Zupełnie nie pomyślał o tym, żeby zapytać Josepha o tym, czy znał kobietę imieniem Elisabeth. Jeśli zaś znał - co o niej myślał? A może znali się bardzo dobrze i brał udział w jej działaniach? Albo właśnie potępiał i z odrazą spoglądał na jej działania w próbach ucieczki od bolesnej wieczności? Mało wiedział o Josephie, jeszcze mniej o babce Victorii, która nie zaprzątała mu myśli. Zaprzątała ich tyle, ile mówiła sama Victoria, a nie było to wiele. Tematy, które były delikatnie poruszane o zmianach nie sprzyjały temu, żebyś interesował się dziwną kobietą, która nawiedzała myśli osoby, na której ci zależy - wolisz o niej nie myśleć, tak jak wolał myśleć, że problem Victorii nie istnieje. Jak udawał, że Victorii nic nie grozi i żadna śmierć jej nie dotknie. Skoro tak myślał, to właśnie TAK musiało się stać. Myślenie dziecka, prawda? Gdzieś w głębi siebie zdawał sobie z tego sprawę, z tej ułomności, a mimo to wybierał ignorancję. Jeśli się z niej obdzierał, wszystko zaczynało się trząść i drżeć.
Myślał za to bardzo wiele o Chesterze Rookwoodzie i o tym, jak bardzo go nienawidził. Ta nienawiść naprawdę przysłoniła wszelkie inne negatywy, jakie żywił do bardzo wielu osób. Niewiele było mu w końcu potrzeba - jeden zły przycisk, jedna źle pociągnięta lina. Nie ciągnij za ogon, nie dotykaj łap, nie ruszać wibrysów i nie głaskać pod włos. Mnóstwo zależnych, którym nie sposób sprostać, bo akurat tego dnia okazać się może, że wręcz domagał się uciskania poduszek łap. Victoria bardzo zręcznie tym żonglowała, ale to nie dlatego, że tak doskonale przewidywała chimeryczność, a nauczyła się ją ukierunkowywać. Jak sobie z nią radzić.
- Dupek. - Zmemlał to słowo w ustach i uznał, że na żadne więcej nie zasługiwał. Nawet nie na obrazę, nie na komentowanie - był po prostu skurwysynem. Dokładnie tak do tego podchodził - że jemu się należy, bo jest starszy, bo jest głową rodu. Bo jest Lewą Ręką. Czy tam Prawą. Whatever. Ręka jak ręka. - Niee... chciałem się wynieść i rzuciłem hasłem, Joseph był jak "to dobrze się składa, bo mam pusty dom..." - Znowu przybrał głębszy ton głosu, poważniejszy, żeby trochę poimitować mężczyznę. - A co mnie to kurwa obchodzi? - Zamruczał, przesuwając gestem po jej głowie. I pocałował ją delikatnie w czubek tej głowy, kiedy już zupełnie się rozluźnił i odkrył, że ten pocałunek w nos wcale nie był taki straszny. Wręcz przeciwnie - był miły. - Eryk nic nie powiedział. On ostatnio w ogóle niewiele się odzywa. W końcu coś nas łączy. - Podobno moment, w którym już przestajesz się nawet kłócić jest najgorszy. Podobno to właśnie ten moment, w którym trzeba się rozstać. Bo już nikomu nie zależy.
- Ta? Bo najpierw chciałem zrobić gniazdo na Głębokich. - Taka była pierwotna myśl i to jeszcze zanim zaczął myśleć o całkowitej przeprowadzce. - Przy parku Tooting Comms na Streatham. - Bardzo ładne miejsce i bardzo ładna lokacja - w końcu nie zawsze można nadal mieszkać w Londynie, a jednocześnie cieszyć się wrażeniem, że jesteś w miasteczku. Wystarczająco blisko, żeby nie było to aż takim problemem... Ale Sauriel z drugiej strony wolałby nie musieć się bujać tak daleko. Lenistwo. Kocie lenistwo. Mógł za to zwijać się tak jak teraz zwijała się Luna. Byliby razem chlebami. - Kiedyś nie miałem tyle siły, żeby być aż takim upartym. - Ani taki odważny. A i tak ta upartość pozbawiła go bardzo wielu rzeczy, o które warto było walczyć. - Gdyby nie to, że Josepha i tak wiecznie nie ma to bym się pewnie pobuntował. Ale tak... wolę w te stronę niż się szarpać na chwilę obecną. A na Nokturnie jeszcze bym się wpierdolił w jakieś sprzeczki z tym pedałem Dante, albo zjebami z Oka. Na chuj mnie to. Jest okej.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.