23.11.2024, 22:21 ✶
Pieprzone Baltane.
Nie prosiła o to wszystko. Nie chciała zaburzać swojego rytmu, swoich planów i to jeszcze czymś takim, jak emocje. Czymś, czego nie mogła w tym okresie zupełnie kontrolować. Serce przyćmiewało rozsądek, nie umiała powiązać tego z zaklęciem lub z klątwą, zaskakując samą siebie myślami, które przewijały się jej w głowie, obrazami malującymi się przed oczami, a przede wszystkim tym, co robiła — często tak nierozsądnym, niebezpiecznym. Wiele lat temu obiecała sobie przecież, że więcej sobie nie pozwoli na spontaniczność, na jakiekolwiek ciepłe lub też romantyczne — uczucia względem drugiego człowieka. Zamknęła się na to, stawiając wysokie mury i stosując brzydkie sztuczki, które pokazały jej wiedźmy z Nowego Orleanu. Zapomniała już, jak to było. Miała się nie mieszać w sprawy związane z wojną i Śmierciożercami, a w ostatnich miesiąc nie robiła nic innego, tylko przymykała oko. Przekonywała się, że pomoc komuś ważnemu dla niej samej nie zrobi różnicy. Nie chciała przecież mieć krwi na rękach. A jednak zawsze go ratowała, zawsze mu pomagała — nawet przed tym wiankiem, ignorując krzyczący głosik o tym, że ściągnie na siebie uwagę ludzi, których uwagi zwyczajnie nie chciała. Zwilżyła wargi, starając się uspokoić krążące po głowie myśli, tańczące w chaosie i przekrzykujące się jedna przez drugą, jakby próbowały stworzyć listę plusów oraz minusów zaistniałej sytuacji. Co chciała, co powinna, co było właściwie? Poukładane pudełeczka wypadały jedno za drugim, zrzucając z hukiem pokrywkę i uwalniając jednocześnie wszystko to, o czym Cynthia myśleć po prostu nie chciała. Wyprostowała się, tłumiąc dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa, jak ten, który pojawiał się przy niebezpieczeństwie, maskując tym samym drobne i krótkie drżenie ciała, wywołane nadmiarem emocji. Gdyby jasne tęczówki mogły władać żywiołem, którego kolor odzwierciedlały, Louvain z pewnością oberwałby lodowym soplem, gdy obdarzyła go krótkim i zirytowanym spojrzeniem.
- Nic o mnie nie wiesz. - stwierdziła z prychnięciem, wzruszając ramionami, na których wciąż zaciskały się jej dłonie, z którymi po prostu nie wiedziała, co zrobić. Nie była to do końca prawda, bo na przestrzeni lat trochę ją poznał, ale wciąż dość daleko było do kwintesencji tego, jakim człowiekiem właściwie była, znacznie różniła się ona bowiem od tego, co reprezentowała sobą każdego dnia. - I tym bardziej nie możesz wiedzieć, czego chce.
Nie mógł, bo ona sama obecnie nie wiedziała, ale prędzej by piekło zamarzło, niż Cynthia powiedziałaby to na głos. Znów drgnęła niespokojnie, starając się ze wszystkich sił zebrać w sobie i zacząć składać do kupy mur, który tak brutalnie próbował zburzyć.
- Zachowujesz się jak dziecko Louvain. Egoistyczne i chciwe. - dodała jeszcze, jakby stwierdzenie faktów o zachowaniach panicza Lestrange miały cokolwiek zmienić i jej ułtawić. Znała go przecież, akceptowała te wszystkie wady — chyba - bo wciąż rozmawiali, wciąż mu pomagała i wciąż nie wyrzuciła go z domu lub też nie potraktowała paskudnym zaklęciem z odmętów szkoły nekromancji. - Nie jesteśmy już w Hogwarcie, to wszystko jest bardziej skomplikowane.
Przynajmniej w jej własnej głowie, gdzie tworzyło się tysiące analiz i potencjalnych wad oraz zalet obecnego położenia. Kalkulacji, możliwości. Co, jeśli to nadal był efekt pradawnej magii, która wygaśnie z czasem? Nie mogło jej to wyjść z głowy, a czarnowłosy swoim zachowaniem wcale jej nie pomagał, istotnie, przypominając typowego łobuza ze Slytherinu, który o zgrozo — ciągnie za warkocz kujona z Ravenclawu. Wciąż jednak wracała do niego spojrzeniem, nie umiejąc zdecydować. Co było prawdą, a co durnym mistycyzmem? I ten cholerny, irytujący uśmieszek, który miał sugerować, że Lestrange był panem losu i świata.
Uniosła brwi na sopelka, kręcąc z niedowierzaniem głową. Mimowolnie rozejrzała się na boki, ale nie miała pod ręką niczego sensownego, co mogłoby ewentualnie polecieć w jego kierunku, gdyby kolejne słowa okazały się jeszcze bardziej bezczelne, drwiące i irytujące od poprzednich. Słysząc jednak ruchy z jego strony, skupiła na nim wzrok, śledząc uważnie każdy, najmniejszy nawet gest. Wyprostowała się, zadzierając podbródek, jakby oczekując w gotowości na to, co zamierzał zrobić. Gorzej, niż rzucenie zaklęcia w plecy być już nie mogło. Zawsze była damą, to prawda. Pilnowała się z tym. Teraz jednak brakowało jej słów i siły, aby rozegrać to z należytą klasą, bo zwyczajnie jej to uniemożliwiał. To znów świadczyło o tym, że w jakiś pokrętny, obecnie niezrozumiały dla niej sposób, był dla niej ważny — nie wściekałaby się tak na jego durne zachowania, gdyby był jej całkiem obojętny. Z drugiej strony, wściekałaby się też na Atreusa lub Tori, na Brennę czy też Stanleya. Pragnienie wcale nie zostało ugaszone, ale chociaż krzyki nieco przycichły. Westchnęła więc, czując przyjemne palenie w gardle i podniosła wzrok bezpośrednio w ciemne, onyksowe oczy mężczyzny z miną równie wyzywającą, co jego własna. Milczała, śledząc ruchy jego dłoni, milczała też, gdy z jego ust padła taka... sugestia, prośba, prowokacja? Sama nie wiedziała, co określało owe słowa lepiej. Prychnęła, wciąż wyprostowana i dumna, a dłonie z ramion zsunęły się nieco niżej, pozwalając palcom się rozluźnić.
- Nic Ci nie muszę udowadniać. - stwierdziła butnie, uśmiechając się przy tym lekko i z odrobiną zadziornej złośliwości, nie zamierzając już w żaden sposób dać mu satysfakcji lub poczucia wygranej. To nie było tak, że nie umiała przyznać się do czegoś, przyznać do błędu lub też z obawy przed zranieniem jego uczuć — mętlik, chaos — jak zwał, tak zwał, robiły swoje. A ona od wielu lat nie była spontaniczna. Wszystko musiała przemyśleć, rozłożyć na czynniki pierwsze. Odkąd trafił w nią tym pieprzonym zaklęciem, zbyt wiele głosów i zbyt wiele bodźców zlewało się ze sobą, przysłaniając jej rozum i jasność.
Już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, skontrować, ale on kontynuował i to znów z tą swoją niedorzecznością i pewnością, jakby wszystko było lekkie i proste. Jakby wystarczyło tylko chcieć i świat dookoła nie istniał lub też istniał, ale musiał to zaakceptować. Ta bezpośredniość sprawiła, że gdyby nie fakt, że od dobrych kilkunastu minut była nieco zaróżowiona na policzkach, co było wynikiem nadmiaru wrażeń i spożytego alkoholu, mogłaby się po prostu zarumienić. Jej usta drgnęły, rozchylając się na chwilę, aby zaraz jednak zostać zaciśniętymi w kreskę, jakby zwyczajnie nie umiała znaleźć dobrej lub wystarczającej kąśliwej odpowiedzi. Przeciętna kobieta rzuciłaby pewnie coś w rodzaju "To wszystko, co chciałam usłyszeć.", a charakterna kobieta powiedziałaby pewnie "Ilu kobietom to powiedziałeś wcześniej?". Żadne z tych dwóch nie było jednak tym, co mogłaby powiedzieć ona? Z zamyślenia wyrwał ją drobny gest, chłodny palec unoszący jej podbródek i sprawiający, że dostrzegła ciemne oczy Louvaina niebezpiecznie blisko siebie. Nie uciekała jednak, nie zawstydził jej, niczym niedoświadczonej podlotki. Była jednak pewna, że akt ten ułatwiał mu w przeciągu ostatnich lat kontakty z kobietami wielokrotnie, ponieważ w onyksowych oczach łatwo było szukać śladu obietnicy. Oczywiście wszystkie były kłamstwem, bo kuszone pięknem unikalnego koloru, nie umiały zajrzeć głębiej. Gdyby to się im udało, zauważyłby również czający się tam cień i zależnie od chęci właściciela, ślad emocji w jaśniejszym punkcie tęczówki. Nawet gdyby chciała, nie mogła zrzucić tego na chwilowe zamroczenie i kłamstwo, bo to, co sugerowało jego spojrzenie, było prawdziwe i pozbawione wątpliwości.
Dlaczego?
Zbyt często szukała odpowiedzi na to pytanie, zbyt często komplikowała sobie nią życie.
Muśnięcie palcami ucha sprawiło, że dreszcz znów przebiegł jej od stóp do głów, zatrzymując się na karku z delikatnym mrowieniem. Było w tej sytuacji coś, co pociągało za zakurzone struny. Coś znacznie bardziej skłaniającego do intymności i zdradzania sekretów niż pocałunek.
- Nie mogę, bo wiem, co możesz zrobić i co zrobisz. Wiem, jak głęboko sięgają Twoje.. Wpływy. - zaczęła w końcu cicho, nie mogąc jednak oderwać spojrzenia od jego oczu, pozwalając mu ze spokojem napić się wcześniej alkoholu, co dało jej więcej czasu. Uniosła dłoń, a ciepłe palce dotknęły chłodnego policzka, delikatnie i samymi opuszkami. Przekręciła głowę odrobinę na prawo, pozwalając sobie na ciche westchnienie. - Możesz o tym nie wiedzieć Louvain, ale w Twoim spojrzeniu kryło się więcej obietnic i więcej słów, niż chciałeś mi powiedzieć.
Jego skóra była chłodna, co przypomniało jej, aby zerknąć na kociołek, a także na zegar. Zsunęła się z siedziska, a buty z cichym stuknięciem uderzyły podłogę. Stali na tyle blisko, że ich ciała stykały się ze sobą, ale Cynthia nie wykonała żadnego ruchu, poza powolnym cofnięciem dłoni. Kilka sekund później zawartość kociołka zabulgotała mocniej, wymagając uwagi, co sprawiło, że minęła go i ruszyła w jego stronę, mieszając chochlą zawartość, a następnie łapiąc za porzucony wcześniej nóż i prędko posiekała przygotowany wcześniej składnik, dając go do mikstury. - Jeszcze minuta lub dwie, a byłoby zbyt późno.
Nie prosiła o to wszystko. Nie chciała zaburzać swojego rytmu, swoich planów i to jeszcze czymś takim, jak emocje. Czymś, czego nie mogła w tym okresie zupełnie kontrolować. Serce przyćmiewało rozsądek, nie umiała powiązać tego z zaklęciem lub z klątwą, zaskakując samą siebie myślami, które przewijały się jej w głowie, obrazami malującymi się przed oczami, a przede wszystkim tym, co robiła — często tak nierozsądnym, niebezpiecznym. Wiele lat temu obiecała sobie przecież, że więcej sobie nie pozwoli na spontaniczność, na jakiekolwiek ciepłe lub też romantyczne — uczucia względem drugiego człowieka. Zamknęła się na to, stawiając wysokie mury i stosując brzydkie sztuczki, które pokazały jej wiedźmy z Nowego Orleanu. Zapomniała już, jak to było. Miała się nie mieszać w sprawy związane z wojną i Śmierciożercami, a w ostatnich miesiąc nie robiła nic innego, tylko przymykała oko. Przekonywała się, że pomoc komuś ważnemu dla niej samej nie zrobi różnicy. Nie chciała przecież mieć krwi na rękach. A jednak zawsze go ratowała, zawsze mu pomagała — nawet przed tym wiankiem, ignorując krzyczący głosik o tym, że ściągnie na siebie uwagę ludzi, których uwagi zwyczajnie nie chciała. Zwilżyła wargi, starając się uspokoić krążące po głowie myśli, tańczące w chaosie i przekrzykujące się jedna przez drugą, jakby próbowały stworzyć listę plusów oraz minusów zaistniałej sytuacji. Co chciała, co powinna, co było właściwie? Poukładane pudełeczka wypadały jedno za drugim, zrzucając z hukiem pokrywkę i uwalniając jednocześnie wszystko to, o czym Cynthia myśleć po prostu nie chciała. Wyprostowała się, tłumiąc dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa, jak ten, który pojawiał się przy niebezpieczeństwie, maskując tym samym drobne i krótkie drżenie ciała, wywołane nadmiarem emocji. Gdyby jasne tęczówki mogły władać żywiołem, którego kolor odzwierciedlały, Louvain z pewnością oberwałby lodowym soplem, gdy obdarzyła go krótkim i zirytowanym spojrzeniem.
- Nic o mnie nie wiesz. - stwierdziła z prychnięciem, wzruszając ramionami, na których wciąż zaciskały się jej dłonie, z którymi po prostu nie wiedziała, co zrobić. Nie była to do końca prawda, bo na przestrzeni lat trochę ją poznał, ale wciąż dość daleko było do kwintesencji tego, jakim człowiekiem właściwie była, znacznie różniła się ona bowiem od tego, co reprezentowała sobą każdego dnia. - I tym bardziej nie możesz wiedzieć, czego chce.
Nie mógł, bo ona sama obecnie nie wiedziała, ale prędzej by piekło zamarzło, niż Cynthia powiedziałaby to na głos. Znów drgnęła niespokojnie, starając się ze wszystkich sił zebrać w sobie i zacząć składać do kupy mur, który tak brutalnie próbował zburzyć.
- Zachowujesz się jak dziecko Louvain. Egoistyczne i chciwe. - dodała jeszcze, jakby stwierdzenie faktów o zachowaniach panicza Lestrange miały cokolwiek zmienić i jej ułtawić. Znała go przecież, akceptowała te wszystkie wady — chyba - bo wciąż rozmawiali, wciąż mu pomagała i wciąż nie wyrzuciła go z domu lub też nie potraktowała paskudnym zaklęciem z odmętów szkoły nekromancji. - Nie jesteśmy już w Hogwarcie, to wszystko jest bardziej skomplikowane.
Przynajmniej w jej własnej głowie, gdzie tworzyło się tysiące analiz i potencjalnych wad oraz zalet obecnego położenia. Kalkulacji, możliwości. Co, jeśli to nadal był efekt pradawnej magii, która wygaśnie z czasem? Nie mogło jej to wyjść z głowy, a czarnowłosy swoim zachowaniem wcale jej nie pomagał, istotnie, przypominając typowego łobuza ze Slytherinu, który o zgrozo — ciągnie za warkocz kujona z Ravenclawu. Wciąż jednak wracała do niego spojrzeniem, nie umiejąc zdecydować. Co było prawdą, a co durnym mistycyzmem? I ten cholerny, irytujący uśmieszek, który miał sugerować, że Lestrange był panem losu i świata.
Uniosła brwi na sopelka, kręcąc z niedowierzaniem głową. Mimowolnie rozejrzała się na boki, ale nie miała pod ręką niczego sensownego, co mogłoby ewentualnie polecieć w jego kierunku, gdyby kolejne słowa okazały się jeszcze bardziej bezczelne, drwiące i irytujące od poprzednich. Słysząc jednak ruchy z jego strony, skupiła na nim wzrok, śledząc uważnie każdy, najmniejszy nawet gest. Wyprostowała się, zadzierając podbródek, jakby oczekując w gotowości na to, co zamierzał zrobić. Gorzej, niż rzucenie zaklęcia w plecy być już nie mogło. Zawsze była damą, to prawda. Pilnowała się z tym. Teraz jednak brakowało jej słów i siły, aby rozegrać to z należytą klasą, bo zwyczajnie jej to uniemożliwiał. To znów świadczyło o tym, że w jakiś pokrętny, obecnie niezrozumiały dla niej sposób, był dla niej ważny — nie wściekałaby się tak na jego durne zachowania, gdyby był jej całkiem obojętny. Z drugiej strony, wściekałaby się też na Atreusa lub Tori, na Brennę czy też Stanleya. Pragnienie wcale nie zostało ugaszone, ale chociaż krzyki nieco przycichły. Westchnęła więc, czując przyjemne palenie w gardle i podniosła wzrok bezpośrednio w ciemne, onyksowe oczy mężczyzny z miną równie wyzywającą, co jego własna. Milczała, śledząc ruchy jego dłoni, milczała też, gdy z jego ust padła taka... sugestia, prośba, prowokacja? Sama nie wiedziała, co określało owe słowa lepiej. Prychnęła, wciąż wyprostowana i dumna, a dłonie z ramion zsunęły się nieco niżej, pozwalając palcom się rozluźnić.
- Nic Ci nie muszę udowadniać. - stwierdziła butnie, uśmiechając się przy tym lekko i z odrobiną zadziornej złośliwości, nie zamierzając już w żaden sposób dać mu satysfakcji lub poczucia wygranej. To nie było tak, że nie umiała przyznać się do czegoś, przyznać do błędu lub też z obawy przed zranieniem jego uczuć — mętlik, chaos — jak zwał, tak zwał, robiły swoje. A ona od wielu lat nie była spontaniczna. Wszystko musiała przemyśleć, rozłożyć na czynniki pierwsze. Odkąd trafił w nią tym pieprzonym zaklęciem, zbyt wiele głosów i zbyt wiele bodźców zlewało się ze sobą, przysłaniając jej rozum i jasność.
Już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, skontrować, ale on kontynuował i to znów z tą swoją niedorzecznością i pewnością, jakby wszystko było lekkie i proste. Jakby wystarczyło tylko chcieć i świat dookoła nie istniał lub też istniał, ale musiał to zaakceptować. Ta bezpośredniość sprawiła, że gdyby nie fakt, że od dobrych kilkunastu minut była nieco zaróżowiona na policzkach, co było wynikiem nadmiaru wrażeń i spożytego alkoholu, mogłaby się po prostu zarumienić. Jej usta drgnęły, rozchylając się na chwilę, aby zaraz jednak zostać zaciśniętymi w kreskę, jakby zwyczajnie nie umiała znaleźć dobrej lub wystarczającej kąśliwej odpowiedzi. Przeciętna kobieta rzuciłaby pewnie coś w rodzaju "To wszystko, co chciałam usłyszeć.", a charakterna kobieta powiedziałaby pewnie "Ilu kobietom to powiedziałeś wcześniej?". Żadne z tych dwóch nie było jednak tym, co mogłaby powiedzieć ona? Z zamyślenia wyrwał ją drobny gest, chłodny palec unoszący jej podbródek i sprawiający, że dostrzegła ciemne oczy Louvaina niebezpiecznie blisko siebie. Nie uciekała jednak, nie zawstydził jej, niczym niedoświadczonej podlotki. Była jednak pewna, że akt ten ułatwiał mu w przeciągu ostatnich lat kontakty z kobietami wielokrotnie, ponieważ w onyksowych oczach łatwo było szukać śladu obietnicy. Oczywiście wszystkie były kłamstwem, bo kuszone pięknem unikalnego koloru, nie umiały zajrzeć głębiej. Gdyby to się im udało, zauważyłby również czający się tam cień i zależnie od chęci właściciela, ślad emocji w jaśniejszym punkcie tęczówki. Nawet gdyby chciała, nie mogła zrzucić tego na chwilowe zamroczenie i kłamstwo, bo to, co sugerowało jego spojrzenie, było prawdziwe i pozbawione wątpliwości.
Dlaczego?
Zbyt często szukała odpowiedzi na to pytanie, zbyt często komplikowała sobie nią życie.
Muśnięcie palcami ucha sprawiło, że dreszcz znów przebiegł jej od stóp do głów, zatrzymując się na karku z delikatnym mrowieniem. Było w tej sytuacji coś, co pociągało za zakurzone struny. Coś znacznie bardziej skłaniającego do intymności i zdradzania sekretów niż pocałunek.
- Nie mogę, bo wiem, co możesz zrobić i co zrobisz. Wiem, jak głęboko sięgają Twoje.. Wpływy. - zaczęła w końcu cicho, nie mogąc jednak oderwać spojrzenia od jego oczu, pozwalając mu ze spokojem napić się wcześniej alkoholu, co dało jej więcej czasu. Uniosła dłoń, a ciepłe palce dotknęły chłodnego policzka, delikatnie i samymi opuszkami. Przekręciła głowę odrobinę na prawo, pozwalając sobie na ciche westchnienie. - Możesz o tym nie wiedzieć Louvain, ale w Twoim spojrzeniu kryło się więcej obietnic i więcej słów, niż chciałeś mi powiedzieć.
Jego skóra była chłodna, co przypomniało jej, aby zerknąć na kociołek, a także na zegar. Zsunęła się z siedziska, a buty z cichym stuknięciem uderzyły podłogę. Stali na tyle blisko, że ich ciała stykały się ze sobą, ale Cynthia nie wykonała żadnego ruchu, poza powolnym cofnięciem dłoni. Kilka sekund później zawartość kociołka zabulgotała mocniej, wymagając uwagi, co sprawiło, że minęła go i ruszyła w jego stronę, mieszając chochlą zawartość, a następnie łapiąc za porzucony wcześniej nóż i prędko posiekała przygotowany wcześniej składnik, dając go do mikstury. - Jeszcze minuta lub dwie, a byłoby zbyt późno.
Koniec sesji