24.11.2024, 12:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2025, 21:56 przez Anthony Shafiq.)
Anthony lubił operować faktami, niekoniecznie domysłami. Oczywiście Charlotte mogła mieć rację, to mogło być morderstwo, to mógł być finał, ostrzeżenie, które miało wystraszyć wszystkie szlamy z zamku. Ale mogła też nie mieć racji. Umysł wysycony słowami produkował mrowie możliwości, umysł wysycony tymi pulpowymi książkami, którymi karmił go Selwyn szczególnie w okresie wakacyjnym, jakby w założeniu, że Shafiqowi się może nudzić, kiedy miał dostęp do księgozbioru Parkinsonów.
Mimo wszystko słowa Crouchówny otrzeźwiły go nieco z efektu, jaki wywarła na nim ta mała przemowa młodszego przyjaciela.
– Tak, nie powinniśmy tam iść. To nierozważne w kontekście ewentualnej ścieżki prefeckiej w późniejszych latach. Skoro Martha jest duchem, to równie dobrze możemy do niej pójść gdy nie będzie się tam kręcić tyle ludzi. – Zawyrokował on, stary malutki, bez szans na to, by prawdziwie być dzieckiem lepiącym się do tajemnic i przygody. Jeźdźcy dopiero powstaną, dopiero pozwolą mu odkryć ten aspekt osobowości, wypychając go ze skorupy oczekiwań despotycznego ojca.
– Będziemy uważać. – pożegnał się z odchodzącą kuzynką.
A potem został sam z nim i podziało się nagle bardzo, bardzo dużo rzeczy.
Przede wszystkim rzadko kiedy byli tylko we dwójkę. Po drugie, rzadko kiedy Jonathan obdarzał go tak bezpośrednią, scentralizowaną uwagą. Po trzecie... och po trzecie nagle ramiona chłopaka otoczyły go w troskliwym objęciu a umysł postanowił na moment absolutnie przestać działać.
To było przerażające na wielu płaszczyznach. Ciało Anthony'ego zesztywniało, jakby sam padł ofiarą petryfikacji. W żaden sposób nie odpowiedział na uścisk, nie odwzajemnił go, trzymając ręce absolutnie przyciśnięte mocno do ciała. To było tak niestosowne i niepotrzebne i... niesamowite. Niewłaściwe. I chociaż bardzo chciał iść z Jonathanem, bardzo chciał nawet nie po to by porozmawiać z duchem swojej byłej koleżanki, ale po prostu być obok, patrzeć jak Selwyn udaje mądrzejszego niż jest, bardzo chciał... To jednak jego towarzysz mógł dla kaprysu spojrzeć na to, czy duch ma nici (choć wiadomo, że nie ma), a wtedy przypadkiem mógłby zobaczyć to wszystko co dzieje się z Anthonym. I to było przerażające bardziej niż szansa złapania przez pilnujących tej przeklętej damskiej łazienki. Będzie musiał napisać do ojca w sprawie nauczyciela oklumencji. Był czerwiec... idealnie całe wakacje na naukę czegoś przydatnego.
– Przekaże mu – wymamrotał w gryfońską szatę, próbując nie oddychać, próbując nie pamiętać tej chwili, modląc siędo wszystkich bóstw żywych i umarłych, żeby poziom oświetlenia tego przekletego Hogwartu był tak mizerny jak zawsze, żeby w cieniu mógł ukryć rozlewający się po twarzy rumień. – Pójdę już – dodał, desperacko wysmykując się z objęcia i nie patrząc nawet na Jonathana idąc w przeciwną do Charlotte strony - do wieży, gdzie jego przyjaciel leży i cierpi z powodu martwej Marthy Warren. Tak, powinien zdecydowanie skupić się na tym aspekcie, na zmartwieniach Morpheusa, a nie własnym walącym jak szalone sercu.
Mimo wszystko słowa Crouchówny otrzeźwiły go nieco z efektu, jaki wywarła na nim ta mała przemowa młodszego przyjaciela.
– Tak, nie powinniśmy tam iść. To nierozważne w kontekście ewentualnej ścieżki prefeckiej w późniejszych latach. Skoro Martha jest duchem, to równie dobrze możemy do niej pójść gdy nie będzie się tam kręcić tyle ludzi. – Zawyrokował on, stary malutki, bez szans na to, by prawdziwie być dzieckiem lepiącym się do tajemnic i przygody. Jeźdźcy dopiero powstaną, dopiero pozwolą mu odkryć ten aspekt osobowości, wypychając go ze skorupy oczekiwań despotycznego ojca.
– Będziemy uważać. – pożegnał się z odchodzącą kuzynką.
A potem został sam z nim i podziało się nagle bardzo, bardzo dużo rzeczy.
Przede wszystkim rzadko kiedy byli tylko we dwójkę. Po drugie, rzadko kiedy Jonathan obdarzał go tak bezpośrednią, scentralizowaną uwagą. Po trzecie... och po trzecie nagle ramiona chłopaka otoczyły go w troskliwym objęciu a umysł postanowił na moment absolutnie przestać działać.
To było przerażające na wielu płaszczyznach. Ciało Anthony'ego zesztywniało, jakby sam padł ofiarą petryfikacji. W żaden sposób nie odpowiedział na uścisk, nie odwzajemnił go, trzymając ręce absolutnie przyciśnięte mocno do ciała. To było tak niestosowne i niepotrzebne i... niesamowite. Niewłaściwe. I chociaż bardzo chciał iść z Jonathanem, bardzo chciał nawet nie po to by porozmawiać z duchem swojej byłej koleżanki, ale po prostu być obok, patrzeć jak Selwyn udaje mądrzejszego niż jest, bardzo chciał... To jednak jego towarzysz mógł dla kaprysu spojrzeć na to, czy duch ma nici (choć wiadomo, że nie ma), a wtedy przypadkiem mógłby zobaczyć to wszystko co dzieje się z Anthonym. I to było przerażające bardziej niż szansa złapania przez pilnujących tej przeklętej damskiej łazienki. Będzie musiał napisać do ojca w sprawie nauczyciela oklumencji. Był czerwiec... idealnie całe wakacje na naukę czegoś przydatnego.
– Przekaże mu – wymamrotał w gryfońską szatę, próbując nie oddychać, próbując nie pamiętać tej chwili, modląc siędo wszystkich bóstw żywych i umarłych, żeby poziom oświetlenia tego przekletego Hogwartu był tak mizerny jak zawsze, żeby w cieniu mógł ukryć rozlewający się po twarzy rumień. – Pójdę już – dodał, desperacko wysmykując się z objęcia i nie patrząc nawet na Jonathana idąc w przeciwną do Charlotte strony - do wieży, gdzie jego przyjaciel leży i cierpi z powodu martwej Marthy Warren. Tak, powinien zdecydowanie skupić się na tym aspekcie, na zmartwieniach Morpheusa, a nie własnym walącym jak szalone sercu.
Koniec sesji