06.11.2024, 15:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.11.2024, 15:18 przez Woody Tarpaulin.)
— Ja ciebie zaraz rozchlapię — odburknął młody Woody zirytowany jeszcze młodszym, przemądrzałym smarkaczem.
Był to potwierdzony moment wieszczenia, certyfikowany przez najwyższą radę Departamentu Tajemnic. Do rozchlapania w rzeczy samej doszło, a było to tak:
Kostka wzleciała w powietrze. Woody chwycił różdżkę, szykując się do spętania jej zaklęciem, lecz wtem artefakt znalazł się w nastoletnich łapkach. Na chwilę przed tragedią z ust starszego Longbottoma zdążyło jeszcze uciec dzikie: hurra! Rozparty dumą patrzył na młodszego braciszka, który tak zwinnie schwycił to, co jemu samemu umknęło.
W mgnieniu oka sytuacja się obróciła. Ogród Warowni nie słyszał jeszcze tak soczystego bloody hell.
Było źle i nieopierzony brygadzista zgłupiał. Do końca życia miał nie być z tych najrozsądniejszych, ale lata przyniosą doświadczenie, które nieco zrównoważy porywczość i temperament. Tego dnia jeszcze bogatego doświadczenia nie miał, więc w pełni improwizował.
Poderwał się na równe nogi, przewracając butelkę lemoniady, której zawartość rozlała się na ukochany koc mamy. Nie próbował się kryć z tym, że kompletnie nie spodziewał się podobnego rozwoju wypadków: oczy wychodziły z orbit, szczęka opadła. Trzeba było coś zrobić. Spalenie? Zdetonowanie? Nie, miał na tyle oleju w głowie, żeby odrzcucić to, co niszczycielskie.
Młodzieniec obrócił różdżkę w wilgotnej od potu dłoni i… cóż, niczego konkretnego początkowo nie zrobił. Zerknął przez ramię na Warownię. Sprowadzi pomoc? Ach, skądże znowu. Gdyby nie był głuptaskiem bojącym się bury od mamuśki, nie byłoby po latach niczego do opowiedzenia. Clemens Longbottom sprawdzał tylko, czy ojciec nie stoi w oknie i czy matka nie rusza w ogród.
Dopiero gdy upewnił się, że plecy ma kryte, zwrócił się ku uwięzionemu Morpheusowi, gotów stawić czoła wyzwaniu.
— Tylko się teraz nie ruszaj.
Nie żeby dzieciak miał jakikolwiek wybór.
Trach.
Pierwszy czar translokujący świstnął w łodygę w okolicach żeber Morpheusa. Rośliną i uwięzionym w niej chłopcem zakołysało, a trafiona „macka” się cofnęła i wyglądało na to, że nie wraca. To rozochociło Woody’ego. Kolejne w miarę celne zaklęcia usuwały pnącza wiążące ramiona, nogi oraz tułów, zapewniając braciszkowi solidne turbulencje w ciasnych objęciach rośliny. Wkrótce po więzach pozostały pojedyncze witki, które nie były już w stanie utrzymać chłopca w powietrzu i szamoczący się Longbottom pacnął zadkiem o trawnik.
Pozostała jeszcze kwestia wyswobodzenia twarzy. Odpowiedzialny starszy brat nie był aż tak głupi, aby translokować w jej okolicach cokolwiek. Kilka pozostałych gałązek wyglądało jednak niegroźnie, a potężny samiec, który tyle ich już przecież usunął, buzował pewnością siebie.
Kucnął przy bracie i poklepał go uspokajająco po ramieniu.
— No już, już, widzisz, nic się nie stało. — Po czym sięgnął dłonią po pnącza przy twarzy. — Aaa, kurwa, gryzie!
Bo od tychże pnączy odrosły nowe witeczki, które owinęły się wokół jego nadgarstka. Szarpnął. Pociągnął za sobą głowę nieszczęsnego, zmordowanego Morpheusa. Sapnął wkurwiony, szarpnął raz jeszcze.
— Jebane bydle.
Podniósł różdżkę i przywalił srogim zaklęciem z przyłożenia w bluszcz na swojej skrępowanej ręce. Pech chciał, że okolice jego ręki spętane były teraz z głową brata, a zaatakowana roślina pociągnęła młodego prosto na różdżkę z aktywnym czarem odrzucającym. No, kurwa, przysięgam, sam na nią wpadł. Mamo, jak Boginię kocham, samo się tak stało.
Głowa Morpehusa odleciała do tyłu. Cichce chrupnięcie nosa zginęło wśród syku zaklęcia. Pozostałe gałązki się cofnęły, ich listki znaczyły czerwone kropelki.
Noż jasna cholera.
Był to potwierdzony moment wieszczenia, certyfikowany przez najwyższą radę Departamentu Tajemnic. Do rozchlapania w rzeczy samej doszło, a było to tak:
Kostka wzleciała w powietrze. Woody chwycił różdżkę, szykując się do spętania jej zaklęciem, lecz wtem artefakt znalazł się w nastoletnich łapkach. Na chwilę przed tragedią z ust starszego Longbottoma zdążyło jeszcze uciec dzikie: hurra! Rozparty dumą patrzył na młodszego braciszka, który tak zwinnie schwycił to, co jemu samemu umknęło.
W mgnieniu oka sytuacja się obróciła. Ogród Warowni nie słyszał jeszcze tak soczystego bloody hell.
Było źle i nieopierzony brygadzista zgłupiał. Do końca życia miał nie być z tych najrozsądniejszych, ale lata przyniosą doświadczenie, które nieco zrównoważy porywczość i temperament. Tego dnia jeszcze bogatego doświadczenia nie miał, więc w pełni improwizował.
Poderwał się na równe nogi, przewracając butelkę lemoniady, której zawartość rozlała się na ukochany koc mamy. Nie próbował się kryć z tym, że kompletnie nie spodziewał się podobnego rozwoju wypadków: oczy wychodziły z orbit, szczęka opadła. Trzeba było coś zrobić. Spalenie? Zdetonowanie? Nie, miał na tyle oleju w głowie, żeby odrzcucić to, co niszczycielskie.
Młodzieniec obrócił różdżkę w wilgotnej od potu dłoni i… cóż, niczego konkretnego początkowo nie zrobił. Zerknął przez ramię na Warownię. Sprowadzi pomoc? Ach, skądże znowu. Gdyby nie był głuptaskiem bojącym się bury od mamuśki, nie byłoby po latach niczego do opowiedzenia. Clemens Longbottom sprawdzał tylko, czy ojciec nie stoi w oknie i czy matka nie rusza w ogród.
Dopiero gdy upewnił się, że plecy ma kryte, zwrócił się ku uwięzionemu Morpheusowi, gotów stawić czoła wyzwaniu.
— Tylko się teraz nie ruszaj.
Nie żeby dzieciak miał jakikolwiek wybór.
Trach.
Pierwszy czar translokujący świstnął w łodygę w okolicach żeber Morpheusa. Rośliną i uwięzionym w niej chłopcem zakołysało, a trafiona „macka” się cofnęła i wyglądało na to, że nie wraca. To rozochociło Woody’ego. Kolejne w miarę celne zaklęcia usuwały pnącza wiążące ramiona, nogi oraz tułów, zapewniając braciszkowi solidne turbulencje w ciasnych objęciach rośliny. Wkrótce po więzach pozostały pojedyncze witki, które nie były już w stanie utrzymać chłopca w powietrzu i szamoczący się Longbottom pacnął zadkiem o trawnik.
Pozostała jeszcze kwestia wyswobodzenia twarzy. Odpowiedzialny starszy brat nie był aż tak głupi, aby translokować w jej okolicach cokolwiek. Kilka pozostałych gałązek wyglądało jednak niegroźnie, a potężny samiec, który tyle ich już przecież usunął, buzował pewnością siebie.
Kucnął przy bracie i poklepał go uspokajająco po ramieniu.
— No już, już, widzisz, nic się nie stało. — Po czym sięgnął dłonią po pnącza przy twarzy. — Aaa, kurwa, gryzie!
Bo od tychże pnączy odrosły nowe witeczki, które owinęły się wokół jego nadgarstka. Szarpnął. Pociągnął za sobą głowę nieszczęsnego, zmordowanego Morpheusa. Sapnął wkurwiony, szarpnął raz jeszcze.
— Jebane bydle.
Podniósł różdżkę i przywalił srogim zaklęciem z przyłożenia w bluszcz na swojej skrępowanej ręce. Pech chciał, że okolice jego ręki spętane były teraz z głową brata, a zaatakowana roślina pociągnęła młodego prosto na różdżkę z aktywnym czarem odrzucającym. No, kurwa, przysięgam, sam na nią wpadł. Mamo, jak Boginię kocham, samo się tak stało.
Głowa Morpehusa odleciała do tyłu. Cichce chrupnięcie nosa zginęło wśród syku zaklęcia. Pozostałe gałązki się cofnęły, ich listki znaczyły czerwone kropelki.
Noż jasna cholera.
piw0 to moje paliwo