośli i zdecydowanie nie było takiej konieczności. Pod tym kątem bez wątpienia nie prowadzili się przyzwoicie. Nie dało się tego ukryć na dłuższą metę, toteż najlepiej byłoby wcale się w to nie bawić. Tyle tylko, że nie do końca wiedział, na ile konserwatywni byli pod tym względem jego przyszli teściowie.
W tym wypadku nie był w stanie o niczym wyrokować. Szczególnie, że chwilowo podtrzymywali złudzenie bycia całkiem ułożoną, dopiero poznającą się parą. Tymczasem o ile rzeczywiście w dalszym ciągu dowiadywali się o sobie nowych rzeczy, o tyle tak właściwie w żadnym momencie tej relacji nie było w nich ani grama powściągliwości.
Od samego początku mieli tendencję do bujania się to w jedną, to w drugą stronę, intensywnie przeskakując od stanu do stanu, przez jedną skrajną emocję w drugą. Powstrzymanie tych instynktów zdecydowanie zbyt dużo kosztowało. Mieli okazję przekonać się o tym dość dobrze w początkowych miesiącach tego roku, co mówiło samo przez siebie.
Jeśli musieliby tu zostać na noc, zrobiliby to, ale nie w taki sposób, jakiego można było po nich oczekiwać. Tu nie było wątpliwości.
Raczej nie wyobrażał sobie, by nie mieli być. Praktycznie od samego początku ustalili jasno, że nie zamierzają narzucać sobie wzajemnie czegoś, co byłoby trudne do zaakceptowania. Nie chciał jej ograniczać ani tym bardziej nie odczuwał przy niej konieczności zachowywania się jak samiec alfa. Co nie znaczyło, że zamierzał betować w tym związku - to również było niedopuszczalne, na samą myśl brało go obrzydzenie. Po prostu byli w tym razem.
- Wiesz, że jestem w stanie potraktować to jako wyzwanie, prawda? - Zasugerował zaczepnie całkowicie świadomy tej przekornej, wielowymiarowej groźby, która wybrzmiała w jego słowach.
Sama go do tego prowokowała, więc nie zamierzał dać jej zapomnieć o tym, że mógł być równie dobry w grze, którą prowadzili. Nawet mając pełną świadomość tego, że nie zrobiłby czegoś takiego bez obopólnej chęci nadania ich relacji nowego biegu.
Może był bezczelny, ochoczo wyciągał ręce po swoje, ale dopóki mogli żyć według własnych upodobań i nie robić z tego publicznej sprawy, dopóty nie uważał, żeby musieli aż tak bardzo wybiegać w przyszłość i rzucać się na nieznane wody. Szczególnie dla opinii publicznej, którą ogólnie mieli daleko gdzieś.
- Natomiast zapewniam cię, że będzie - dodał już znacznie mniej prowokacyjnie, jedynie stwierdzając fakt ze wzruszeniem ramion.
Był człowiekiem przykładającym dużą uwagę do detali. Nie bez powodu jego konikiem były eliksiry, w których warzeniu liczył się każdy drobny kroczek. Co prawda mógł sprawiać zupełnie inne wrażenie, ale było ono mylne. Często robił rzeczy po łebkach, machał ręką na szczegóły uważane za zbędne, nie przejmował się opinią innych ludzi. Natomiast cenił sobie znaczenie tych wszystkich istotniejszych gestów. Nie zwykł traktować tego po łebkach.
Gdy już był w coś zaangażowany, chciał osiągać spektakularny efekt. Być może wszystkie obecnie wypowiadane słowa padały w żartach, ale w tym jednym mogła mieć pewność. Nie potraktowałby tego wyłącznie jako temat do odhaczenia, żeby mieć go z głowy i móc ją zbałamucić na sabacie. Zwłaszcza na takim, na który wcale nie musieli iść. Litości.
Tak zachowywali się wyłącznie ludzie nie mający jednej z dwóch rzeczy lub obu na raz: kasy albo klasy. Oba te elementy były niezbędne, aby w ogóle rozważać podjęcie dalszych oficjalnych kroków, szczególnie jeśli miało się więcej niż dwadzieścia jeden lat.
Poniżej tej magicznej granicy można było jeszcze spojrzeć łaskawszym okiem na młodych, zapalczywych kawalerów z wielkimi ambicjami, do których jeszcze brakowało im trochę wpływów czy możliwości. Szczególnie takich, którzy nie dysponowali rodowym majątkiem. Wzbudzali raczej pobłażliwą sympatię niżeli pogardę. Mieli w sobie trochę specyficznej klasy.
Natomiast starsi? W tych czasach trudno było sobie wyobrazić kogoś starszego, kto nie dysponowałby właściwymi funduszami, żeby ponieść ten pierwszy z licznych wydatków związanych z zakładaniem domu i rodziny. Wbrew pozorom jeden z mniejszych. To bardzo źle wyrokowało na przyszłość, szczególnie jeśli jednocześnie składali piękne deklaracje i nie byli w stanie niczym ich nie przypieczętować. Zero kasy? Puste słowa? Zmuszanie partnerki do przyjmowania czegokolwiek, gdy była warta wszystkich poświęceń? Zero klasy. Już zdecydowanie lepiej było nic nie robić.
Szczególnie w poważnym towarzystwie takim jak ich, gdzie wszystko poddawano bardzo szczegółowej, ostrej ocenie. Nie wątpił, siedząc teraz z Geraldine w bibliotece, że właśnie każdy ich krok był szczegółowo analizowany. Dokładnie tak samo jak on pod kątem bycia tym wyśmienitym kawalerem, na którego usiłował pozować.
Nie przez Gerarda a przez jego małżonkę. Ona bez wątpienia była w stanie drążyć i gdybać, biorąc pod uwagę wszystkie najdrobniejsze szczegóły i szukając dziury w całym. Być może sądził, że go lubi, ale w tym wypadku nie chodziło już tylko o okazjonalne wizyty medyczne.
Miała znacznie większą władzę w ręku. Z pewnością bardzo jej to odpowiadało. Wręcz był w stanie wyobrazić sobie ten zadowolony uśmieszek tłustego pająka obserwującego nadlatującą muchę, która tak właściwie już wplątała się w sieć.
- Oczywiście, że tak. Tym bardziej, że uważa to za swoją zasługę - wzruszył ramionami. - Nie ma możliwości, by nie była zadowolona ze swojego knucia, które jej się powiodło - zauważył bez jakiegokolwiek zakłopotania tym, że dawali starej do zrozumienia coś, co w żadnym wypadku nie było prawdą.
Tyle tylko, że w rzeczywistości sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. To oni mieli tę rozgrywkę w garści. Nie mógł powiedzieć, że nie sprawia mu to satysfakcji. Lubił grać graczami. Bawiło go sprawianie, że cieszyli się z czegoś, co nigdy nie było w zasięgu ich wpływów.
Jennifer z pewnością od dawna mogła rozważać próby zeswatania go ze swoją córką, zwłaszcza że w przeszłości parokrotnie słyszał o nieobecnej dziewczynie w dalekim Londynie. Później ta sprawa z wypadkiem przy polowaniu...
...wszystko ułożyło się po myśli starej, nawet jeśli w gruncie rzeczy nie miała w tym nic do powiedzenia.
- Przynajmniej kilka z nich mogłoby mieć miejsce już dziś wieczorem, gdyby tylko - urwał znacząco, uśmiechając się pod nosem, gdy jego dłoń zabłądziła z kolana na wnętrze ciepłego, miękkiego uda, cofając się po kilku chwilach wbrew temu, co nakazywałaby fala gorąca buzująca w żyłach.
Wrócił do tych swoich delikatnych kółeczek na skórze wokół kolana ukochanej, robiąc przy tym całkowicie neutralną minę kontrastującą z rozszerzonymi źrenicami, pociemniałymi oczami i językiem bezwiednie przesuwanym po wewnętrznej stronie dolnej wargi.
- Nie dasz mi o tym zapomnieć - nie pytał, jedynie stwierdzał fakt. - We śnie bywasz zdecydowanie bardziej przyjemna. To wręcz twoja najbardziej współpracująca, kompromisowa wersja, więc nie. W dalszym ciągu uważam za olbrzymi wyczyn to, że po obudzeniu nie chciałaś, żebym cię tulił, jak to mają w zwyczaju pacjenci po tych wszystkich środkach, tylko wolałaś udusić mnie wzrokiem i dziamdziać na mnie jęzorem - skwitował bez najmniejszego wahania.
Tak właściwie to go wtedy dosyć mocno zaskoczyła. Naprawdę spodziewał się większego rozluźnienia, jakichś nie do końca rozsądnych słów, rozleniwienia i rozprężenia typowego dnia osób pod działaniem lekko narkotycznych eliksirów przeciwbólowych. Tymczasem praktycznie od razu wskoczyli w sam środek przerwanego konfliktu.
To nie był jego najbardziej światły i godny pochwały okres. Prawdę mówiąc wręcz przeciwnie. Oboje zachowywali się nieracjonalnie. Cieszył się, że udało im się w jakiś sposób wrócić na te właściwsze tory. Zwłaszcza, że obeszło się bez jakichś przesadnych trudności, lat chowania urazy i tak dalej. Rozwiązanie konfliktu nie przyszło łatwo, ale mogło być znacznie gorzej.
- Cóż - naprawdę miał słabość do tych niebieskich oczu.
To była jedna z pierwszych rzeczy, które zauważył, co ogólnie nieczęsto miało miejsce. Zazwyczaj nie zwracał uwagi na takie detale, patrząc na ludzi raczej w kategoriach ogółu. Gdyby miał przywołać z pamięci nawet to, w jakim kolorze były oczy jego młodszej siostry, strzelałby, że szare albo szaroniebieskie (na pewno inne niż jego i nie brązowe), co było... ...wymowne. Zresztą żadne inne nie ciskały w niego aż takich gromów.
- Nie - prawie niedostrzegalnie pokręcił głową. - Nie podoba mi się ten pomysł - oznajmił, spuszczając wzrok na jej pełne usta i przez chwilę po prostu świdrując je spojrzeniem.
Były chwile, w których odrobina wyczekiwania brzmiała całkiem kusząco. To nie był jeden z takich momentów.
- To zależy, czego rozwiązaniem miałby być ten oto parapet - wsunął sobie papierosa między zęby po to, żeby poklepać chłodny kamień, unosząc przy tym jedną brew. - Jak myślisz, ile to zajmie? - Tym razem odrobinę spoważniał, zaciągnął się dymem i przeniósł wzrok na drzwi, jakby spodziewał się, że w każdej chwili może zobaczyć w nich kogoś kto przerwie im rozmowę.
Nie ukrywał, że wizja pozostania w Snowdonii niespecjalnie mu odpowiadała. Z pewnością miały nadarzyć się okoliczności zmuszające ich do tego, żeby nocować w domu rodzinnym Geraldine. Natomiast wolał, żeby wszystko było wtedy jasne i klarowne.
Szopka z szykowaniem dwóch sypialni mogła być całkiem zabawna, zważywszy na to, że oboje byli dorośli i zdecydowanie nie było takiej konieczności. Pod tym kątem bez wątpienia nie prowadzili się przyzwoicie. Nie dało się tego ukryć na dłuższą metę, toteż najlepiej byłoby wcale się w to nie bawić. Tyle tylko, że nie do końca wiedział, na ile konserwatywni byli pod tym względem jego przyszli teściowie.
W tym wypadku nie był w stanie o niczym wyrokować. Szczególnie, że chwilowo podtrzymywali złudzenie bycia całkiem ułożoną, dopiero poznającą się parą. Tymczasem o ile rzeczywiście w dalszym ciągu dowiadywali się o sobie nowych rzeczy, o tyle tak właściwie w żadnym momencie tej relacji nie było w nich ani grama powściągliwości.
Od samego początku mieli tendencję do bujania się to w jedną, to w drugą stronę, intensywnie przeskakując od stanu do stanu, przez jedną skrajną emocję w drugą. Powstrzymanie tych instynktów zdecydowanie zbyt dużo kosztowało. Mieli okazję przekonać się o tym dość dobrze w początkowych miesiącach tego roku, co mówiło samo przez siebie.
Jeśli musieliby tu zostać na noc, zrobiliby to, ale nie w taki sposób, jakiego można było po nich oczekiwać. Tu nie było wątpliwości.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down