Było coś absolutnie porywającego w człowieku, który mógł tylko leżeć i kwiczeć u twoich stóp. Taka mała, malutka frajda. Na tyle malutka, że Sauriel zduszał to nieśmiałe uczucie w zarodku, żeby nie wzięło nad nim kontroli. Było coś podniecającego w człowieku, który leżał u twoich stóp. Nie w tym konkretnym, oj nie. I oczywiście - na tyle, na ile podniecenie może odczuwać wampir. Gdybyś był człowiekiem powiedziałbyś, że to przypomina szum krwi w uszach. Że serce mocniej bije, a oddech staje się głębszy i wyraźniejszy. Zmysły jakby się wyostrzają, a wszystkie kolory nabierają głębi. Uczucie niepodobne do wszystkich innych. Jednak człowiekiem nie byłeś. Za to jako wampir z całą stanowczością mogłeś powiedzieć, że w takiej chwili przychodziło opanować swoje ciało i pragnienia, żeby z lubieżną pasją nie wbić swoich kłów w jego szyję. Nie żeby nie mógł. Ale nie był pewien, czy do Robert nie potrzebował jegomościa bardziej przytomnego i takiego... nie okrawionego? Zresztą nad czym tu się zastanawiać? Ta walka nawet nie powinna być walką tylko stwierdzeniem - zachowywać się normalnie, żeby dbać i pielęgnować te resztki człowieczeństwa. Z taką ilością sprzeczności łatwo było poczuć się zwyczajnie znużonym i zabić całą frajdę, jaka mogła z tego przyjść.
- Ay. - Mruknąłeś i zaparłeś się nogami, żeby wstać - a jego pociągnąć za włosy do góry.
- Aaaał, kurwa, już! Już! - Mężczyzna dźwignął się sam na nogi. Pociągnął was ktoś kiedyś za włosy? Na pewno. Nieprzyjemne uczucie, co? A dźwigał ktoś wasze ciało na tych włosach? Tego pewnie nie robili. Musicie uwierzyć na słowo - to nie była najprzyjemniejsza rzecz na świecie i skłaniała do tego, żeby jednak wędrować za ręką osoby, która te włosy ciągnie. - Postaradałeś zmysły, Robercie. - Jonathan, jak został nazwany i jak też Sauriel poznał jego imię, aktualnie stał na nieco ugiętych nogach, bo Sauriel nie puszczał jego włosów sprawiając, że ten trochę przechylał się do tyłu. Wyglądało to prawie tak, jakby jedno mocniejsze pociągnięcie miało mu trachnąć kręgosłup na pół. Na szczęście (chyba na szczęście) to tylko pozory. Trzymał rękoma łapsko Sauriela, chociaż nawet nie można tego nazwać wielkim szarpaniem w tym momencie. - Ten wariat, ten... to nie ma racji bytu! Przyniesie tylko terror. - Tak miało być? Miał tyle gadać? Sauriel nie był pewien, więc dla pewności kopnął go w zgięcie w kolanie. I jednocześnie nie puścił. Mężczyzna stęknął, zamykając na moment oczy, ale utrzymał pion. Czy raczej ten niby-pion. Ale kiedy Robert wyciągnął swoją dłoń i go dotknął... no cóż. Stało się. A kiedy Robert się cofnął, Sauriel rzeczywiście uznał, że gość za dużo gada. Co jednak musiał przyznać - jegomość go zaskoczył. I nawet mu zaimponował. Niestety to zaimponowanie nie pomogło mu w tym, że skończył na kolanach z rękoma wzdłuż siebie i uniesioną głową. Sparaliżowany. Były takie zaklęcia, które po prostu przydawały się wszędzie. Niezastąpione wręcz. Co jednak mogło być ewentualnie warte zauważenia - gość był sparaliżowany, to fakt. Faktem było też, że Sauriel nie trzymał w dłoni różdżki, bo swoje ręce miał zajęte przytrzymywaniem więźnia.
- Chusteczkę? - Czy Sauriel mógł się powstrzymać od tego cynicznego komentarza? Ano mógł. Ale lekki smirk pojawił się mimo wszystko na jego twarzy. <- wyobraził sobie Sauriel, ale że był odważny tak na 90% to pozostało to tylko w jego wyobraźni. Więc zamiast tego tylko potwierdził. - Gotowe.
Błysnęło zaklęcie i zabrało Roberta w świat wspomnień. Tych niepotrzebnych - wspomnienie ostatniego razu, kiedy Jonathan całował żonę w policzek, a potem spoglądnął na swoją córkę mówiąc, że tatuś ma coś do załatwienia, tatuś zaraz wróci. Ale w jego sercu tkwił strach. Wspomnienie przebiegło dalej, pomijając te zbędne, gdzie już nie było szczęścia - była panika. Jonathan wrzucający rzeczy żony do pudła, krzyczący, że ma się wynosić z Londynu... niepotrzebne. Dalej. Jego praca, jego krycie się po uliczkach. Bliżej. Coraz bliżej. Wróć. Uliczki. Niewyraźna twarz. W tył. Boczna uliczka Nocturnu, jedna z tych zapyziałych i twarz skryta częściowo pod kapturem. Ale teraz, jak można było się przyjrzeć, stawała się widoczna. Wysuszona skóra, mężczyzna dobrze po czterdziestce, niezadbany, przedwcześnie postarzały - tak się wydawało.
- Obiecywałeś, że wywieziesz moją rodzinę z Londynu. - Rozbrzmiał twój paniczny głos. A nie, nie twój. Jonathana.
- Obiecywałem i dotrzymam słowa. Jak będzie wszystko gotowe to przeniosę je w bezpieczne miejsce. - Zachrypiał przemytnik.
- NIE MA CZASU, zabierz je stąd, gdziekolwiek! - Złapałeś mężczyznę za ramiona i potrząsnąłeś nim, ale ten szybko i gładko się wywinął, cofając w tył.
- Za dwa dni tutaj. Nie spóźnij się. - I mężczyzna się aportował.
Remuald Carrow. Tak brzmiało imię przemytnika, które wykopałeś z głowy mężczyzny. Ale nie, nie, to nie wszystko... brat. W głowie Jonathana mignęło coś o bracie - a przecież nie miał brata. Przedstawił go jako Anthony Avery. Wspomnienia mogłeś się uczepić, brnąć dalej, głębiej. Tak, fałszywe nazwisko i imię podane tylko po to, by przemytnik się zgodził. To nie był jego brat. To był jego przyjaciel, który podrzucił informację aurorom i dla bezpieczeństwa chcieli uciec z kraju. Całkiem mądrze, co? Elijah Lockhart.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.