adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Teleportowali się w niewłaściwe miejsce. Jeśli miałby być ze sobą brutalnie szczery (a nie potrzebował, nie musiał sobie bardziej dokopywać, jego Luba już to zrobiła) to on ich tam teleportował, zbyt zły, żeby panować nad intencjami. Na sam odległy skraj wrzosowiska. Na polną drogę, właściwie to ścieżkę prowadzącą między krzewami jeżyn, morskimi trawami i zaschniętymi wrzosami w kierunku Piaskownicy, której światła błyszczały na horyzoncie w mroku nocy.
Z oddali wyglądało to naprawdę pięknie, szczególnie że kawałek frontowej części ogrodu również oświetlał ciepły blask lampy, która bujała się na wietrze, światło na ganku także dawało przyjemną poświatę.
Wracali do domu.
Jeśli ktoś mógł wściekle powłóczyć nogami, jednocześnie słaniać się na nich i stawiać naprawdę zdecydowane, wkurwione kroki to był to Ambroise ciągnący przy tym swoją dziewczynę za rękę. Instynktownie nie miał zamiaru ani na chwilę puszczać jej dłoni, jakby mocny splot ich palców gwarantował to, że dojdą do domu przez zamglone wrzosowisko i nie będą robić więcej okrężnych dróg.
Zrobili ich już dostatecznie wiele. Tak właściwie to żywił przekonanie, że jego najdroższa dużo więcej niż on, chociaż w głębi swojego umysłu. Przecież jakimś cudem weszła na te ścieżki, które zaprowadziły ją do podjęcia decyzji o tym, by mieć w zupełnym poważaniu wszystkie jego prośby: każdą decyzję, którą podejmował z uwagi na chęć zapewnienia jej bezpieczeństwa. Każdy jeden powód, który jej podawał. Wszystkie, ale to wszystkie przesłanki, że on po prostu nie chce jej angażu w jego czarnorynkowe sprawy i prędzej dostanie pierdolca niż zgodzi się na zmianę zdania.
No to właśnie dostał tego pierdolca. Był wściekły jak osa. Jak jebany rogogon doliński czy inny chuj. Nawet nie próbował tego ukrywać. Z minuty na minutę wyłącznie coraz bardziej zionął ogniem, mocno zaciskając szczękę. Nie godził się na jakiekolwiek układy, wedle których mogłaby czuć się upoważniona do tego, by go śledzić. Nie dał jej żadnych przesłanek, aby mogła poczuć się uprawniona do roztaczania nad nim parasola kontroli.
Robiła to samowolnie. Całkowicie wbrew niemu. Jakiekolwiek słowa, które dla niego miała w tym temacie nie mogły ani nie miały mu wystarczyć, więc może dobrze, że teraz gniewnie milczeli. Nie zniósłby prób tłumaczenia się przed nim. Tak samo jak wmawiania mu, że musiała to zrobić.
Sam nie wiedział, która opcja była gorsza. Natomiast zdawał sobie sprawę z tego, którą zamierzała mu zaserwować, kiedy tylko wrócą do domu. Wyśmienity prezent na urodziny będący upragnionym dodatkiem do i tak fatalnej nocy.
Jasne, Roise zdawał sobie sprawę z tego, że ocaliła mu dupę. Był jej za to wdzięczny, pomimo goryczy związanej z tym, że w ogóle musiała ratować mu plecy, bo pozwolił na to, żeby sytuacja wyrwała mu się spod kontroli.
To była trzecia część prezentu. Doceniał to mimo furii, jaką zaczął odczuwać na myśl o tym, jak bardzo się dla niego naraziła. Była z nim, pojawiła się przy nim w momencie, w którym była mu potrzebna.
Kolejny raz odniósł wrażenie, że po prostu wiedziała, przeczuła coś czy ki chuj. Naprawdę nie wiedział jak to faktycznie wyglądało. Bywały dni czy noce, kiedy wracał do niej siedzącej jak na szpilkach i na jego wymarniały widok posyłającej mu niezbyt triumfalne, ale pewne swego spojrzenie: wiedziałam wypowiedziane bez słów.
Zresztą on też wiedział. Czasami mimo wszelkich przesłanek, aby zostać w Mungu jeszcze na godzinę albo dwie i dokończyć zaległe spiętrzone tematy (głównie dokumentację, archiwizację, takie tam) gwałtownie kręcił głową, zabierał manatki i od razu wracał do domu. Wtedy zazwyczaj rzeczywiście okazywało się, że jest tam potrzebny. Jak? Czemu? Skąd? Za cholerę nie wiedział.
Już tego nie kwestionował. Nie w swoim przypadku. Za to zdecydowanie był pierwszym, żeby to robić teraz tej nocy z akcją, którą odstawiła mu jego Najmilsza.
Ściskał ją za rękę w wewnętrznym przekonaniu, że musi to robić. Nie zamierzał jej puścić, bo wtedy mogła mu się ponownie wymknąć i zrobić coś jeszcze durniejszego niż w ostatnich godzinach. Choć chyba szczerze wątpił, żeby dało się coś takiego odstawić.
Cholera ją wiedziała, naprawdę.
Jakimś cudem udało im się przeżyć cztery lata bez czegoś takiego. Cztery lata! Poszły w pizdu w jednej chwili, bo Roise w tym momencie ani myślał wrócić do czczej, idiotycznej wiary w to, że skoro to już raz się stało to nie miało mieć miejsca ponownie. Oczywiście, że miało. To, że jeszcze tego nie skomentował świadczyło wyłącznie o tym jak bardzo go rozsierdziła.
Bez słowa wtarabanił się do domu, głośno wchodząc po schodach na ganek i z przyzwoitości, przyzwyczajenia przepuszczając Geraldine w drzwiach, które otworzył po trzech próbach przekręcenia klucza w zamku.
Zamknął je za nimi z głośnym hukiem spotęgowanym podmuchem wiatru, po czym bez słowa obrócił się na pięcie, żeby zniknąć w łazience, ściągając z siebie kolejne warstwy ubrań nadających się w większości do wyrzucenia.
Nie zamykał za sobą drzwi. Smuga światła zalała ciemny korytarz, kiedy puścił wodę w prysznicu, do którego nie od razu wszedł. Wcześniej oparł się o umywalkę, przetarł dłonią zaparowane lustro, biorąc kilka głębokich wściekłych oddechów.
Zimny czy ciepły - prysznic nic nie dał. Wyszedł spod niego po niespełna dwóch, może trzech minutach. Czysty poza kilkoma ranami do zasmarowania maścią i opatrzenia, które nieznacznie krwawiły. Z wilgotnymi lekko podsuszonymi włosami i ręcznikiem oplecionym w pasie, ostentacyjnie wkurwionym krokiem przeszedł przez korytarz, nawet nie obdarzając Geraldine spojrzeniem.
Wrócił do salonu dopiero wtedy, kiedy znalazł w szafie jakieś luźne spodnie, zakładając je i tylko je, bo mimo wszystko potrzebował pomocy z rozcięciami na klatce piersiowej oraz plecach. Były małe, ale upierdliwe.
Jednakże wpierw stanął w drzwiach, krzyżując ręce na piersi. Milczał. To było wymownie wściekłe milczenie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down