Mentalnie pokręcił głową, że wzięła to ogłoszenie na serio, a fizycznie tylko uniósł jedną brew i się lekko uśmiechnął. Równie dobrze takie ogłoszenie (ulotkę!) mogli wysłać matce Victorii, skoro była możliwość, że ma ją ona. W ogóle możliwości się rozszerzały, bo równie dobrze ktoś z Crouch mógł sobie to przywłaszczyć, albo... ach, biżuteria to biżuteria. Jeden powie, że to tylko wartość sentymentalna, podczas gdy druga osoba podliczy w kasie fiskalnej swojej głowy jej materialistyczną wartość. A to tylko dwie skrajności z całkiem szerokiego wachlarza możliwości.
O tym, jak przodkowie potrafią namieszać, kręciła się historia tego lata. Obsiadała na nich jak ptasie gówno. Jak to w ogóle działało, że tyle ptaków latało nad naszymi głowami, a tak mało osób obrywało tym smrodem? Tymczasem w rodzinie, gdzie właśnie smrodu powinno być mało, wszystko wylewało się, kiedy tylko pojawi się najmniejsze uszkodzenie. Nie istniały rodziny idealne, za to istniały rodziny, w których jest chociaż normalnie. Czym są normy - to już było tematem-rzeką. Teraz mówili o babci, a zaraz przechodzili do... praprapraprapra..? ile tych pra by musiało być? Zostańmy przy: przodek. Więc przechodzili do przodka Sauriela. Babka była nieobecna, ten drugi już był obecny jak najbardziej. Który mieszał bardziej? Żywy, czy umarły, który zostawił po sobie tyle sekretów? Nie wspominając o Isabelli, od której Victoria uciekła.
- Taaa... zrzędliwy staruch... - Sauriel życzył mu źle, a nawet życzył mu najgorszego - najlepiej z rąk własnych. Niestety musiał obejść się smakiem i obawiał się w dodatku, że jeśli cokolwiek się temu muchomorowi stanie, to on będzie pierwszym podejrzanym u osoby, której najbardziej nie chciał podpadać. - Nie zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi, jeśli o to pytasz. - Mruknął, nawijając kosmyk włosów Victorii na swój palec. - Nie chce mi się z nim walczyć. A skoro to go zadowoli to niech mu będzie. - "Nie chce mi się" tak dobrze oddawały te odczucia jak i całkowicie się z nimi rozmijały. Chęci i niechęci - od tego zazwyczaj zaczynało się wszystko, co mogło budować twój świat, albo go niszczyć. Do tego dołączaliśmy elementy otaczające ten twój mały-wielki świat i dopiero powstawała mikstura podejmowanych decyzji. Nieidealna, niepełna, bo zawsze można było coś dodać i zmienić. Pełna była dopiero wtedy, kiedy decyzja miała już swoje skutki. Swój wynik. Wszystko zaś, co związane było z Josephem, włączało się do worka "to skomplikowane". - Nonsens Saurielu, nie będziesz mieszkał na tym brudnym Nokturnie". - Obniżył swój głos, przyjmując protekcjonalny ton, naśladując tym samym samego Josepha. - "Mam jeden dom w Londynie, będzie ci pasował". - Pokiwał jeszcze głową na boki, wywrócił oczami na samo przypomnienie sobie tej jakże budującej rozmowy. - Może swoją upartość przekazał mi razem z nieśmiertelnością. - Skrzywił się z niezadowoleniem. Tym nie mniej... Sauriel sam nie wiedział, co dokładnie się zmieniło, ale wolał mieć spokój niż dalej się z nim o wszystko wykłócać. Zerknął na wtargniętego kociaka na kanapę. Kwiatuszek nie został celem testów zwampirzenia, to może Luna się nada, heh...
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.