07.11.2024, 14:38 ✶
Gdyby tylko ubranie Mackenzie nie było całe mokre, to można by pomyśleć, że ich role były odwrotne i to Marlene przeżyła bliskie spotkanie ze śmiercią w trakcie gdy Greengrass obserwowała wszystko z daleka. To Chang była bardziej zdenerwowana z dwójki i w trakcie, gdy blondynka na spokojnie, na pierwszy rzut oka zupełnie bezemocjonalnie dochodziła do siebie, azjatka rozłożyła szeroko ręce w wyrazie bezsilności i ponownie powstrzymała się przed gniewnym rzuceniem różdżki, tym razem prosto w Mackenzie.
- Co tam mamroczesz? "Dzięki"?! "Dzięki"?! To wszystko, co masz mi do powiedzenia?! - spytała się wysokim tonem, dającym wrażenie, że słucha się wyjca, a nie żywej osoby. Marlene wykonała szybkie dwa kroki i dynamicznie nachyliła się nad niedoszłą ofiarą po to, by bardziej z bliska spojrzeć jej w oczy. Gniew był dla niej jedynym skutecznym sposobem, by wyładować swoją frustrację po porażkach i niepowodzeniach, a pomoc blondynce, być może nawet uratowanie jej życia, Chang odczuwała jako porażkę, bo nic na tym nie zyskała. Dziewczyna była już bezpieczna, ale to nie oznaczało wcale, że pech ją opuścił, gdyż była jedyną osobą w okolicy, na której Marlena mogła się wyładować.
- Co sobie myślisz? Że wszyscy będą biegać za tobą jak za księżniczką, bo szanowna panna idiotka nie potrafi ogarnąć, że syreny mogą być niebezpieczne? Weź się w garść, dziewczyno! A jeśli masz gdzieś swoje życie, to kup sobie stryczek i zamknij się w swoim domu, a nie urządzasz sceny i marnujesz mój czas! - wygłosiła tyradę jednym tchem, na tyle głośno, że nawet umarłych mogłaby obudzić. Jej dzikie, gniewne spojrzenie wwiercało się w blondynkę, jakby czekała na jej jedno złe słowo lub gest po to, by wyrzucić z siebie kolejną porcję jadu. Chwyciła Greengrass mocno za ramię i szturchnęła je, jakby próbowała ją rozbudzić ze snu.
Oczywiście o tym, że tak właściwie powinna jej podziękować, bo gdyby nie ona, to syrena pewnie zaatakowałaby kolejną spacerowiczkę, którą była Chang, nie zamierzała wspominać. Ten prosty fakt zupełnie wyleciał jej z głowy, zastąpiony gniewem i żalem po utracie syrenich łusek.
- Co tam mamroczesz? "Dzięki"?! "Dzięki"?! To wszystko, co masz mi do powiedzenia?! - spytała się wysokim tonem, dającym wrażenie, że słucha się wyjca, a nie żywej osoby. Marlene wykonała szybkie dwa kroki i dynamicznie nachyliła się nad niedoszłą ofiarą po to, by bardziej z bliska spojrzeć jej w oczy. Gniew był dla niej jedynym skutecznym sposobem, by wyładować swoją frustrację po porażkach i niepowodzeniach, a pomoc blondynce, być może nawet uratowanie jej życia, Chang odczuwała jako porażkę, bo nic na tym nie zyskała. Dziewczyna była już bezpieczna, ale to nie oznaczało wcale, że pech ją opuścił, gdyż była jedyną osobą w okolicy, na której Marlena mogła się wyładować.
- Co sobie myślisz? Że wszyscy będą biegać za tobą jak za księżniczką, bo szanowna panna idiotka nie potrafi ogarnąć, że syreny mogą być niebezpieczne? Weź się w garść, dziewczyno! A jeśli masz gdzieś swoje życie, to kup sobie stryczek i zamknij się w swoim domu, a nie urządzasz sceny i marnujesz mój czas! - wygłosiła tyradę jednym tchem, na tyle głośno, że nawet umarłych mogłaby obudzić. Jej dzikie, gniewne spojrzenie wwiercało się w blondynkę, jakby czekała na jej jedno złe słowo lub gest po to, by wyrzucić z siebie kolejną porcję jadu. Chwyciła Greengrass mocno za ramię i szturchnęła je, jakby próbowała ją rozbudzić ze snu.
Oczywiście o tym, że tak właściwie powinna jej podziękować, bo gdyby nie ona, to syrena pewnie zaatakowałaby kolejną spacerowiczkę, którą była Chang, nie zamierzała wspominać. Ten prosty fakt zupełnie wyleciał jej z głowy, zastąpiony gniewem i żalem po utracie syrenich łusek.