Z kolei Louvain na własne sztandary od zawsze wnosił butę. Święcie przekonany o swojej ponadprzeciętności, odkąd tylko głowa zaczęła wystawać mu ponad stół w jadalni. Nawet w najdalszych wspomnieniach pamiętał jak papa Lestrange powtarzał mu, że jest stworzony po to by zdobywać najwyższe osiągnięcia. Jak miałby stać się kimś innym skoro całe te eliciarskie grono przekonywało go, że jest urodzony po to by wygrywać? Tak pewny siebie i swojej wyższości nad niżej urodzonymi, jak pewne jest to że woda jest mokra, albo że na Nokturnie w tym momencie śmierdzi uryną.
To stwarzało tyle samo szans co przeszkód. Przerośnięta do granic możliwości ambicja momentami aż nie mieściła się w jego chłopackiej posturze, więc często czuł się zmuszony do tego żeby przekonać o swoich racjach pozostałych. Nierzadko w ten sposób przypominał tego osła który chciał przebić mur swoją pustą głową. Nigdy jednak nie zraził się żadną porażką, bo choć dotkliwe i bolesne dodawały mu tylko determinacji. W dążeniu do perfekcji nie odpuszczał tak długo, aż nie osiągnął tego co zamierzał. Przez większą część życia były to tylko, albo aż, kolejne tytuły sportowe. Nagroda za nagrodą, wyróżnienie za wyróżnieniem. Maszynka do wygrywania, napędzana próżnym ego, arogancją i wyuzdaniem. Statuetki i medale były całkiem fajne, przez pierwsze kilka minut kiedy wręczali mu je przed publicznością. Wszystkie te wyróżnienia i dystynkcje zbierał tylko po to, żeby potem mógł zatrudnić kogoś do ścierania z nich kurzu, jak się w praktyce okazywało. Bardziej cieszyły go cudze porażki, a najsmaczniejsze były te od mugolaków, albo innych szlamolubnych. Ci sami ludzie którzy nienawidzili go za to w jaki sposób o nich mówił, czy odnosił się do nich. Ich gorycz była jak najsłodszy nektar.
Jednak wszystkie historyjki mają kiedyś swoje zakończenie. Wzleciał tak wysoko, że zejście na ziemię na wskutek choroby było gorsze, niż cios w samo serce. Ciężko się pozbierać po czymś takim, ale jeszcze ciężej było mu dźwigać ciężar tej niespełnionej ambicji po korytarzach Ministerstwa. Chociaż zaczynał od zera, jak jakaś szlama wypluta z błota, to przynajmniej nauczony był ciężkiej i systematycznej pracy. Bo kiedy jedni opuszczali Ministerstwo niczym obrażalskie dzieciaczki, on postawił na pracę organiczną. W końcu był dzieckiem idealnym, musiał udowodnić że nawet praca przeciętnego urzędasa to kaszka z mleczkiem. Potem dał się porwać w objęcia mrocznych sług. To na nowo rozpaliło w nim wolę zwycięzcy. Znowu mógł realizować swoją starą i wyświechtaną agendę wyższości czystej krwi, ale na zupełnie innym poziomie. Stał się dokładnie tym samym, owianym złą sławą ekstremistą.
Oczywiście, że wiedział, iż oprócz tego służbowego spotkania przy winie, w tle przy okazji odbywa pewnego rodzaju casting. Taki nie do końca dopowiedziany w prost, ale wciąż konkurs. Konkurs o przychylność Lorien. I ten właśnie konkurs miał zamiar nawet nie tyle co wygrać, ale rozpierdolić w drobny mak. Tak żeby nie wyszła nawet kolejna edycja zmagań o aprobatę pani sędziny.
Niespecjalnie podobała mu się jej optyka co do szerszego patrzenia na całą sprawę. Rozumiał jednak, że wynika ona z całej charakterystyki pracy w Wizengamocie. Im dalszy punkt widzenia tym więcej aspektów, a im więcej takich, tym większa możliwość dotarcia do sedna problemu. Jeśli motywacją była sprawiedliwość, naturalnym była chęć poznania całego konspektu całej sprawy. Zdawał sobie z tego sprawę doskonale, niekoniecznie jednak musiał się z tym zgadzać. Głównie dlatego, że miał z goła nieco inne poczucie sprawiedliwości.
- Skoro zachodzi obawa o powielanie deliktu, należy już teraz temu zapobiegać. Być może warto zacząć wyciągać korzyści z naszej władzy skonsolidowanej w jednym, wspólnym organie? Wtrącił, odnosząc się do pierwszej części wypowiedzi Lorien. Sugestywnie podsuwał jej propozycję stworzenia precedensu, wobec którego późniejsze wyroki będą mogły się adekwatnie odnosić. Dla surowego podejścia Louvaina takie pomysły jak wysoki wymiar kary dla przestrogi hipotetycznych naśladowców omawianego czynu, był dobrym punktem wyjścia do kolejnych kroków. Przy okazji delikatnie napomknął o ukrytych możliwościach Wizengamotu, o których co po niektórzy woleliby raczej nie słyszeć. Kiedy w mugolskim świecie popularyzował się model organizacji państwa na podział władzy na osobne ciała, wśród magicznej społeczności nadal panował Wizengamot, który jednocześnie wydawał wyroki, tworzył prawo, a nawet je wykonywał. Duży potencjał na zachowania autorytarne, które gdyby pojawiałyby się częściej Louvain wcale by się tym nie martwił. O ile byłyby wycelowane w tych, których on sam uważał za zagrożenie.
- Wydaje mi się, że koncept z czarodziejem czystej krwi jest o wiele bardziej abstrakcyjny w tej sprawie. Magowie od początku do końca wychowani w naszym świecie, nie mający styczności z mugolami mają mniejsze możliwości, a nawet predyspozycje do stworzenia takiej siatki połączeń... - nakreślał motyw naprędce, marszcząc przy tym brwi. Taki scenariusz wydawał mu się o wiele mniej prawdopodobny, czystokrwiści zazwyczaj byli dobrze usytuowani, więc motyw zarobkowy grał tutaj niewielką rolę. Trochę wydawało mu się to niedorzeczne. Z drugiej jednak strony sala przesłuchań w Ministerstwie zapewne była świadkiem o wiele bardziej niewiarygodnych spraw, więc i ta mogłaby się również wydarzyć. - Ale zakładając hipotetycznie, że coś takiego miałoby miejsce, cóż... - ciągnął dalej, na moment wbijając wzrok w ociekające po szkle kieliszka czerwone wino- rozsądek podopowiada mi, że prawo przewiduje te same widełki dla każdego, jednak serce moje naprawdę nienawidzi zdrajców. Dookreślił się w końcu, podsumowując to wszystko zadziornym uśmieszkiem. Szybko jednak przebił go, popijając kilka łyków ze swojego kieliszka. Od mugolaków i mieszańców nie oczekiwał zbyt wiele, właściwie to spodziewał się najgorszego postępowania. Czyli bezrefleksyjnego traktowania poszczególnych aspektów magi i czarodziejstwa w sposób partykularny. W imię szkodliwych ideałów, mrzonek o świecie bez podziałów, gotowi roztrwonić cały kapitał kulturowy zbierany przez setki pokoleń prawdziwych czarodziejów. Dla nich nie miały znaczenia takie wartości właśnie jak kultura, tradycja, obyczaje czy po prosto szeroko pojęty etos. Nie posiadający własnej tożsamości, żyjący w nuklearnych rodzinach.
Zaś od czarodziei z korzeniami w świecie magii, mocno osadzonych w ich rzeczywistości oczekiwał większej roztropności w swoim podejściu do życia. Bo życie to nie tylko prokrastynacja i odkładanie galeonów na nową miotłę, albo na nowe mieszkanie na Pokątnej. Liczył na większą świadomość i chociaż odrobinę myślenia wspólnotowego na temat tego co ich łączyło poprzez historię i kulturę. Dlatego wszystkie działania promugolskie były dla niego blisko skorelowane z zasadniczo działaniami antyczarodziejskimi. Szczególnie jeśli przyczyniali się do tego osoby czystej krwi. Nie dość, że cios wymierzony w magiczną społeczność to zdrada. Podwójna strata. Obok czegoś takiego, ciężko było mu przejść ze spokojem, więc z chęcią zobaczyłby jak każdy zdrajca krwi, albo chociaż sprawy cierpi odrobinę bardziej, niż szlamy. Potomkowie tych oprawców, którzy palili jego przodków na stosie.
- Pierwsze słyszę. Chętnie wysłucham. Odrzucił po krótkiej chwili zastanowienia. Imię i nazwisko nic mu nie mówiło, ale skoro przytacza je pani Mulciber, musiała być z tym powiązana interesująca historia, albo chociaż anegdota. Wyprostował się na krześle, a nawet pochylił się bardziej w stronę sędziny, gotów wysłuchać tego co chciała mu powiedzieć.