24.11.2024, 20:30 ✶
Ambroise mógł spodziewać się, że ich wieczór nie skończy się wyłącznie na wymianie gromów przy pomocy spojrzeń a potem na jego wyrzucie w kierunku Riny, która będzie przy tym siedzieć cichutko jak trusia, słuchać go, kiwać głową. Od czasu do czasu parskać i prychać, ciskać w niego wściekłe mrugnięcia, ale zaciskać wargi.
Znali się. Aż za dobrze wiedział, że zrobi to, co zwykła zrobić. Szczególnie, że na stół już trafiła butelka ognistej whisky. Po kilku głębszych ich wczesny poranek miał się zrobić paskudny z obu stron. Szczególnie, że jemu coraz trudniej było się miarkować.
- Co przepraszam? - Jego usta wygięły się w wyrazie szczerego niedowierzania, Ambroise zamrugał dwukrotnie, bo chyba właśnie się srogo przesłyszał. - Widziałaś, że nie poradzę sobie bez ciebie? - Buchnąłby śmiechem, gdyby tylko mu do niego było.
W tym momencie to zabrzmiało może trochę prześmiewczo, niedowierzająco, ale głównie jak naprawdę duży wyrzut mogący szybko zamienić się w obrazę majestatu, bo przeginała. Wpierdalała mu się w jego interesy, w jego walkę, w jego słowa, które dla niej obecnie miał i zamierzał je jej przekazać, nawet jeśli planowała to robić po każdym jednym zdaniu. To, czyli ponownie się wpierdalać.
- Mam trzydzieści lat, Geraldine, od jedenastu lat sobie radzę. Przypomnij mi, proszę, ile ty razy dobijałaś transakcji w trakcie czarnorynkowego przewrotu? Ile lat doświadczenia masz w byciu ochroniarzem ludzi, których obserwujesz ze swojego cienia? Jak duże masz doświadczenie w uznawaniu, że powinnaś wpierdolić się między wódkę a zakąskę? - To były mocne zarzuty, ale był ich pewny.
Nie mogła mu wciskać, że ratowała mu skórę, bo on by sobie nie poradził. To wprawiało go w furię. Godziło w niego, w to, że to on był mężczyzną w tym domu.
No, zajebisty prezent mu zrobiła z okazji przekroczenia tej rzekomo magicznej granicy. Nie mogła dać mu lepszego, nawet jeśli wcześniej poprzedniego wieczoru myślał, że to co od niej dostał było najlepszym, czego mógłby chcieć. To i ona, bo przecież mimo że teraz zionął na nią ogniem, to ona była jego największym szczęściem. Materialne podarunki nie były w stanie tego przykryć.
Tyle tylko, że w tej chwili, gdyby nazwał ją swoim skarbem to oznaczałoby tyle, że jeszcze bardziej dał dupy, bo skarbów nie zabierało się w sam środek pierdolnika. Skarby powinny być bezpieczne, co wydawało mu się, że skutecznie robił przez lata. Tymczasem właśnie jasno mu mówiła, że tak właściwie to była tylko kwestia czasu.
Nie miała żadnych oporów przed łamaniem ich ustaleń. No dobrze - tego, co jej narzucał, ale robił to zdecydowanie i bez pola do dyskusji od wielu lat. Posuwał się do tego, żeby raz na jakiś czas próbować wytłumaczyć Rinie swoje podejście do sprawy, które nie miało ulec zmianie niezależnie od tego, ile razy by się o to pokłócili. Myślał, że osiągnęli niechętne porozumienie.
Tymczasem chuja mieli a nie zgodność. Wystarczyło spuścić ją na chwilę z oka, dać jej o jedną informację za dużo, pozwolić na to, żeby mogła odwołać się do swojego przeczucia, które nieważne jakie było znaczące. Bowiem Ambroise w tym wszystkim nie kwestionował tego, że było istotne. Natomiast kurwa mać nie tak, aby robić z tego powód do rzucania się w wir jego spraw.
W dodatku, kiedy wszystkie inne argumenty zawiodły, bo Yaxleyówna zdecydowanie widziała, że chuja dawały, zaczęła uderzać w tony, o których Roise nawet nie chciał słyszeć. Ani co za tym idzie - nawet nie zamierzał brać ich pod uwagę, kiwać na nie głową, nic z tych rzeczy. Były idiotyczne, naprawdę debilne. A przecież jego ukochana nie była byle nierozważną panienką.
Tymczasem cały czas próbowała mu udowodnić, że tego wieczoru ewidentnie zostawiła mózg w sypialni i do tej pory tam po niego nie wróciła.
- Zabiłbym cię, gdybyś dała mi jakiekolwiek, nawet kurwa podświadome przesłanki ku temu, że muszę się bronić, żeby wyjść z potrzasku. To. Bym. Cię. Zabił - tym razem już naprawdę był na skraju tego, żeby zacząć na nią wrzeszczeć. - Nie wiem, za kogo mnie masz. Nie. Wiem za kogo mnie masz - poprawił się niemal od razu, zaciskając dłonie na futrynie i nie powstrzymując rozgoryczonego uśmiechu. - I świetnie. Świetnie, że tak sądzisz, bo w domu masz się czuć bezpiecznie. Masz nie wątpić w to, że nic się nie stanie, ale do kurwy nędzy, Geraldine, jedenaście lat na Nokturnie. Jeden raz widziałaś mnie, kiedy powinęła mi się noga. Jedenaście lat, więc mi kurwa uwierz, kiedy ci mówię, że gdybym musiał zabić kogoś, kto mnie osacza, zakrada mi się za plecami, to nawet bym się nie zawahał - powieka niebezpiecznie mu dygotała, szczerzył zęby i warczał, mimowolnie wywarkiwał na nią zdecydowane, niewzruszone słowa.
Powinna wiedzieć lepiej. Wychowała się w takim a nie innym środowisku. Jej ojciec był znanym łowcą. Twardym człowiekiem, któremu udało się przeżyć setki, jeśli nie tysiące albo dziesiątki tysięcy starć. Był starym człowiekiem w zawodzie, w którym czarodzieje zazwyczaj ginęli młodo. A Ambroise dogadywał się z nim nie bez przyczyny.
To, że tych dwóch ze sobą o tym nie rozmawiało nie zmieniało faktu, że Roise też zamierzał iść w ślady przyszłego teścia i przeżyć cholera wie ile lat więcej. Zaś to, że Rina w domu zrobiła sobie z niego misia, który gotował jej obiady, opatrywał rany, poił ją eliksirami i herbatkami, prowadził przydomowy ogródek, lubił pleść jej warkocze i zachowywać się, jakby oboje byli zakochanymi szczeniakami nie oznaczało, że tam na zewnątrz był sierotą zasłaniającą się spodniami swojej dziewczyny.
Było wiele przyczyn, dla których nie chciał, nie planował, nie zamierzał angażować jej w tę część swojego życia. Jego interesy nie miały być ich wspólne. Przede wszystkim chodziło o jej bezpieczeństwo, ale też o to, że nie chciał musieć się miarkować w tym, co robi tylko i wyłącznie dlatego, że jest przy nim kobieta, która nie powinna widzieć pewnych części jego charakteru.
Musiał tworzyć tę personę, podejmować szybkie i zdecydowane decyzje. Mienie przy boku kogoś, dla którego chciał być lepszym człowiekiem nie sprzyjało utrzymaniu twarzy. Jego sytuacja mogła szybko jeszcze bardziej wymknąć się spod kontroli. A ta próbowała z nim dyskutować.
- Zajebiście. Wyśmienicie się sprawdzasz. Od teraz zostajesz moją wspólniczką - cedził słowa w taki sposób, że nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do tego, jak bardzo są ironiczne i prześmiewcze, po prostu wkurwione. - Szczególnie, że teraz będziesz potrzebować wszelkiej możliwej ochrony, bo ci ludzie przeżyli, znają twoją twarz i wiedzą, że jesteś dla mnie ważna, bo mnie zaskoczyłaś i sam im to pokazałem - wyrzucił, ponownie kierując większość frustracji wobec siebie, ale nie zamierzał jej umniejszać - ona też odpierdoliła.
Natomiast, gdyby był mądry, rozsądny i gotowy ponieść wszystkie konsekwencje to dobiłby ich tam wtedy. Tak. Razem ze swoją wspólniczką a dokładniej to na jej oczach, bo po raz kolejny by jej nie pozwolił uwalić rąk w bezpośrednim morderstwie. Czy tam w dobiciu. Ładne słowo. Przecież Rosiera też dobili a nie zabili.
- Nie potrzebuję żadnego opatrywania ran - syknął na nią, bo zdecydowanie nie potrzebował, żeby próbowała go tym zagłaskać, ułagodzić. - Ty chyba naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego, że to, że tu wróciliśmy w żadnym kurwa razie nie oznacza, że cokolwiek wygraliśmy, coś się zakończyło, z czegoś wyszliśmy. Wpierdoliłaś się w bagno, teraz oboje w nim brodzimy - i nie wiem, co z tym zrobić, bo nie wiedział.
Naprawdę nie wiedział.
Znali się. Aż za dobrze wiedział, że zrobi to, co zwykła zrobić. Szczególnie, że na stół już trafiła butelka ognistej whisky. Po kilku głębszych ich wczesny poranek miał się zrobić paskudny z obu stron. Szczególnie, że jemu coraz trudniej było się miarkować.
- Co przepraszam? - Jego usta wygięły się w wyrazie szczerego niedowierzania, Ambroise zamrugał dwukrotnie, bo chyba właśnie się srogo przesłyszał. - Widziałaś, że nie poradzę sobie bez ciebie? - Buchnąłby śmiechem, gdyby tylko mu do niego było.
W tym momencie to zabrzmiało może trochę prześmiewczo, niedowierzająco, ale głównie jak naprawdę duży wyrzut mogący szybko zamienić się w obrazę majestatu, bo przeginała. Wpierdalała mu się w jego interesy, w jego walkę, w jego słowa, które dla niej obecnie miał i zamierzał je jej przekazać, nawet jeśli planowała to robić po każdym jednym zdaniu. To, czyli ponownie się wpierdalać.
- Mam trzydzieści lat, Geraldine, od jedenastu lat sobie radzę. Przypomnij mi, proszę, ile ty razy dobijałaś transakcji w trakcie czarnorynkowego przewrotu? Ile lat doświadczenia masz w byciu ochroniarzem ludzi, których obserwujesz ze swojego cienia? Jak duże masz doświadczenie w uznawaniu, że powinnaś wpierdolić się między wódkę a zakąskę? - To były mocne zarzuty, ale był ich pewny.
Nie mogła mu wciskać, że ratowała mu skórę, bo on by sobie nie poradził. To wprawiało go w furię. Godziło w niego, w to, że to on był mężczyzną w tym domu.
No, zajebisty prezent mu zrobiła z okazji przekroczenia tej rzekomo magicznej granicy. Nie mogła dać mu lepszego, nawet jeśli wcześniej poprzedniego wieczoru myślał, że to co od niej dostał było najlepszym, czego mógłby chcieć. To i ona, bo przecież mimo że teraz zionął na nią ogniem, to ona była jego największym szczęściem. Materialne podarunki nie były w stanie tego przykryć.
Tyle tylko, że w tej chwili, gdyby nazwał ją swoim skarbem to oznaczałoby tyle, że jeszcze bardziej dał dupy, bo skarbów nie zabierało się w sam środek pierdolnika. Skarby powinny być bezpieczne, co wydawało mu się, że skutecznie robił przez lata. Tymczasem właśnie jasno mu mówiła, że tak właściwie to była tylko kwestia czasu.
Nie miała żadnych oporów przed łamaniem ich ustaleń. No dobrze - tego, co jej narzucał, ale robił to zdecydowanie i bez pola do dyskusji od wielu lat. Posuwał się do tego, żeby raz na jakiś czas próbować wytłumaczyć Rinie swoje podejście do sprawy, które nie miało ulec zmianie niezależnie od tego, ile razy by się o to pokłócili. Myślał, że osiągnęli niechętne porozumienie.
Tymczasem chuja mieli a nie zgodność. Wystarczyło spuścić ją na chwilę z oka, dać jej o jedną informację za dużo, pozwolić na to, żeby mogła odwołać się do swojego przeczucia, które nieważne jakie było znaczące. Bowiem Ambroise w tym wszystkim nie kwestionował tego, że było istotne. Natomiast kurwa mać nie tak, aby robić z tego powód do rzucania się w wir jego spraw.
W dodatku, kiedy wszystkie inne argumenty zawiodły, bo Yaxleyówna zdecydowanie widziała, że chuja dawały, zaczęła uderzać w tony, o których Roise nawet nie chciał słyszeć. Ani co za tym idzie - nawet nie zamierzał brać ich pod uwagę, kiwać na nie głową, nic z tych rzeczy. Były idiotyczne, naprawdę debilne. A przecież jego ukochana nie była byle nierozważną panienką.
Tymczasem cały czas próbowała mu udowodnić, że tego wieczoru ewidentnie zostawiła mózg w sypialni i do tej pory tam po niego nie wróciła.
- Zabiłbym cię, gdybyś dała mi jakiekolwiek, nawet kurwa podświadome przesłanki ku temu, że muszę się bronić, żeby wyjść z potrzasku. To. Bym. Cię. Zabił - tym razem już naprawdę był na skraju tego, żeby zacząć na nią wrzeszczeć. - Nie wiem, za kogo mnie masz. Nie. Wiem za kogo mnie masz - poprawił się niemal od razu, zaciskając dłonie na futrynie i nie powstrzymując rozgoryczonego uśmiechu. - I świetnie. Świetnie, że tak sądzisz, bo w domu masz się czuć bezpiecznie. Masz nie wątpić w to, że nic się nie stanie, ale do kurwy nędzy, Geraldine, jedenaście lat na Nokturnie. Jeden raz widziałaś mnie, kiedy powinęła mi się noga. Jedenaście lat, więc mi kurwa uwierz, kiedy ci mówię, że gdybym musiał zabić kogoś, kto mnie osacza, zakrada mi się za plecami, to nawet bym się nie zawahał - powieka niebezpiecznie mu dygotała, szczerzył zęby i warczał, mimowolnie wywarkiwał na nią zdecydowane, niewzruszone słowa.
Powinna wiedzieć lepiej. Wychowała się w takim a nie innym środowisku. Jej ojciec był znanym łowcą. Twardym człowiekiem, któremu udało się przeżyć setki, jeśli nie tysiące albo dziesiątki tysięcy starć. Był starym człowiekiem w zawodzie, w którym czarodzieje zazwyczaj ginęli młodo. A Ambroise dogadywał się z nim nie bez przyczyny.
To, że tych dwóch ze sobą o tym nie rozmawiało nie zmieniało faktu, że Roise też zamierzał iść w ślady przyszłego teścia i przeżyć cholera wie ile lat więcej. Zaś to, że Rina w domu zrobiła sobie z niego misia, który gotował jej obiady, opatrywał rany, poił ją eliksirami i herbatkami, prowadził przydomowy ogródek, lubił pleść jej warkocze i zachowywać się, jakby oboje byli zakochanymi szczeniakami nie oznaczało, że tam na zewnątrz był sierotą zasłaniającą się spodniami swojej dziewczyny.
Było wiele przyczyn, dla których nie chciał, nie planował, nie zamierzał angażować jej w tę część swojego życia. Jego interesy nie miały być ich wspólne. Przede wszystkim chodziło o jej bezpieczeństwo, ale też o to, że nie chciał musieć się miarkować w tym, co robi tylko i wyłącznie dlatego, że jest przy nim kobieta, która nie powinna widzieć pewnych części jego charakteru.
Musiał tworzyć tę personę, podejmować szybkie i zdecydowane decyzje. Mienie przy boku kogoś, dla którego chciał być lepszym człowiekiem nie sprzyjało utrzymaniu twarzy. Jego sytuacja mogła szybko jeszcze bardziej wymknąć się spod kontroli. A ta próbowała z nim dyskutować.
- Zajebiście. Wyśmienicie się sprawdzasz. Od teraz zostajesz moją wspólniczką - cedził słowa w taki sposób, że nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do tego, jak bardzo są ironiczne i prześmiewcze, po prostu wkurwione. - Szczególnie, że teraz będziesz potrzebować wszelkiej możliwej ochrony, bo ci ludzie przeżyli, znają twoją twarz i wiedzą, że jesteś dla mnie ważna, bo mnie zaskoczyłaś i sam im to pokazałem - wyrzucił, ponownie kierując większość frustracji wobec siebie, ale nie zamierzał jej umniejszać - ona też odpierdoliła.
Natomiast, gdyby był mądry, rozsądny i gotowy ponieść wszystkie konsekwencje to dobiłby ich tam wtedy. Tak. Razem ze swoją wspólniczką a dokładniej to na jej oczach, bo po raz kolejny by jej nie pozwolił uwalić rąk w bezpośrednim morderstwie. Czy tam w dobiciu. Ładne słowo. Przecież Rosiera też dobili a nie zabili.
- Nie potrzebuję żadnego opatrywania ran - syknął na nią, bo zdecydowanie nie potrzebował, żeby próbowała go tym zagłaskać, ułagodzić. - Ty chyba naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego, że to, że tu wróciliśmy w żadnym kurwa razie nie oznacza, że cokolwiek wygraliśmy, coś się zakończyło, z czegoś wyszliśmy. Wpierdoliłaś się w bagno, teraz oboje w nim brodzimy - i nie wiem, co z tym zrobić, bo nie wiedział.
Naprawdę nie wiedział.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down