Dawno nie czuł się tak przybity i bezsilny jak dzisiaj. Właściwie to starał się wypierać z pamięci takie momenty jak ten dzisiaj daleko poza własną świadomość. Nie wyciągał z nich żadnych wniosków, a tylko jątrzyły się oślizgłą raną na jego ego i dumie. Nie było sensu takich wspomnieć trzymać w sobie, więc wypierał je, bo nie myślał o tym żeby to przepracować, nawet nie zdawał sobie sprawy, że przecież tak można. Z problemami których nie mógł rozwiązać pieniędzmi, albo chociaż pięścią radził sobie jak większość mężczyzn w jego rodzinie; alkoholem. Dzięki niemu przynajmniej ten ból ze środka nie był taki dokuczliwy. To jednak nie leczyło ran, co najwyżej uśmierzało ból.
A bolało go mocno. Bolało go to, że pozwolił sobie na zaufanie do kogoś do kogo nigdy nie powinien. Bolało go to, że dał się oszukać. Uwierzył w istnienie dziewczyny, której tak naprawdę nie było. Istniał wyłącznie koncept niewielkiej postaci o wielkiej mocy destrukcji. Z jej młodszą kuzynką nie miał takich problemów. Od początku wiedział, że ta limbogirl jest słaba. Wtedy mu to, aż tak nie przeszkadzało, bo nie poczuł czym była siła absolutna. Dopiero kiedy poczuł prawdziwy swąd spaczenia i piękno czarnej magii przez budowanie swojej pozycji wśród mrocznych sług, zrozumiał co tak naprawdę daje mu motywację do działania. Musiał przecież gdzieś ulokować te swoje niespełnione sportowe ambicje, kiedy wszytko poszło w chuj. Teraz jeszcze bardziej miał sobie coś do udowodnienia. Wyrozumiała i dobroduszna Effimery szybko stała się w jego oczach odrzucająca. Dlatego nie miał skrupułów do zadręczania jej, jeśli jej łagodna aura działała mu na nerwy. Jakby płacz tak niewinnej dziewczyny, był pokarmem dla jego gnijącej duszy. Kiedy się już nią znudził, jak zabawką która przestała być atrakcyjna, po po prostu odtrącił ją. Nie było w tym nic specjalnie ciężkiego.
Ta cholera była całkowicie inna. Przyszła jakby znikąd i sprowadziła go do parteru jak jeszcze nikt wcześniej. Była wszystkim tym, czego w tamtym momencie najbardziej pragnął. Popierdolona Millie. Już wtedy wiedział, że nie jest z nią najlepiej, przynajmniej w głowie. Powinno go to odstraszyć, a dodało szczyptę jakiegoś romantycznego mistycyzmu jej pojebaństwu. Dała mu wiele świadectw tego, że szczerze mógł o niej myśleć jak o prawdziwej sile. Destrukcyjnej silne o którą prędzej się pokaleczysz, niż wygrasz. Takiej kobiety właśnie chciał pożądać.
A potem dała sobie rozjebać łeb i to pewnie w obronie jakiegoś mugolaka, czy za coś jeszcze bardziej gównianego.
- Miałeś kiedyś tak, że pomyliłeś na czyjś temat? Zagaił mało zobowiązująco, widząc że facet do którego się zwrócił o towarzystwo, nie był specjalnie wygadany w pierwszym odczuciu. Lustrował go spojrzeniem. Wyglądał mu na typowego prowincjusza, niezbyt wyszczekanego i mało oględnego. Tylko te oczy... coś o nim zdradzały. Tylko co? Przynajmniej po tym spojrzeniu miał większą pewność, że nie ma do czynienia z mugolem. Zresztą. Co go to tak właściwie dzisiaj obchodziło? Nawet nie zwracał uwagi na jego tragiczny strój. Zgadywał, że były to ubrania do pracy wnioskując po jego spracowanych dłoniach, więc to go nieco usprawiedliwiało. A no tak. Niektórzy magowie dalej ciężko pracowali. Na utrzymanie, albo z wyboru, w co trudno mu było uwierzyć, jednak wciąż.
- Nie, że ktoś cię oszukał. Po prostu myślałeś, że ten ktoś jest zupełnie innym człowiekiem, niż się okazało? Ciągnął dalej. Jeden z napełnionych kieliszków przysunął w jego stronę. A potem uniósł swój w milczącym geście toastu i nie czekając, aż Sam zrobi to co on, po prostu wychylił swój do ust. Niby kuzyni, a jednak całkiem różni. Chociaż to pewnie Louvain w scenerii baru Pod Krzywym Kuflem wyglądał jak dziwak. Jakby żywcem wyrwał się z jakiegoś magazynu o celebrytach w tej swojej połyskującej skórze, sprasowanych spodniach i wystających tatuażach spod rękawów i kołnierza. Nawet jakby wiedział to raczej niespecjalnie by się poczuwał do czegokolwiek innego, niż zwykła pogawędka. W jego mniemaniu Blacka czyniła wyłącznie smolista ciecz w żyłach. Bez niej, dla niego były to tylko zbędne sentymenty które jak łatwo zgadnąć miał za nic.
Mówił na okrętkę, bo potrzeba wyrzucenia tego z siebie była silna, ale potrzeba ukrywania się z emocjami jeszcze silniejsza. Przecież nie przyzna się przed pierwszym lepszym obdartusem z tej frajerskiej Doliny, że jest wściekły bo mu zależało.