09.11.2024, 03:24 ✶
- Wcale, że tak - obdarzył ją już jawnie rozbawionym, prowokacyjnym spojrzeniem; brakowało tylko tego, by postanowił przy tym pokazać język, ale w kolejnej chwili jakoś mu to przeszło.
W pierwszym momencie nie do końca zrozumiał, co mu właśnie zasugerowała. Oczywiście. Rzecz jasna pojął te wszystkie słowa. Dotarły do niego, przemknęły mu przez głowę, na chwilę zagościły w umyśle a zaraz potem wyleciały w tym pełnym konsternacji, może nawet urazy spojrzeniu.
Wiedział, że to ta bezpośrednia odpowiedź na jego może nie do końca właściwe żarty, ale jednocześnie poczuł, jakby to ona tym razem uderzyła w bardzo niskie (a jednocześnie niezmiernie trafne) tony. Możliwe, że nie znał się na jej branży, ale miał znajomych siedzących w różnych podobnych dziedzinach.
Jego najlepszy przyjaciel (choć to brzmiało bardzo niedojrzałe i już wolał słowo brat) od lat siedział zagranicą. Ewidentnie nie zamierzał wracać na nic więcej, prócz kilka świątecznych dni przed najważniejszymi sabatami w roku.
Nie odpowiadała mu myśl o tym, że i jego dziewczyna miałaby pójść w te same ślady, idąc zgodnie z systemem postępowania łowców, o którym teraz mówiła. Nawet nie próbował ukrywać nagłego zaskoczonego wyrazu twarzy, który szybko przeszedł z konsternacji w gniew.
Choć może raczej w obawę starannie przykrytą gęstą, prawie namacalną urazą. Kiedy on uderzał w niskie tony związane z tym, że cholernie za nią szalał, ona postanowiła odegrać się na nim poprzez coś wręcz przeciwnego. Bo sugestię wyjazdu. Nie wątpił, że samotnego, bowiem miało go to ukłuć.
I ukłuło. Bardziej niż by się spodziewał. Sprawiło, że uraziła jego dumę. Tym bardziej, że nie przywykł do tego, aby ktoś jawnie sugerował mu, że przez kilka miesięcy pobawią się w budowanie wspólnej przyszłości a potem dziewczyna zniknie.
Nie miewał problemów z krótkotrwałymi albo jednorazowymi flirtami, ale to nie było to, na co się pisał. Mieli to jasne, więc czemu pogrywała sobie tak nisko?
Niby przedstawiła go rodzinie, on również zamierzał to zrobić, ale uderzenie w te tony nasunęło Greengrassowi na myśl skojarzenia z tymi długimi miesiącami niezdecydowania.
A od tego była prosta droga do myśli o tym, czy Yaxleyówna nie postanowiła się wycofać, właśnie dziś dochodząc do wniosku, że jednak nie - na tyle niespieszno jej było do zaangażowania, że postanowiła nadać ich relacji datę ważności.
- Zrobisz co zechcesz. Dałem ci słowo, że nie będę cię ograniczać i zamierzam go dotrzymać - ślad dawnego rozbawienia wyparował, Ambroise odezwał się całkiem rzeczowo, ale nie było w tym lekkości.
Mógłby machnąć na to ręką. W teorii doskonale wiedział, że to bardzo nieśmieszny żart i odgryzanie się za te wcześniejsze słowa. Znał ten charakterystyczny ton i trzepot rzęs, ale to nie zmieniało faktu, jak bardzo nie zamierzał udawać, że podoba mu się robienie z niego jednostronnie zakochanego idioty.
Kręcili się wokół siebie od dawna. Bardzo dawna. Sam nie był w stanie stwierdzić, kiedy pierwszy raz poczuł, że może być z tego coś więcej, bo czuje się przy niej jak przy nikim innym. Mimo tego to, co mieli oficjalnie było stosunkowo świeże.
Wiedzieli, z kim się wiążą. Poznali się niemalże od wszystkich stron. Tych pięknych, malowniczych I tych brudnych. Jednocześnie w dalszym ciągu nie poruszyli wszystkiego. Sam odruchowo wpychał część faktów pod dywan, bo nie wiedział jak Geraldine na nie zareaguje.
A nie chciał jej stracić.
Przede wszystkim miał tę świadomość. Wszystko inne mogło być plastyczne jak formowana glina pod palcami, ale tutaj zbiła go z tropu. Nie rozważył tej oczywistości.
Jego spojrzenie na chwilę zbłądziło w dal i zastygło na książkach na półce. Zmrużył oczy, jakby dostrzegał coś, czego nikt inny nie mógł dostrzec (tym bardziej chyba nie ona - widział tamto samozadowolenie).
Uśmiech zamarł na twarzy Ambroisa a w oczach mężczyzny pojawił się cień.
- Jeśli jest jeszcze coś, co planujesz robić a o czym powinienem wiedzieć - miał prawo tak mówić, sam je sobie nadał - to jest ten moment - kiedy wrócił wzrokiem do Geraldine, jego spojrzenie pozostało stoickie.
W milczeniu zastukał palcami o szybę, by przełamać nagłe napięcie. Powinni mieć naprawdę miły wieczór. Do tego momentu czuł się bardzo stabilnie osadzony w rzeczywistości. Nie obawiał się konieczności wejścia w rolę, w której go widziano. Przeciwnie: zachowywał się bardzo swobodnie, choć nie bez należytego wyważenia i tej salonowej kultury.
Przynajmniej do momentu, kiedy nie zostali całkowicie sami w pomieszczeniu pogrążonym w ciemnościach. Ostatnie świece zgasły, ale żar pozostał.
Zmoczone, zaparowane okna ciemnej biblioteki były jedynym świadkiem tego, co działo się w jej wnętrzu. Krople bijące o szyby wypełniały pomieszczenie miarowym szumem wzmaganym od czasu do czasu przez intensywniejsze podmuchy wiatru zacinające dreszczem o gładką taflę szkła.
Wyłącznie ta letnia burza zdawała się wiedzieć, co tak naprawdę maskowały jej gwałtowne grzmoty, dając im w sobie schronienie. Będąc dokładnie tym głośnym, ale dyskretnym sojusznikiem, którego teraz potrzebowali, by poczuć się tak, jakby świat poza tym pomieszczeniem wcale nie istniał.
Nie potrzebowali wiele, aby przylgnąć do siebie. Choć mogłoby się zdawać, że w którymś momencie powinni się od siebie odsunąć, dopuszczając do głosu ten przejaw racjonalności. To nie było w ich stylu. Oni tacy nie byli.
Nie, skoro każdy dotyk Geraldine budził w nim dławiące pragnienie zatracenia się w jej miękkości i zarazem dzikości. Pochłaniała sobą jego zmysły. Sprawiała, że nie mógł myśleć rozsądnie. Sposób, w który odpowiadała na jego ręce wędrujące po jej ciele wywoływały w nim falę dzikiego pożądania, która zdawała się nie mieć granic.
Wargi Ambroisa po raz kolejny spotkały się z miękkimi, ciepłymi ustami kobiety a pocałunek, początkowo jeszcze całkiem delikatny, szybko przerodził się w coś zupełnie innego.
Pomruk, jaki wydobył się z jego ust, kiedy muśnięcia ust i języków stały się coraz bardziej namiętne, zlał się z kolejnym grzmotem burzy. Przyspieszone oddechy plątały się ze sobą w ten sam sposób, w jaki Roise pragnął splątać ich ciała.
Palce ukochanej błądziły po jego karku, a on czuł, jak jego zmysły eksplodują pod wpływem jej dotyku. Każdy delikatny ruch był jak iskra przeskakująca między nimi i sprawiająca, że pragnienie stawało się jeszcze bardziej szaleńcze.
Całkowicie pochłonięty namiętnością miał wrażenie, że czuje coś znacznie więcej niżeli tylko ciepło ciała dziewczyny przenikające przez cienki, ale coraz bardziej wadzący materiał. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na to, by całkowicie ją od niego uwolnić. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie w tym miejscu.
Powinni wrócić do domu, wcielając w życie tamten plan, o którym Greengrass niemalże zapomniał. Burza za oknem przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie powstrzymałaby ich przed powrotem do Londynu.
Wróciliby do domu, kończąc to, co tak impulsywnie i żarliwie zaczęli. Jednakże czy tak naprawdę byli w stanie przestać?
Nie. W tej chwili liczyło się tylko ich dwoje i każdy kolejny ruch będący obietnicą, każdy pocałunek coraz bardziej oddalający ich od rzeczywistości a przybliżający do siebie nawzajem i do tego, czego oboje pragnęli. Tylko oni mieli znaczenie, ich oddechy pełne niecierpliwości przelewające się na pomruki i syknięcia.
Za oknem przetoczył się kolejny burzowy grzmot. Błyskawica przecięła niebo na ułamek sekundy znów rozświetlając pomieszczenie. Wystarczająco, by Ambroise dostrzegł to, co sprawiło, że fala gorąca znowu przetoczyła się przez jego ciało.
Za każdym razem, gdy czuł na sobie dotyk ukochanej, miał wrażenie, jego mięśnie mimowolnie się napinają a przez ciało przechodzi intensywny dreszcz.
Czuł jak słodkie wargi kobiety wędrują po jego szyi zaś jego myśli bezwiednie kierują się ku temu, co mogłoby się wydarzyć, gdyby już teraz zdecydowali się przerwać palące wyczekiwanie.
Mimo to wiedział, że musieli być ostrożni. Nawet w tym stanie zdawał sobie sprawę z tego, że powinni zachować ciszę. Tym bardziej, gdy grzmoty burzy tak bardzo im sprzyjały.
Usiłował kontrolować sytuację, zwracać uwagę na otoczenie, ale było to niemalże niemożliwe już od tej pierwszej chwili, gdy pragnienie przekształciło się w pożądanie a pożądanie stało się żarem niecierpliwości.
Palce mężczyzny niemal bez ustanku błądziły po skórze ukochanej, podejmując starania wytoczenia ścieżki na jej ciele. Odkrywając znane mu, ale jednocześnie całkowicie nowe, fascynujące kształty, krawędzie kości pod miękką skórą i wypukłości drobnych pieprzyków przypominających konstelacje gwiazd na mapie wieczornego nieba.
Jej dotyk był niczym najsłodsza tortura, gdy smukłe palce zanurzały się w jego włosach a usta odnajdywały wargi spragnione pocałunków i odpowiadające tym samym ogniem.
Nie sądził, że może pragnąć jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ale oto splatali się tu teraz ciało przy ciele a on marzył o każdym skrawku skóry, który mógłby oznaczyć pocałunkami.
Czuł jak łamie się coraz bardziej, gubiąc się w otumaniającym zapachu i kobiecej miękkości kontrastującej z tą samą dzikością, która sprawiała, że pożądał jej jeszcze bardziej. Jego dłoń zabłądziła niżej, oddech stał się jeszcze bardziej urywany a oczy bardziej błyszczące.
Nie potrzebowali słów. Miał wrażenie, że ich ciała same się ze sobą zlewają, lgnąc ku sobie w jednym rytmie i celu.
Poczuł jak dłonie Geraldine wślizgują się pod jego koszulę, odsłaniają mięśnie drżące od niestłumionego żaru, po czym sunął niżej. Palce dziewczyny przesunęły się po nagiej skórze, krok po kroku zbliżając się do paska, który w tej chwili sam by dla niej rozpiął, gdyby nie to, że nadal myślał trzeźwo - nie chciał odbierać jej satysfakcji.
Wszechogarniające pragnienie zatopienia się w znajomym ciepłe rwało go od środka, skłaniając Ambroisa do tego, by sam nie pozostał jej dłużny. Jego dłoń przesunęła się wzdłuż kręgosłupa Yaxleyówny, natrafiając wreszcie na miękki koronkowy brzeg (bezwiednie liczył, że nie miała na sobie bielizny, ale to mieli wkrótce zmienić), pod który wsunął palce, zaciskając je na pośladku dziewczyny.
Gdy rozpinała mu pasek, poczuł dreszcz emocji; ryzyko, przyjemność, wszystko naraz. Syknął cicho w wargi Geraldine, gdy zapięcie paska nareszcie puściło, przyciągając ją jeszcze bardziej do siebie.
Nie wystarczało mu już tylko gubienie się w intensywności tej chwili. Potrzebował więcej. Jej pocałunki również o tym świadczyły, gdyby gesty nie mówiły dostatecznie jasno za siebie. Poczuł, jak każdy mięsień w jego ciele odpowiada na to wezwanie.
Nie mogli już dłużej czekać. Każda sekunda, każdy oddech wydawał się jak wieczność. Zwlekanie nie przynosiło nic poza zniecierpliwieniem. Z każdym żarliwym pocałunkiem pragnęli coraz więcej, ich ciała były pełne napięcia, gotowe na wszystko, co miało nastąpić.
I właśnie wtedy, kiedy kolejny huk odbił się echem od skalnych ścian - w blasku błyskawicy, ich spojrzenia się splątały. Dotyk przeistoczył się w pełen pasji wyraz niewypowiedzianego pragnienia, które musiało znaleźć ujście.
Nie było już słów. Wyłącznie oddechy i ciała, które mówiły za nich. Przyciągała go do siebie, jakby cała przestrzeń wokół nich stawała się nieistotna, a jedynym celem było wypełnienie całkowicie innej palącej pustki.
Wysunął dłoń spod bielizny kobiety wyłącznie po to, by ściągnąć ją jednym zdecydowanym szarpnięciem, wyplątując się przy tym również z własnych spodni. Przynajmniej na tyle, by nie ograniczały im ruchów, bo przecież nie mogli sobie pozwolić na całkowitą nagość. Nawet pod miękką osłoną ciemnej letniej burzy.
Bez zbędnych słów, jedynie z intensywnością spojrzenia, pochylił się nad nią, gdy przesunęła się na parapecie, zagarniając jej wargi i rozgrzanymi palcami bez wahania rozsuwając jej uda, najpewniej i tam pozostawiając malinowoczerwone ślady dotyku pozbawionego subtelnej delikatności.
W pierwszym momencie nie do końca zrozumiał, co mu właśnie zasugerowała. Oczywiście. Rzecz jasna pojął te wszystkie słowa. Dotarły do niego, przemknęły mu przez głowę, na chwilę zagościły w umyśle a zaraz potem wyleciały w tym pełnym konsternacji, może nawet urazy spojrzeniu.
Wiedział, że to ta bezpośrednia odpowiedź na jego może nie do końca właściwe żarty, ale jednocześnie poczuł, jakby to ona tym razem uderzyła w bardzo niskie (a jednocześnie niezmiernie trafne) tony. Możliwe, że nie znał się na jej branży, ale miał znajomych siedzących w różnych podobnych dziedzinach.
Jego najlepszy przyjaciel (choć to brzmiało bardzo niedojrzałe i już wolał słowo brat) od lat siedział zagranicą. Ewidentnie nie zamierzał wracać na nic więcej, prócz kilka świątecznych dni przed najważniejszymi sabatami w roku.
Nie odpowiadała mu myśl o tym, że i jego dziewczyna miałaby pójść w te same ślady, idąc zgodnie z systemem postępowania łowców, o którym teraz mówiła. Nawet nie próbował ukrywać nagłego zaskoczonego wyrazu twarzy, który szybko przeszedł z konsternacji w gniew.
Choć może raczej w obawę starannie przykrytą gęstą, prawie namacalną urazą. Kiedy on uderzał w niskie tony związane z tym, że cholernie za nią szalał, ona postanowiła odegrać się na nim poprzez coś wręcz przeciwnego. Bo sugestię wyjazdu. Nie wątpił, że samotnego, bowiem miało go to ukłuć.
I ukłuło. Bardziej niż by się spodziewał. Sprawiło, że uraziła jego dumę. Tym bardziej, że nie przywykł do tego, aby ktoś jawnie sugerował mu, że przez kilka miesięcy pobawią się w budowanie wspólnej przyszłości a potem dziewczyna zniknie.
Nie miewał problemów z krótkotrwałymi albo jednorazowymi flirtami, ale to nie było to, na co się pisał. Mieli to jasne, więc czemu pogrywała sobie tak nisko?
Niby przedstawiła go rodzinie, on również zamierzał to zrobić, ale uderzenie w te tony nasunęło Greengrassowi na myśl skojarzenia z tymi długimi miesiącami niezdecydowania.
A od tego była prosta droga do myśli o tym, czy Yaxleyówna nie postanowiła się wycofać, właśnie dziś dochodząc do wniosku, że jednak nie - na tyle niespieszno jej było do zaangażowania, że postanowiła nadać ich relacji datę ważności.
- Zrobisz co zechcesz. Dałem ci słowo, że nie będę cię ograniczać i zamierzam go dotrzymać - ślad dawnego rozbawienia wyparował, Ambroise odezwał się całkiem rzeczowo, ale nie było w tym lekkości.
Mógłby machnąć na to ręką. W teorii doskonale wiedział, że to bardzo nieśmieszny żart i odgryzanie się za te wcześniejsze słowa. Znał ten charakterystyczny ton i trzepot rzęs, ale to nie zmieniało faktu, jak bardzo nie zamierzał udawać, że podoba mu się robienie z niego jednostronnie zakochanego idioty.
Kręcili się wokół siebie od dawna. Bardzo dawna. Sam nie był w stanie stwierdzić, kiedy pierwszy raz poczuł, że może być z tego coś więcej, bo czuje się przy niej jak przy nikim innym. Mimo tego to, co mieli oficjalnie było stosunkowo świeże.
Wiedzieli, z kim się wiążą. Poznali się niemalże od wszystkich stron. Tych pięknych, malowniczych I tych brudnych. Jednocześnie w dalszym ciągu nie poruszyli wszystkiego. Sam odruchowo wpychał część faktów pod dywan, bo nie wiedział jak Geraldine na nie zareaguje.
A nie chciał jej stracić.
Przede wszystkim miał tę świadomość. Wszystko inne mogło być plastyczne jak formowana glina pod palcami, ale tutaj zbiła go z tropu. Nie rozważył tej oczywistości.
Jego spojrzenie na chwilę zbłądziło w dal i zastygło na książkach na półce. Zmrużył oczy, jakby dostrzegał coś, czego nikt inny nie mógł dostrzec (tym bardziej chyba nie ona - widział tamto samozadowolenie).
Uśmiech zamarł na twarzy Ambroisa a w oczach mężczyzny pojawił się cień.
- Jeśli jest jeszcze coś, co planujesz robić a o czym powinienem wiedzieć - miał prawo tak mówić, sam je sobie nadał - to jest ten moment - kiedy wrócił wzrokiem do Geraldine, jego spojrzenie pozostało stoickie.
W milczeniu zastukał palcami o szybę, by przełamać nagłe napięcie. Powinni mieć naprawdę miły wieczór. Do tego momentu czuł się bardzo stabilnie osadzony w rzeczywistości. Nie obawiał się konieczności wejścia w rolę, w której go widziano. Przeciwnie: zachowywał się bardzo swobodnie, choć nie bez należytego wyważenia i tej salonowej kultury.
Przynajmniej do momentu, kiedy nie zostali całkowicie sami w pomieszczeniu pogrążonym w ciemnościach. Ostatnie świece zgasły, ale żar pozostał.
Zmoczone, zaparowane okna ciemnej biblioteki były jedynym świadkiem tego, co działo się w jej wnętrzu. Krople bijące o szyby wypełniały pomieszczenie miarowym szumem wzmaganym od czasu do czasu przez intensywniejsze podmuchy wiatru zacinające dreszczem o gładką taflę szkła.
Wyłącznie ta letnia burza zdawała się wiedzieć, co tak naprawdę maskowały jej gwałtowne grzmoty, dając im w sobie schronienie. Będąc dokładnie tym głośnym, ale dyskretnym sojusznikiem, którego teraz potrzebowali, by poczuć się tak, jakby świat poza tym pomieszczeniem wcale nie istniał.
Nie potrzebowali wiele, aby przylgnąć do siebie. Choć mogłoby się zdawać, że w którymś momencie powinni się od siebie odsunąć, dopuszczając do głosu ten przejaw racjonalności. To nie było w ich stylu. Oni tacy nie byli.
Nie, skoro każdy dotyk Geraldine budził w nim dławiące pragnienie zatracenia się w jej miękkości i zarazem dzikości. Pochłaniała sobą jego zmysły. Sprawiała, że nie mógł myśleć rozsądnie. Sposób, w który odpowiadała na jego ręce wędrujące po jej ciele wywoływały w nim falę dzikiego pożądania, która zdawała się nie mieć granic.
Wargi Ambroisa po raz kolejny spotkały się z miękkimi, ciepłymi ustami kobiety a pocałunek, początkowo jeszcze całkiem delikatny, szybko przerodził się w coś zupełnie innego.
Pomruk, jaki wydobył się z jego ust, kiedy muśnięcia ust i języków stały się coraz bardziej namiętne, zlał się z kolejnym grzmotem burzy. Przyspieszone oddechy plątały się ze sobą w ten sam sposób, w jaki Roise pragnął splątać ich ciała.
Palce ukochanej błądziły po jego karku, a on czuł, jak jego zmysły eksplodują pod wpływem jej dotyku. Każdy delikatny ruch był jak iskra przeskakująca między nimi i sprawiająca, że pragnienie stawało się jeszcze bardziej szaleńcze.
Całkowicie pochłonięty namiętnością miał wrażenie, że czuje coś znacznie więcej niżeli tylko ciepło ciała dziewczyny przenikające przez cienki, ale coraz bardziej wadzący materiał. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na to, by całkowicie ją od niego uwolnić. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie w tym miejscu.
Powinni wrócić do domu, wcielając w życie tamten plan, o którym Greengrass niemalże zapomniał. Burza za oknem przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie powstrzymałaby ich przed powrotem do Londynu.
Wróciliby do domu, kończąc to, co tak impulsywnie i żarliwie zaczęli. Jednakże czy tak naprawdę byli w stanie przestać?
Nie. W tej chwili liczyło się tylko ich dwoje i każdy kolejny ruch będący obietnicą, każdy pocałunek coraz bardziej oddalający ich od rzeczywistości a przybliżający do siebie nawzajem i do tego, czego oboje pragnęli. Tylko oni mieli znaczenie, ich oddechy pełne niecierpliwości przelewające się na pomruki i syknięcia.
Za oknem przetoczył się kolejny burzowy grzmot. Błyskawica przecięła niebo na ułamek sekundy znów rozświetlając pomieszczenie. Wystarczająco, by Ambroise dostrzegł to, co sprawiło, że fala gorąca znowu przetoczyła się przez jego ciało.
Za każdym razem, gdy czuł na sobie dotyk ukochanej, miał wrażenie, jego mięśnie mimowolnie się napinają a przez ciało przechodzi intensywny dreszcz.
Czuł jak słodkie wargi kobiety wędrują po jego szyi zaś jego myśli bezwiednie kierują się ku temu, co mogłoby się wydarzyć, gdyby już teraz zdecydowali się przerwać palące wyczekiwanie.
Mimo to wiedział, że musieli być ostrożni. Nawet w tym stanie zdawał sobie sprawę z tego, że powinni zachować ciszę. Tym bardziej, gdy grzmoty burzy tak bardzo im sprzyjały.
Usiłował kontrolować sytuację, zwracać uwagę na otoczenie, ale było to niemalże niemożliwe już od tej pierwszej chwili, gdy pragnienie przekształciło się w pożądanie a pożądanie stało się żarem niecierpliwości.
Palce mężczyzny niemal bez ustanku błądziły po skórze ukochanej, podejmując starania wytoczenia ścieżki na jej ciele. Odkrywając znane mu, ale jednocześnie całkowicie nowe, fascynujące kształty, krawędzie kości pod miękką skórą i wypukłości drobnych pieprzyków przypominających konstelacje gwiazd na mapie wieczornego nieba.
Jej dotyk był niczym najsłodsza tortura, gdy smukłe palce zanurzały się w jego włosach a usta odnajdywały wargi spragnione pocałunków i odpowiadające tym samym ogniem.
Nie sądził, że może pragnąć jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ale oto splatali się tu teraz ciało przy ciele a on marzył o każdym skrawku skóry, który mógłby oznaczyć pocałunkami.
Czuł jak łamie się coraz bardziej, gubiąc się w otumaniającym zapachu i kobiecej miękkości kontrastującej z tą samą dzikością, która sprawiała, że pożądał jej jeszcze bardziej. Jego dłoń zabłądziła niżej, oddech stał się jeszcze bardziej urywany a oczy bardziej błyszczące.
Nie potrzebowali słów. Miał wrażenie, że ich ciała same się ze sobą zlewają, lgnąc ku sobie w jednym rytmie i celu.
Poczuł jak dłonie Geraldine wślizgują się pod jego koszulę, odsłaniają mięśnie drżące od niestłumionego żaru, po czym sunął niżej. Palce dziewczyny przesunęły się po nagiej skórze, krok po kroku zbliżając się do paska, który w tej chwili sam by dla niej rozpiął, gdyby nie to, że nadal myślał trzeźwo - nie chciał odbierać jej satysfakcji.
Wszechogarniające pragnienie zatopienia się w znajomym ciepłe rwało go od środka, skłaniając Ambroisa do tego, by sam nie pozostał jej dłużny. Jego dłoń przesunęła się wzdłuż kręgosłupa Yaxleyówny, natrafiając wreszcie na miękki koronkowy brzeg (bezwiednie liczył, że nie miała na sobie bielizny, ale to mieli wkrótce zmienić), pod który wsunął palce, zaciskając je na pośladku dziewczyny.
Gdy rozpinała mu pasek, poczuł dreszcz emocji; ryzyko, przyjemność, wszystko naraz. Syknął cicho w wargi Geraldine, gdy zapięcie paska nareszcie puściło, przyciągając ją jeszcze bardziej do siebie.
Nie wystarczało mu już tylko gubienie się w intensywności tej chwili. Potrzebował więcej. Jej pocałunki również o tym świadczyły, gdyby gesty nie mówiły dostatecznie jasno za siebie. Poczuł, jak każdy mięsień w jego ciele odpowiada na to wezwanie.
Nie mogli już dłużej czekać. Każda sekunda, każdy oddech wydawał się jak wieczność. Zwlekanie nie przynosiło nic poza zniecierpliwieniem. Z każdym żarliwym pocałunkiem pragnęli coraz więcej, ich ciała były pełne napięcia, gotowe na wszystko, co miało nastąpić.
I właśnie wtedy, kiedy kolejny huk odbił się echem od skalnych ścian - w blasku błyskawicy, ich spojrzenia się splątały. Dotyk przeistoczył się w pełen pasji wyraz niewypowiedzianego pragnienia, które musiało znaleźć ujście.
Nie było już słów. Wyłącznie oddechy i ciała, które mówiły za nich. Przyciągała go do siebie, jakby cała przestrzeń wokół nich stawała się nieistotna, a jedynym celem było wypełnienie całkowicie innej palącej pustki.
Wysunął dłoń spod bielizny kobiety wyłącznie po to, by ściągnąć ją jednym zdecydowanym szarpnięciem, wyplątując się przy tym również z własnych spodni. Przynajmniej na tyle, by nie ograniczały im ruchów, bo przecież nie mogli sobie pozwolić na całkowitą nagość. Nawet pod miękką osłoną ciemnej letniej burzy.
Bez zbędnych słów, jedynie z intensywnością spojrzenia, pochylił się nad nią, gdy przesunęła się na parapecie, zagarniając jej wargi i rozgrzanymi palcami bez wahania rozsuwając jej uda, najpewniej i tam pozostawiając malinowoczerwone ślady dotyku pozbawionego subtelnej delikatności.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down