Dobrze wiedział, że jeśli chce zdobyć jej zainteresowanie, to najpierw musiał zdobyć jej uwagę. Może i często okazywał się tylko dużym chłopcem, ale za to przebiegłym i z wyobraźnią. Oprócz tego pochodził z dobrze usytuowanego domu. Może nawet znakomicie usytuowanego domu, dlatego odpowiednie maniery dla osób z adekwatną kulturą, wyciągał niczym z przedniej kieszeni marynarki. Bo jeśli chciał mieć w tej kieszeni coś więcej, niż dobre maniery, a może nawet kogoś to jasnym było, iż musiał Lorien czymś zaimponować.
Podszedł do tego z rozwagą, szukając odpowiedniej metody gdzieś po środku, unikając skrajności między żałosnym pomagierem, a roszczeniowym krzykaczem. Jeśli już to osobiście było mu bliżej do kogoś kto ma zdecydowanie przesadzone ego, jednak potrafił ukrócić swój dupkowaty temperament, jeśli wymagała tego sytuacja. Różnica między nim, a poprzednimi młodzikami, którzy próbowali chwytać się spódnicy Lorien była taka, że miał zupełnie inną motywację. Jemu nie zależało na załatwieniu sobie wpływowego kontaktu, czy nawet na jakimś tam awansie. Jego ambicje mierzyły zdecydowanie dalej i wyżej, niż nowe biurko i większe wynagrodzenie. Pracę w Ministerstwie traktował instrumentalnie, co nie oznacza, że się do niej nie przykładał. W obliczu światowej rewolucji, praca nad świstoklikami brzmiała jak zabawa w piaskownicy. Mimo wszystko zdawał sobie sprawę, że nawet na tak organicznym poziomie, jak codzienne wypełnianie tych samych druków w szerszej perspektywie mogło przynieść wymierne korzyści dla jego sprawy. Dalej zachowywał profesjonalizm, wciąż przykładał się do obowiązków, nawet jeśli w porze lunchowej marzył o czarnej magii i kolejnych mrocznych podbojach.
Doskonałym przykładem była dzisiejsza kolacja z panią sędziną. Chociaż gdzieś podskórnie czuł pewien rodzaj ekscytacji na myśl, że przychodzi mu zmierzyć się z osobowością bezdyskusyjnie, tak poważnego formatu, to wciąż jednak potrafił zachowywać się swobodnie i naturalnie. Może mało skromnie, ale ostatnimi czasy przychodziło mu coraz częściej spotykać się z postaciami o wiele bardziej wpływowymi, niż jeszcze rok temu on sam. Toteż zaczął się powoli oswajać z tym poziomem dostojności, jakie nosiły choćby pani Lorien Mulciber, czy madam Cassandra Fawley. A po tamtym chłopaczku o najbardziej stereotypowym usposobieniu piłkarzyka, nie było już prawie ani śladu. Dopiero kiedy nagły koniec kariery sportowca zafundował mu życiowy zimny prysznic, zaczął bardziej świadomie stąpać po ziemi. Dopiero kiedy mroczny znak na przedramieniu ozdobił jego skórę, zrozumiał że przez całe życie grał w zupełnie złej lidze. Wciąż jednak miał przerośnięte ego, to fakt. Nadal był zadufanym i zakochanym w sobie paniczykiem, zupełna racja. Jednak cały swój potencjał postawił na posługę Czarnego Pana. Do pewnych rzeczy po prostu trzeba samemu dojrzeć.
Nie obruszyła się zbyt gwałtownie na jego celowe, drobne przejęzyczenie. Dostrzegł to pobłażliwe spojrzenie w swoją stronę, jednak dowiedział się tego czego potrzebował. Szlama. Zrozumiał, że bardziej niż znaczenie, przeszkadzała jej grubiańskość tego słowa. To znaczyło, że wektor podejścia do sprawy mieli raczej podobny, być może on miał zbyt wysoki kąt nachylenia nad brudnymi szlamami. Pozwolił jej mówić dalej, po swoim krótkim wstępie. Słuchał uważnie, starając się wychwycić jak najwięcej z tego co chciała mu przekazać. Przytakiwał powściągliwie od czasu do czasu, dając znać, że rozumie to co do niego mówi, choć nie do końca się ze wszystkim zgadzał.
Madam wybaczy, ale uważam że jest pani zbyt wyrozumiała. - wyrzucił, kiedy Lorien dobiła do brzegu ze swoją wypowiedzią. Zaczął tonem dość zachowawczym, jednak uśmiechnął się zadziornie akcentując w ten sposób, że ma odmienną ocenę tej sytuacji. - To nie żadna pomoc, tylko najniższa możliwa pobudka, czyli chęć zysku. Na miejscu zabezpieczyliśmy sporą ilość gotówki w kilku różnych walutach. Uważam, że sprawca kierował się w pierwszej i ostatniej kolejności motywem zarobkowym. Ściągnął brwi wchodząc już na nieco bardziej poważny ton. Kiedy odnosił się do swojej części wkładu w tę sprawę, czyli ekspertyzę z miejsca zdarzenia, mówił o tym konstruktywnie i rzetelnie. Być może było to splamione osobistą nienawiścią do mugolaków, ale fakty mówiły w podobnym tonie co on teraz. - W mojej ocenie delikt był w pełni zawiniony. Oskarżony z pełną świadomością wykorzystywał wyższość i efektywność jednego systemu nad drugim, implikując narzędzia z naszego świata do tego drugiego. W tym momencie pozwolił sobie na drobną wibrację złowrogiego oskarżyciela, bo jak nie trudno się domyśleć miał osobiste, zgorzkniałe przekonania co do takich występków. Dopił swój kieliszek, a potem chwycił za butelkę, uzupełniając najpierw sędzinie, co by nieco rozwiązać jej język, a potem sobie. Być może na rozpęd w rozmowie. - Zgadzam się z tym co pani powiedziała i słusznie zauważyła, że jest to wręcz problem systemowy. Nie można być beneficjantem obu rzeczywistości naraz, to prowadzi do zbyt wielu szkód dla obu społeczności. Właściwie to nam obrywa się najbardziej, bo to nasze struktury muszą włożyć dodatkowe nakłady pracy, aby posprzątać ten bałagan po nich. A jednocześnie zapominamy, skąd pozwany pochodzi, skąd się tak właściwie między nami pojawił... Urwał sugestywnie, dając miejsce na domyślenie się na jakiej stronie pokłada najwięcej winy w tym przedstawieniu. W dłuższej wypowiedzi dookreślił swoje stanowisko. Bardzo karcące i stanowcze, jak jego maniery kiedy mówił o sprawie. Chciał nieco podkręcić temperaturę rozmowy, licząc że w ten sposób zachęci panią Mulciber do nieco bardziej ostrych osądów. Być może jeszcze się ograniczała, ale z chęcią przysłucha się jej gniewnym tonom, jeśli w ogóle takie posiadała.[/a]