Bohater. Gdyby tylko Sauriel usłyszał ten ułamek myśli, to podejrzenie, że on był tam po to, by ratować potrzebujących, chyba zacząłby tu tarzać się po ulicy, po ścianach i gdzieś podjechał po sam sufit ze śmiechu. Bohater. Powiedziałby pewnie coś, gdy tylko by się uspokoił, że zawód "bohater" to zawód o wyjątkowo krótkim stażu. A on, jak na swoje życie, żył już za długo, żeby bohaterem pozostać. Bo gdy żyjesz wystarczająco długo odkrywasz, że tak naprawdę przez cały czas byłeś antagonistą tej historii. Z historiami było jednak tak, że pisali ją zwycięzcy. Orwell napisał to lata temu i cholera - miał rację. Takim właśnie sposobem Cameron Lupin, będąc zwycięzcą swojego małego, intensywnego epizodu z tłumem charłaków mieszających się z czarodziejami, uznał osobę, która mu pomogła, za bohatera. Śmiałe stwierdzenie, a przecież to wszystko na razie było grą niepewności, kiedy nie wiedziałeś tak naprawdę, co myśleć, co sądzić, a w ogóle gdzie w tych ocenach i przemyśleniach była jeszcze prawda i tylko prawda.
Ich kooperacja wyszła całkiem nieźle.
Tak, poszło całkiem nieźle - to pierwsze, co pojawiło się w głowie Rookwooda, kiedy ten podniósł wzrok i przeciągnął dłonią po włosach, w końcu się prostując. Zlepione ze sobą kosmyki nawet tym razem nie opadły w większości na jego czoło. Zamiast przyglądać się jednak dłużej Cameronowi, tak samo jak on spojrzał w kierunku tego motłochu, do którego chyba teraz włączyli się aurorzy. Albo raczej - który to motłoch i owczy pęd ci aurorzy próbowali z całych sił powstrzymać. Zgubne koło. Chcesz dobrze, prężysz się, a zaszczute zwierzę reaguje tylko jeszcze większą agresją. Ci, którzy się tu zebrali - ciekawe, czy ktoś z nich doświadczył kiedykolwiek prawdziwej dobroci? To był jeszcze ten czas, w którym Sauriela to bardziej interesowało. Kiedy niesprawiedliwość tego świata była jeszcze wyraźna i gdzieś w głowie krążyło wrażenie, że przecież musiała tkwić w tym bagnie jakaś nadzieja. Jakakolwiek. Że w tych wszystkich książkach o tych prawdziwych bohaterach mieli jednak rację i dobro zawsze zwycięża. Na razie zwyciężała panika i agresja, a najlepszą przemową była mowa pięści.
- Skąd mam kurwa wiedzieć. - Warknął na młodzika, lustrując go spojrzeniem - dość nieprzyjemnym, trzeba dodać. Lecz kiedy tylko na niego spojrzał, z tymi dużymi oczami, jakie miał, złagodniał. Trochę. Jego oczy się uspokoiły i barki rozluźniły. W zasadzie to było to trochę kłamstwo z jego strony. "TROCHĘ". - Nie wszyscy lubią charłaków, młody. - Sauriel pomacał swoje kieszenie w poszukiwaniu fajek, modląc się do wszystkich bogów, że ich nie zgubił w tej całej zawierusze. Ale jest! Są! Spojrzał krytycznie ze ściągniętymi brwiami na widok pogniecionego pudełka. - Sszzzzkurwajegomać... - Wymruczał, wyciągając równie przygniecionego fajka, ale niezrażony sięgnął po różdżkę i go odpalił, zaciągając się głęboko dymem. Adrenalina jeszcze z niego nie zeszła, a przez nią w połączeniu ze zmęczeniem nieco drżały mu dłonie. I zakrztusił się na pytanie o to, czy tam wraca.
- Chyba cię Bóg opuścił. - No dobra, był sprawny, ale ta szarpanina wyssała z niego całą energię. Przylgnął plecami do ściany ramoneską, jaką miał na sobie i zjechał w dół do pozycji siedzącej. - Nie panikuj, młody. Klapnij sobie. Daj człowiekowi złapać oddech. Palisz?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.