Bezpieczna przestrzeń istniała dla niego tylko tam, gdzie była Victoria Lestrange. Więc tak, kochanie. Masz całkowitą rację. Nokturn nie był i nigdy nie będzie bezpieczny. Tam czychało wszystko to, co najgorsze, a nawet nie. Wypełzało poza jego granice, ale co z tego? Czarny Pan potrafił sprawnie rozstawiać swoje pionki na szachownicy. Wiedział, czego lepiej nie dotykać, żeby dobrze na tym wyjść. Punkt zawieszenia był jego punktem przeciągania rzeczy na własną korzyść.
- Dobrze ci się wydaje. - Największe skurwysyństwo roiło się właśnie tam - przynajmniej w tych okolicach. Było wiele dróg, którymi można było wędrować z tamtego punktu. Nie wszystkie były poznane, inne były przeklętymi labiryntami, w których gubili się najlepsi. Czy w ogóle te Ścieżki miały koniec? Przecież ciągle tworzono nowe. Sauriel uczył się ich. Nie potrafił nawigować po lesie, ale potrafił nawigować po tunelach stworzonych rękoma wciąż dobrze prosperujących niewolników, chociaż niewolnictwo niby zniesiono dawno temu. Nazwiemy ich "pracownikami"? Nazwijmy. Ludzie bez twarzy i bez imion, których groby kopano tam, gdzie padli w pracy z wyczerpania. - Wszystko będzie lepsze od tego domu. - Czy na pewno? Ładnie brzmią niektóre hasła puszczone w eter, a na papierze? Na papierze wyglądało to tak, że Sauriel chciał się wydostać, postanowić swoje własne kroki i dodatkowo nie uciekać. Joseph to pochwalał i imponowało mu to - widział to w jego spojrzeniu, zresztą słyszał to od niego, nawet jeśli nie mówił o tym bezpośrednio. Wychodził naprzeciw jego oczekiwaniom - nie to, że celowo. W zasadzie irytowało go to, że ta podła żmija miałaby być zadowolona z tego, że zmienia się zgodnie z jego oczekiwaniami. Z drugiej strony... Wszystko jakoś zaczęło się gwałtownie zmieniać na przestrzeni tych dwóch miesięcy. Nawet w Josephie dostrzegał autorytet. Toksyczny, ale nadal autorytet. Podziwiał jego niezależność, jego siłę, jego pewność siebie. Podziwiał go zdecydowanie bardziej niż obsesyjno-kompulsywnego Eryka, który teraz po kątach zanosił się kaszlem. - Ale śmierdzieć pewnie będzie i tak, bo zakopce fajkami. - Rzucił tak żartem, bo przecież było to nieporównywalne do zapachów Nokturnu, co dopiero Ścieżek. Tam zawsze czymś jebało. Jeśli nie rozkładającym się ciałem, to rzygowinami miejscowego pijaczka.
- Z Kłopotami to jak z Problemami - trzeba się z nimi przespać. - Uniósł kącik ust ku górze, słychać było w jego głosie to aroganckie rozbawienie. Ściągnął pierścionki z palców i rzucił je na stół, a potem łapskiem złapał kota - i jego też odłożył, tylko na ziemię. Bochen musiał obejść się smakiem, ale Sauriel miał tutaj większego kociaka teraz do opieki. Zaczął się podnosić, więc zmusił też do tego Victorię. Ale kiedy wydawałoby się, że będzie się po prostu zbierać, iść, odchodzić, to po wstaniu pochylił się, żeby jednym ruchem podnieść ją jak księżniczkę w ramionach w górę. - Więc idę położyć mój niedospany Problem spać. A rano Kłopot wstanie, zje kurewsko milutkie śniadanko i pomyśli, że został rozwiązany w najmilszy możliwy sposób. - Przynajmniej taką miał nadzieję, kiedy położył ją na jej własnym łóżku i położył się obok, opatulając ją pierzyną. Owijając. Kładąc się obok, żeby mogła zasnąć - wtulona w niego.
Dobranoc, Victorio.
Jutro czeka cię o wiele milszy dzień.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.