On to hipogryfa najbardziej lubił oglądać na ilustracji z podręcznika. Właściwie to wszystkie te skrzydlate bestie najlepiej pochowałby po rezerwatach, z dala od ludzkości. Tak bardzo jak uwielbiał dryfować po przestworzach, to nienawidził tych latających paskudztw. Nad miotłą można było zapanować, w końcu to tylko przedmiot, a jeśli ktoś to nie wychodziło to po prostu był cienias z translokacji i mógł obwiniać wyłącznie siebie. A taka nieboska kreatura? Kierowała się wyłącznie instynktem. I spokojnie, bo już nie raz słyszał, że to tylko kwestia właściwego podejścia do zwierzęcia i to trzeba na spokojnie z umiarem, bla bla bla. Miotła go nie wpierdoli razem z ubraniem od kaprysu, z miotły można było co najwyżej spaść na głupi ryj i to tyle.
Ale porównanie i nawet mógłby się na takie uśmiechnąć, bo jako sam symbol zwierzak ten był całkiem do przyjęcia. Nie jeden wysoki ród posiadał takie w swoim herbie, więc stworzenie jak najbardziej królewskie. Szkoda tylko, że teraz ten czarny hipogryf z połamanymi skrzydłami, spanikowany, uciekł do jakiejś alko-nory. Przed problemami, przed światem.
Zaśmiał się bezdźwięcznie kiedy wsłuchiwał się w to, co starał się mu przekazać Sam. Mało zgrabne wydawały się te jego zlepki słów. Nic dziwnego, że nie odezwał się pierwszy skoro gadka mu się niezbyt kleiła pod językiem. Z drugiej strony, rozmawianie o takich sprawach, szczególnie z kimś obcym, nigdy nie było proste. Dlatego nie zamierzał z niego drwić, chociaż dopierdalanie się do kogoś zwykle polepszało mu nastrój. Podzielenie się ze światem marskością własnej osobowości zawsze poprawiało humor. Jak ten upiór który nie potrafił odnaleźć spokoju, więc zadręczał innych, bo cudze cierpienie dawało chwilowe wytchnienie od własnego cierpienia.
Jednak nie tym razem. Bo to co wydukał Sam zabrzmiało bardzo szczerze. I nawet jeśli nie wiedział jak się ten dziwak nazywa, ani kim była ta laska o której opowiadał, to historyjka w jakiś sposób poprawiła mu humor. Czyli nawet tutaj na wygwizdowie, w centralnej dupie, działy się sercowe dramaty. - Liczy się bratku, liczy... - westchnął lekko, jakby w ten niedopowiedziany sposób zasugerował, że i on rozumie jego ból. Czy właśnie na tej zasadzie działały te wszystkie grupy wsparcia? Bo może i Louvain niekoniecznie miał analogiczną sytuację w relacji co Sam, ale widząc jego zmartwienie na twarzy patrzył na niego jak na lusterko. Odbicie własnych problemów w drugim człowieku. Na moment ogrzał się w tym budującym odczuciu, ale tylko na moment. Bo te kojące wibracje zbyt bardzo kojarzyły mu się z czymś na czym już jakiś czas temu położył krzyżyk i nie zamierzał się tutaj rozpływać jak jakaś czekoladka.
- Z babą źle... - zaczął ponownie wzdychając i ponownie sięgając po kieliszek, wcześniej napełniając oba z lady, swój i Sama - a bez baby jeszcze gorzej. Podniósł kieliszek w kolejnym geście toastu, uśmiechnął się trochę jakby szyderczo nad własnym prawidłem i wlał w siebie porcję wódy z lekkością jakby spluwał do wiadra. Dawno już nie pił czegoś tak zwyczajnego. Zwykle w jego szkle gościła jakaś aromatyzowana drożyzna, bo nawet takie błahostki jak upijanie się musiało mieć w sobie element ekstrawagancji jeśli robił to Louvain. Nie przeszkadzało mu to jednak w tym momencie. Traktował to jako kolejny element jego spontanicznej agroturystyki, zaraz obok pogawędki z autochtonem.
Po kolejnym kieliszku nawet zaczął się uśmiechać. Nie do złośliwego akcentu jak miał w manierze, ale po prostu. Niby taki depresant ten alkohol, a nawet Krzywy Kufel zaczynał być spoko miejscówką. - Nie przejmuj się! Tego kwia-a - tutaj pijacka czkawka urwała mu zdanie na moment - kwiatu jest pół światu. Kolejna prastara samcza mądrość przypomniała mu się na ustach, więc podzielił się nią ze swoim już teraz to nawet kumplem. Bredził jakieś dyrdymały bo wciąż nie miał ochoty otwierać się, nawet przed samym sobą. Wypadałoby w geście wzajemności żeby to on opowiedział coś o swoim problemie, ale był na to zbyt zacofany. Może kiedyś opowie to jakiejś kurwie z Nokturnu, pijany i tuż przed zaśnięciem, żeby nie musieć tego pamiętać, ale na pewno nie teraz. Teraz patrzył na swoje rozmazane odbicie na dnie kieliszka, a rozmazane było z każdą następną kolejką. Aż w końcu usnął przy barze, albo przy którymś stoliku. A może nawet zamknął się w klozecie, bo tam było najciszej i najspokojniej? Któż by to pamiętał, bo na pewno nie on.