Wystarczyło na Annę spojrzeć, żeby wiedzieć, że ma pazur. Albo i nawet kilka pazurów. Aż chciało się spojrzeć na jej dłonie, by upewnić się, jakie ma paznokcie. Pewnie w kształcie migdałów, z czerwonym lakierem. Takie do niej pasowały. Do tego spojrzenia, jakie im rzucała. Do tej pewności siebie, która przez nią przemawiała i pozycji, jaką przez to przybrała. Jeśli w ogóle pojawił się w niej cień strachu to tak doskonale go ukryła, że Sauriel nie potrafił go wyczuć w powietrzu. A szkoda. Dawno nie czuł takiego pobudzenia, ale też dawno Śmierciożercy nie spuścili swojego Psa Gończego ze smyczy, więc prawdę mówiąc - tak, liczył na to, że ich panienka (albo pani, bo nie wyglądała najmłodziej) powie coś nieodpowiedniego, albo zrobi coś równie nieodpowiednio głupiego. To znaczy przecież Sauriel nigdy by nie chciał naklepać czarownicy, no przecież nigdy by tego nie zrobił! W końcu to był całkiem miły gościu, który doraźnie bawił się gitarą w różowej knajpce Nory.
Musiał przyznać, że całkiem imponujące było to odszczekanie kobiety. Mówili, że pomiędzy głupotą a odwagą jest cienka granica, ale jak dla niego Annaleigh utrzymywała się na odwadze. Stała na linii, albo może wyczuwała ją, żeby sprawdzić, na co może sobie pozwolić. Przynajmniej jak na razie tak to oceniał. Sauriel wyciągnął dłoń w kierunku drzwi, które zamknęły się, a on sam przeszedł w kierunku okna, żeby oprzeć się ramieniem o ścianę, spleść ręce na klatce piersiowej i wyjrzeć na zewnątrz. Cisza. Oprócz głosów rozmawiającej dwójki panowała tutaj cisza. Ulice wydawały się jakże malowniczo śnięte, tonące w słodkich mrokach nocy. Cóż, w dzień możliwości Sauriela były ograniczone, ale na całe szczęście Bozia tworząc ten świat zapomniała dopisać zasadę, że ludzi można zabijać tylko w dzień.
Obrócił głowę w kierunku prowadzących rozmowę, kiedy rozległ się komentarz o bałaganie i nawet uśmiechnął pod nosem. No tak, oczywiście. Ze wszystkich rzeczy musiała się odezwać mania Roberta na punkcie porządku. To znaczy - najpierw było upomnienie, że ta odwaga Ann powinna mieć swoje granice i zatrzymać się tam, gdzie jednak wyższe jednostki decydowały o rozstawianiu pionków. Ale, hej, umówmy się - gdyby Śmierciożercy byli miłymi gośćmi pewnie nie byliby tak znienawidzeni przez społeczeństwo. Sauriel właśnie wyobraził sobie Czarnego Pana z różową zastawą, który nalewa swoim uśmiechniętym podwładnym herbatki, a Robert w fartuszku przynosi na tacy świeżo upieczone ciasteczka. Złota wizja, przynajmniej dla niego.
- Wybrałeś sobie pisarza. - Skomentował, ale odbił się od ściany, o którą się opierał, żeby przejść w kierunku Annaleigh. Mimo ciszy jego kroków właściwie nie było słychać, kiedy minął Roberta i zatrzymał się z boku biurka. Wyjazd do jakiejś rodziny jak dla niego nie wchodził w grę, za łatwo to było sprawdzić. Z drugiej strony na co można było wyjeżdżać w środku nocy? W zasadzie to patrząc na Annaleigh... - Czy ty się w ogóle tłumaczysz ze swoich akcji? - Bo wydawało mu się, że to jest kobieta, która jak miała coś zrobić to tylko informowała, że idzie to zrobić. Tyle. - Bo jak nie, to napisz tylko, że sprawy służbowe. Czy cokolwiek tam byś nabazgrała. - Jeśli zapytacie to tak, patrzył się jej na ręce.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.