W całości były trzy prawdy.
Pierwszą prawdą było to, że wszystkie opowieści romantyczne, od zamierzchłych czasów, wierszy małżeńskich starożytnych egipcjan, przez greckie poematy, opowieści o herosach, o Achillesie i Patroclusie, po średniowieczne romanse Tristana i Izoldę, po renesansowe listy Abelarda i Hellisé, były kłamstwem. Przez wieki poznania emocji ludzkich, nic nigdy nie brzmiało tak, jak szelest szat, miękkiej kaszmirowej i merynosowej wełny, gdy zetknęły się ze sobą, jak głos, który deklamował dla niego wiersz. Mnogość odczuć mieszała w nim, jego biedne serce nie mogło nadążyć.
Drugą prawdą było to, że nawet nieruchome dłonie Morpheusa zdawały się zachłanne. Spoczęły bezpiecznie, jedna na łopatce Dolohova, druga niżej, bliżej talii. Prawie jak Kupid i Psyche, w objęciu, które dzieli światło. Tylko te palce, niemal szpony, jakby nieświadomie chciał wniknąć pod skórę Vasilija, wejść w przestrzeń między jego żebrmi i tam zasnąć na wieczność, targany siłą budzących się w nim pragnień, kwitnące między żebrami hiacyntami. Pewnie Vasilij nawet nie poczuł tego odmiennego nacisku od płaskiej dłoni, a może poczuł tę desperację.
Trzecią prawdą było to, że nie znał dalszej części tego wiersza. Piętnem śmierci wszyscyśmy znaczeni; // Cicho liści miedź skapuje z klonów... // Błogosławię mądry ład jesieni - // Przekwitnienia czas i porę zgonu. Tak typowe to było, myśleć o sobie za dwadzieścia lat, jako starym i niedołężnym. Jesień życia. Morpheus nigdy nie napisał żadnego wiersza, chłonął je jednak, czytał kolejne tomy, chcąc poznać myśli filozoficzne przeszłych żyć. Jesień już na zawsze miała zaznaczać czas przełomów, czas śmierci dla nich. A Śmierć w kartach przychodzi do każdego, od króla po żebraka. Śmierć była nagłą zmianą, niekoniecznie chcianą, niekoniecznie dobrą, niekoniecznie też złą. Jesień dla Morpheusa znaczyła, że mieli przynajmniej kilka miesięcy, skoro jego przepowiednię naznaczyły hiacynty, a hiacynty kwitną tylko wiosną. Ostrze kosy nie miało na niego spaść jeszcze przez jakiś czas.
— Jeżeli dożyję, napiszę. Prawdopodobnie będzie to najgorszy wiersz, jaki wydadzą drukiem, a ty będziesz musiał się wstydzić, że został tobie zadedykowany.
I chociaż nigdy nie poświęcał dłuższej myśli temu, kim będzie na starość, bo nie sądził, aby dożył dorosłości nawet, spodziewał się raczej kreatury trzymanej w piwnicy Warowni, szalonej pytii, która bełkocze, chyba że mówi głosem bogów. Albo to, szaleństwo, albo dystyngowany ślepiec, jak Tejrezjasz.
— Więc. Widzimy się wieczorem? Na Mabon? Gdzie chcesz iść? — zapytał, wodząc wzrokiem za dłonią, która poprawiła mu kołnierzyk. Nic nie było łatwe. Ani bycie zwykłym nastolatkiem ani poważnym wróżbitą, a już na pewno nie trwanie pomiędzy oczekiwaniami rodziny, własnymi emocjami i przeznaczeniem, które zawsze kpiło z planów.