- Średnio mi się chce ganiać za kaczkami po jeziorze. - Wzruszył ramionami. - W lipcu to ja z nią nie gadałem. - Tak jakby trzeba było to podkreślać. - Co ty tam wiesz, była czy nie była. Nie było cię tam. - Jakoś bardzo wątpił, żeby potem ta nawiedzona wariatka się spowiadała córce, co tam się działo, jakie hasła zostały wygarnięte i w jakim stylu. Już pomijając, że kłótnia kłótni równa nie była - co nie zmieniało faktu, że nie dało się tej jakże "uprzejmej" wymiany zdań między nimi określić inaczej niż "kłótnia". Bo żadne nie trzymało spokojnego tonu głosu i każde nawtykało każdemu. Było-minęło. Teraz w ogóle nie musiał oglądać jej ryja i było mu z tym dobrze. Victoria mówiła o czymś zupełnie innym - swojej kłótni. To był poziom najwyższego spierdolenia - tam, gdzie zaczynała się przemoc... ale przecież oboje dobrze to znali. Przemoc mogła mieć różne formy, a boleć potrafiła tak samo. Każdy miał swoje punkty, których przekroczenie zmieniało człowieka na zawsze.
- No. Dokładnie tak. - Uśmiechnął się wilczo, biorąc w paluszki filiżaneczkę jak prawdziwa dama. Wspaniale to wyglądało przy niedopiętej koszuli, rozczochranym włosem i w tych wcale nie tak małych łapach. Tak właśnie tworzyło się kontrasty - niektórzy artyści za nimi przepadali. Na szczęście żaden jeszcze nie proponował, że go namaluje. Pewnie by skorzystał. Pytanie byłoby (jak zawsze) to samo: ile płacisz? - Jajca by mi tam dyndały, niby dobry wywietrznik, ale nie jestem przekonany. - Czy to wygodne? Niewygodne? Wydawało się bardzo niewygodne, kiedy trzeba kogoś kopnąć, a tu każdy sobie ogląda twojego penisa. Wstyd? Najwyraźniej tutaj miał jakieś minimum przyzwoitości w całym rozumieniu świata. Bo pokazanie się w tym fikuśnym stroju wydawało się ledwo żenujące. Co innego o tym gadać, co innego wprowadzić to potem w życie. - Chcesz się na mnie pogapić bez koszulki? - Załapał z opóźnieniem. Na strunach głosowych zabrzmiał cień śmiechu, uniósł jedną brewkę. Ciężko było nie zobaczyć, gdzie zawędrował wzrok Victorii, ale to nie było jeszcze to naglące spojrzenie, które zwróciłoby na siebie szczególną uwagę. Fantazje. Potrzeba całowania. Dotyku.
- Moralność. - Prychnął i skrzywił się. A potem wziął łyczka z filiżaneczki. Trochę siorbiąc, bo herbata była gorąca. Może powinien podstawić ją Victorii, żeby podmuchała. Słuchał jej uważnie i słyszał ją wyraźnie. Każde słowo. Oczywiście, że to kwestia moralności. Co weźmiesz, co zostawisz. Zależy ci na dobru świata? Czy na sobie samym? Lubił to, że Victorii zależało na innych. Z drugiej strony wcale nie było zgodne z nim samym powiedzenie: tak, tak, oddaj to. Po co? Skoro może to wykorzystać? Żeby nikt za nią nie gonił? Jak ktoś będzie za nią ganiał - wystarczy go do tego zniechęcić. - Chcesz się podzielić tą energią? - Uśmiechnął się arogancko, a spoglądał na nią z ciekawością. Spodziewał się odpowiedzi. To była jedna z tych części niej samej, której nie lubił. Jednocześnie ją bardzo doceniał - bez tej akceptacji ich relacja pewnie nie mogłaby istnieć. Nie chciał w niej widzieć obiadu, nie chciał jej gryźć, a pewnie nie zdawała sobie sprawy z tego, że ta motywacja była bardzo silnym fundamentem jego samokontroli. Nie tylko ona ten fundament budowała - nie chciał gryźć nikogo bliskiego. Nawet swojego ojca, chociaż kurwa - zasłużył sobie. Po strokroć zasłużył. - No i czemu wyglądasz, jakbyś się czuła winna, że wjebałyście piździe? - Nie pojmował tego. Opuszczała tutaj głowę, jakby... jakby co? Wstydziła się czegoś? Żałowała? - Ależ teraz z nas romantyczne przeciwieństwa. Ja jednym czarem odbieram życie, a ty możesz je zwrócić. - Uniósł jeden kącik ust w górę i wyciągnął rękę, żeby jej zburzyć czuprynę. Żeby ją trochę poczochrać.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.