24.11.2024, 14:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2024, 14:40 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
W rzeczy samej, zamierzał tak stać. Planował nie ruszyć się z miejsca i zachować odpowiedni fizyczny dystans. Nie po to, żeby nie zrobić nic czego nie chciałby zrobić.
Po pierwsze w tym stanie nerwów z pewnością miał powiedzieć coś, czego później będzie żałować, ale to przecież był ich niepisany standard - prawda? Jego najbardziej stały element charakteru. Niezmienny od lat, mimo tego całego złagodnienia przy Yaxleyównie, nabrania odrobiny więcej pokory wobec życia z kimś we wspólnym domu. W dalszym ciągu potrafił szczekać, dziamdzianiem przykrywając wyrzuty sumienia i wstyd za to, że musiała go ratować wbrew niemu.
Zamiast podziękować, zamierzał wyciągnąć przeciwko niej całą artylerię wyrzutów i wysrywów o tym, że mieli jasno ustalone reguły. Cały czas jej to podkreślał. Raz za razem mówił, że jakiekolwiek próby zaangażowania się z jej strony w jego interesy są całkowicie wykluczone, poza dyskusją. Nie było tu pola do rozmów. To znaczy: najwidoczniej jednak jakieś było, skoro mierzyli się wzrokiem w drzwiach tuż po tym jak włączyła się w jego starcie z tamtymi czarodziejami.
Cztery lata skutecznie je ograniczał. Zrobił z niego poletko wielkości główki szpilki, nasionka maku, a ona jakimś cudem w dalszym ciągu zdołała je odnaleźć. Wsadzić tam palec, potem nogę, potem różdżkę. Całą siebie.
Wbrew prośbom, więc może teraz powinien używać gróźb? Za cholerę nie wiedział jak ma do tego podchodzić.
Najważniejsze, że tak. Zamierzał nie ruszać się z miejsca, nawet jeśli zauważył dwie szklanki i butelkę ognistej. Naprawdę mieli co opijać.
Nie ruszył się nie przez to, że nad sobą nie panował. Jego pierś gwałtownie się unosiła i opadała w dół, zaciskał szczękę, dyszał jak tur, mimowolnie napinając mięśnie, nawet jeśli bolały go rozwierające się rany i rozcięcia.
Prędzej sam sobie zrobiłby krzywdę własną różdżką, lampą, której blade światło go irytowało albo czymkolwiek innym niż podniósłby rękę na Geraldine.
Nie był człowiekiem tego typu. Może na czarnym rynku się nie miarkował, był porywczy, często wdawał się w starcia fizyczne, w których naprawdę niewiele go obchodziło czy staje przeciwko skurwysynowi płci męskiej, żeńskiej, równie dobrze też nijakiej, ale w domu nie zachowywał się w ten sposób. Nie przynosił do niego tej części swojego życia, innej starannie kreowanej osobowości, persony z półświatka.
Przynajmniej starał się to robić. Do dzisiaj mu to wychodziło. Raz lepiej, raz gorzej, ale miał wrażenie, że ma nad tym kontrolę. Czasami w dalszym ciągu musiał odbijać argumenty swojej dziewczyny o tym, czemu powinien być z nią jeszcze bardziej otwarty w tym, co robi. Nie chciał jej angażować. Nie zamierzał jej angażować.
To była jego decyzja.
Zrobiła z niej swoją. Czego oczekiwała?
Jasne, że ją oceniał. Patrzył na nią oceniająco, wściekle, usiłował się powstrzymywać, po prysznicu było niewiele lepiej, ale jakimś cudem się jeszcze miarkował.
Odprowadził ją spojrzeniem, kiedy zniknęła po to, żeby wyjąć maści. Powinien być dumny z tego, że udało im się wyrobić schemat postępowania. Nie musiał prosić o wsparcie, po prostu je dostawał. Czasami od razu po powrocie do domu, bo już wiedziała, mimo że jej nie informował. Już czekała gotowa go opatrzyć, wziąć w ramiona, dać mu ciepło, spokój i ukojenie.
On rewanżował się tym samym. Instynktownie dawali sobie to, co konieczne. Czemu to nie mogło funkcjonować w ten sposób w dalszym ciągu?
Wróciła z medykamentami, minęła go o kilka metrów. Dopiero wtedy dostrzegł, że też została ranna. To było jak obuch w głowę. Jak tępy cios, który sprawił, że Greengrass boleśnie się skrzywił, potrzebując paru sekund, żeby podjąć decyzję o otwarciu ust. Usiłował się powstrzymywać.
- Mogłem cię zabić, rozumiesz, Geraldine? - Odezwał się z początku cicho, nadal stojąc w tym samym miejscu.
Ten ślad na jej spodniach, rozcięcie spodni w okolicach uda. To ono go całkowicie aktywowało. Kilka sekund później stracił pozorne opanowanie, opierając się obiema dłońmi o futrynę i zaciskając je mocno na drewnie.
- Czy to do ciebie w ogóle dociera? Mogłem. Cię. Zabić. Nie oni. Nie ktoś. Ja. Nie zrobić ci krzywdę, za którą bym potem pokutował do usranej śmierci, do kurwy nędzy, tylko cię zabić. Czy ty to w ogóle brałaś pod uwagę? Czy do ciebie coś dociera? Cokolwiek? Czy tobie się wydaje, że przestaliśmy mieć jasność, bo dając ci informacje, daję ci prawo do robienia z nimi co ci się żywnie podoba? Mogłem cię zabić. I wiesz, co jest w tym najbardziej posrane? To, że to byłaby tylko moja wina. Najwidoczniej nie powinienem zakładać, że jesteś w stanie myśleć o konsekwencjach swoich odpałów. Powinienem wytrzymywać te twoje wyrzuty i nie dawać ci żadnych informacji, do cholery, tak powinno być? Po to, żeby później nie mieć cię martwej? Czy ty to sobie w ogóle wyobrażasz? Pojawiasz się znikąd w samym środku walki. W pierdolonym, kurwa, czarnym magazynie, gdzie nic nie widać. Wyrastasz jak spod ziemi. Osaczasz mnie. Włączasz się w coś bez uprzedzenia. Nawet nie próbuj, nie próbuj - wycelował w nią palcem, mocno zaciskając szczękę, ziejąc nie wściekłością a furią, która mu się nie zdarzała; nie tu, nie w domu, nawet w najbardziej nerwowych momentach - wciskać mi, że jest inaczej. Na pewno miałaś swoje powody, tak? Mam cię nie traktować jak dziecka ani bezwolnej paniusi? Jesteś w stanie sobie poradzić równie dobrze jak ja? Jesteś moją partnerką? To też twoja sprawa, bo jesteśmy w tym razem? Bo ja wpierdalam się w twoje sprawy, więc ty oczekujesz, że nie będę cię odciągać od moich? No to się, kurwa, wmieszałaś. Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolona - nie darł się, darcie mordy nie było w jego stylu.
Ambroise zipiał, syczał, warczał niskim tonem jak wkurwiony, kłapiący zębiskami dziki pies. Jeszcze nie wywołała u niego uniesienia głosu, jeszcze nie naskoczył na nią z pyskiem, ale w jego głosie dało się już wyczuć pierwsze drżenie. Nie potrzebował wiele więcej, żeby zacząć uderzać w wysokie, wrzaskliwe tony. Zawsze uważał, że krzyk jest oznaką desperacji. Teraz jego najdroższej się udało. Dzień był jeszcze młody a ona już doprowadziła go do skraju zestresowania.
Po pierwsze w tym stanie nerwów z pewnością miał powiedzieć coś, czego później będzie żałować, ale to przecież był ich niepisany standard - prawda? Jego najbardziej stały element charakteru. Niezmienny od lat, mimo tego całego złagodnienia przy Yaxleyównie, nabrania odrobiny więcej pokory wobec życia z kimś we wspólnym domu. W dalszym ciągu potrafił szczekać, dziamdzianiem przykrywając wyrzuty sumienia i wstyd za to, że musiała go ratować wbrew niemu.
Zamiast podziękować, zamierzał wyciągnąć przeciwko niej całą artylerię wyrzutów i wysrywów o tym, że mieli jasno ustalone reguły. Cały czas jej to podkreślał. Raz za razem mówił, że jakiekolwiek próby zaangażowania się z jej strony w jego interesy są całkowicie wykluczone, poza dyskusją. Nie było tu pola do rozmów. To znaczy: najwidoczniej jednak jakieś było, skoro mierzyli się wzrokiem w drzwiach tuż po tym jak włączyła się w jego starcie z tamtymi czarodziejami.
Cztery lata skutecznie je ograniczał. Zrobił z niego poletko wielkości główki szpilki, nasionka maku, a ona jakimś cudem w dalszym ciągu zdołała je odnaleźć. Wsadzić tam palec, potem nogę, potem różdżkę. Całą siebie.
Wbrew prośbom, więc może teraz powinien używać gróźb? Za cholerę nie wiedział jak ma do tego podchodzić.
Najważniejsze, że tak. Zamierzał nie ruszać się z miejsca, nawet jeśli zauważył dwie szklanki i butelkę ognistej. Naprawdę mieli co opijać.
Nie ruszył się nie przez to, że nad sobą nie panował. Jego pierś gwałtownie się unosiła i opadała w dół, zaciskał szczękę, dyszał jak tur, mimowolnie napinając mięśnie, nawet jeśli bolały go rozwierające się rany i rozcięcia.
Prędzej sam sobie zrobiłby krzywdę własną różdżką, lampą, której blade światło go irytowało albo czymkolwiek innym niż podniósłby rękę na Geraldine.
Nie był człowiekiem tego typu. Może na czarnym rynku się nie miarkował, był porywczy, często wdawał się w starcia fizyczne, w których naprawdę niewiele go obchodziło czy staje przeciwko skurwysynowi płci męskiej, żeńskiej, równie dobrze też nijakiej, ale w domu nie zachowywał się w ten sposób. Nie przynosił do niego tej części swojego życia, innej starannie kreowanej osobowości, persony z półświatka.
Przynajmniej starał się to robić. Do dzisiaj mu to wychodziło. Raz lepiej, raz gorzej, ale miał wrażenie, że ma nad tym kontrolę. Czasami w dalszym ciągu musiał odbijać argumenty swojej dziewczyny o tym, czemu powinien być z nią jeszcze bardziej otwarty w tym, co robi. Nie chciał jej angażować. Nie zamierzał jej angażować.
To była jego decyzja.
Zrobiła z niej swoją. Czego oczekiwała?
Jasne, że ją oceniał. Patrzył na nią oceniająco, wściekle, usiłował się powstrzymywać, po prysznicu było niewiele lepiej, ale jakimś cudem się jeszcze miarkował.
Odprowadził ją spojrzeniem, kiedy zniknęła po to, żeby wyjąć maści. Powinien być dumny z tego, że udało im się wyrobić schemat postępowania. Nie musiał prosić o wsparcie, po prostu je dostawał. Czasami od razu po powrocie do domu, bo już wiedziała, mimo że jej nie informował. Już czekała gotowa go opatrzyć, wziąć w ramiona, dać mu ciepło, spokój i ukojenie.
On rewanżował się tym samym. Instynktownie dawali sobie to, co konieczne. Czemu to nie mogło funkcjonować w ten sposób w dalszym ciągu?
Wróciła z medykamentami, minęła go o kilka metrów. Dopiero wtedy dostrzegł, że też została ranna. To było jak obuch w głowę. Jak tępy cios, który sprawił, że Greengrass boleśnie się skrzywił, potrzebując paru sekund, żeby podjąć decyzję o otwarciu ust. Usiłował się powstrzymywać.
- Mogłem cię zabić, rozumiesz, Geraldine? - Odezwał się z początku cicho, nadal stojąc w tym samym miejscu.
Ten ślad na jej spodniach, rozcięcie spodni w okolicach uda. To ono go całkowicie aktywowało. Kilka sekund później stracił pozorne opanowanie, opierając się obiema dłońmi o futrynę i zaciskając je mocno na drewnie.
- Czy to do ciebie w ogóle dociera? Mogłem. Cię. Zabić. Nie oni. Nie ktoś. Ja. Nie zrobić ci krzywdę, za którą bym potem pokutował do usranej śmierci, do kurwy nędzy, tylko cię zabić. Czy ty to w ogóle brałaś pod uwagę? Czy do ciebie coś dociera? Cokolwiek? Czy tobie się wydaje, że przestaliśmy mieć jasność, bo dając ci informacje, daję ci prawo do robienia z nimi co ci się żywnie podoba? Mogłem cię zabić. I wiesz, co jest w tym najbardziej posrane? To, że to byłaby tylko moja wina. Najwidoczniej nie powinienem zakładać, że jesteś w stanie myśleć o konsekwencjach swoich odpałów. Powinienem wytrzymywać te twoje wyrzuty i nie dawać ci żadnych informacji, do cholery, tak powinno być? Po to, żeby później nie mieć cię martwej? Czy ty to sobie w ogóle wyobrażasz? Pojawiasz się znikąd w samym środku walki. W pierdolonym, kurwa, czarnym magazynie, gdzie nic nie widać. Wyrastasz jak spod ziemi. Osaczasz mnie. Włączasz się w coś bez uprzedzenia. Nawet nie próbuj, nie próbuj - wycelował w nią palcem, mocno zaciskając szczękę, ziejąc nie wściekłością a furią, która mu się nie zdarzała; nie tu, nie w domu, nawet w najbardziej nerwowych momentach - wciskać mi, że jest inaczej. Na pewno miałaś swoje powody, tak? Mam cię nie traktować jak dziecka ani bezwolnej paniusi? Jesteś w stanie sobie poradzić równie dobrze jak ja? Jesteś moją partnerką? To też twoja sprawa, bo jesteśmy w tym razem? Bo ja wpierdalam się w twoje sprawy, więc ty oczekujesz, że nie będę cię odciągać od moich? No to się, kurwa, wmieszałaś. Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolona - nie darł się, darcie mordy nie było w jego stylu.
Ambroise zipiał, syczał, warczał niskim tonem jak wkurwiony, kłapiący zębiskami dziki pies. Jeszcze nie wywołała u niego uniesienia głosu, jeszcze nie naskoczył na nią z pyskiem, ale w jego głosie dało się już wyczuć pierwsze drżenie. Nie potrzebował wiele więcej, żeby zacząć uderzać w wysokie, wrzaskliwe tony. Zawsze uważał, że krzyk jest oznaką desperacji. Teraz jego najdroższej się udało. Dzień był jeszcze młody a ona już doprowadziła go do skraju zestresowania.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down