12.11.2024, 23:15 ✶
Rozterki miłosne Woody’ego, wbrew temu, co się Jonathanowi wydawało, nie były po prostu. W pewien sposób być może rzeczywiście były proste — chodziło zawsze o tę jedną kobietę, nikogo innego w tym sercu nigdy nie było — lecz w każdy inny były diabelnie skomplikowane.
Kochał Tessę, to był banał, którego nigdy nie krył, na żadnym etapie; nie zamierzał robić z nikogo głupka. Problem w tym, że czasem miłość nie wystarczyła. To małżeństwo gniło latami, a Longbottomowie biernie obserwowali, zbyt tchórzliwi, aby zacząć rozwiązywać problemy, gdy jeszcze był na to czas. Tak przywykli do swojego małego raju, że bali się zaakceptować, że mógłby przestać nie być, gdy zaczną mówić o tym głośno. Tęsknili więc teraz ku sobie, lecz Tarp nie wierzył w drogę powrotną, nie wierzył, że da się zawrócić i żyć dawnym życiem.
Należałoby zacząć od nowa. Zaorać ziemię, obsiać świeżym ziarnem. Nie wątpił, że pierwsze kiełki wzejdą, zachwycą soczystą zielenią. Kochali się wciąż przecież. Nie bał się nieurodzaju, bał się robactwa, które żyło w tej ziemi przesączonej krwią ich małej rodzinnej tragedii, karmiło się nią. Ich małżeństwo nie zmarło przecież śmiercią gwałtowną. Jeden po drugim więdły pędy podgryzane przez malutkie szkodniki. Jeden po drugim, niepostrzeżenie, aż zostało martwe, gnijące pole.
Clemens Longbottom wciąż czuł ich pełzającą obecność. Wiedział, że nawet jeśli spróbują tchnąć nowe życie w odłogi, szkodniki wyjdą wcześniej czy później. Nigdy ich nie opuściły.
Mógł oglądać przyjaźń Morpheusa, Jonathana i Anthony’ego, mógł zdawać sobie z niej sprawę, lecz nie zmieniało to jego opinii. Wiedział lepiej, wiedział swoje. To nie był dla niego argument, aby przestać ufać swojemu osądowi. Nie spodziewał się natomiast, że temat wywoła aż takie poruszenie u Jonathana. Był gotów na to, że Selwyn wychwyci z tego monologu jakieś jego słabości i je wykorzysta, bo, cholera, wylała się z Tarpa bez hamulców fura kwaśnego jadu. Spodziewał się więc ofensywy, nie defensywy.
Przystanął w porę, gdy Selwyn zagrodził mu drogę. Twarz czarodzieja była nieruchoma, nosiła ślady irytacji, choć gdy się odezwał, był niespotykanie opanowany, mówił bez zwyczajowej cwaniacko-błazeńskiej maniery:
— Co ci tak zależy, żebym ciepło myślał o tym waszym pieszczoszku, co? Nie lubię Shafiqa i nie zmieni tego twoje rozdzieranie szat, Selwyn. — Zerknął ponad jego ramieniem na tarcze; wybawienie od tej uwierającej rozmowy. — Nie zamierzam robić mu krzywdy, jeśli tego się boisz. Kurwa, gdyby wisiał właśnie nad przepaścią, podałbym mu tę zaszczaną rękę po kundlu. Żaden z niego kiler, żebym się poczuwał do drastycznych interwencji. Ale rozpoznaję żmiję, gdy ją widzę. On Tessy nie doprowadzi do niczego dobrego.
Westchnął ciężko, potarł dłonią twarz. Nie spodziewał się, że tego ranka — gdy mieli ubawić się na wesołej, zakonnej ścieżce zdrowia — spadnie na niego coś takiego. Został wzięty z prawdziwego zaskoczenia przez błyskawiczną eskalację rozmowy o Shafiqu.
— Dobry z ciebie chłop, to podtrzymuję. Anthony powinien być wdziędzny za takich przyjaciół. — Nawet jeśli Woody uważał, że na nich nie zasługuje. — Ale nie jestem wzgórzem, na którym powinieneś umierać za jego honor. Nic ci to nie da, Selwyn, dupku. Shafiq nie ucierpi od tego, że pijak z Nokturnu go nazwie kutasem.
Kochał Tessę, to był banał, którego nigdy nie krył, na żadnym etapie; nie zamierzał robić z nikogo głupka. Problem w tym, że czasem miłość nie wystarczyła. To małżeństwo gniło latami, a Longbottomowie biernie obserwowali, zbyt tchórzliwi, aby zacząć rozwiązywać problemy, gdy jeszcze był na to czas. Tak przywykli do swojego małego raju, że bali się zaakceptować, że mógłby przestać nie być, gdy zaczną mówić o tym głośno. Tęsknili więc teraz ku sobie, lecz Tarp nie wierzył w drogę powrotną, nie wierzył, że da się zawrócić i żyć dawnym życiem.
Należałoby zacząć od nowa. Zaorać ziemię, obsiać świeżym ziarnem. Nie wątpił, że pierwsze kiełki wzejdą, zachwycą soczystą zielenią. Kochali się wciąż przecież. Nie bał się nieurodzaju, bał się robactwa, które żyło w tej ziemi przesączonej krwią ich małej rodzinnej tragedii, karmiło się nią. Ich małżeństwo nie zmarło przecież śmiercią gwałtowną. Jeden po drugim więdły pędy podgryzane przez malutkie szkodniki. Jeden po drugim, niepostrzeżenie, aż zostało martwe, gnijące pole.
Clemens Longbottom wciąż czuł ich pełzającą obecność. Wiedział, że nawet jeśli spróbują tchnąć nowe życie w odłogi, szkodniki wyjdą wcześniej czy później. Nigdy ich nie opuściły.
Mógł oglądać przyjaźń Morpheusa, Jonathana i Anthony’ego, mógł zdawać sobie z niej sprawę, lecz nie zmieniało to jego opinii. Wiedział lepiej, wiedział swoje. To nie był dla niego argument, aby przestać ufać swojemu osądowi. Nie spodziewał się natomiast, że temat wywoła aż takie poruszenie u Jonathana. Był gotów na to, że Selwyn wychwyci z tego monologu jakieś jego słabości i je wykorzysta, bo, cholera, wylała się z Tarpa bez hamulców fura kwaśnego jadu. Spodziewał się więc ofensywy, nie defensywy.
Przystanął w porę, gdy Selwyn zagrodził mu drogę. Twarz czarodzieja była nieruchoma, nosiła ślady irytacji, choć gdy się odezwał, był niespotykanie opanowany, mówił bez zwyczajowej cwaniacko-błazeńskiej maniery:
— Co ci tak zależy, żebym ciepło myślał o tym waszym pieszczoszku, co? Nie lubię Shafiqa i nie zmieni tego twoje rozdzieranie szat, Selwyn. — Zerknął ponad jego ramieniem na tarcze; wybawienie od tej uwierającej rozmowy. — Nie zamierzam robić mu krzywdy, jeśli tego się boisz. Kurwa, gdyby wisiał właśnie nad przepaścią, podałbym mu tę zaszczaną rękę po kundlu. Żaden z niego kiler, żebym się poczuwał do drastycznych interwencji. Ale rozpoznaję żmiję, gdy ją widzę. On Tessy nie doprowadzi do niczego dobrego.
Westchnął ciężko, potarł dłonią twarz. Nie spodziewał się, że tego ranka — gdy mieli ubawić się na wesołej, zakonnej ścieżce zdrowia — spadnie na niego coś takiego. Został wzięty z prawdziwego zaskoczenia przez błyskawiczną eskalację rozmowy o Shafiqu.
— Dobry z ciebie chłop, to podtrzymuję. Anthony powinien być wdziędzny za takich przyjaciół. — Nawet jeśli Woody uważał, że na nich nie zasługuje. — Ale nie jestem wzgórzem, na którym powinieneś umierać za jego honor. Nic ci to nie da, Selwyn, dupku. Shafiq nie ucierpi od tego, że pijak z Nokturnu go nazwie kutasem.
piw0 to moje paliwo