25.11.2024, 01:39 ✶
Nie musiała mu wyjaśniać, co czuła, kiedy wyszedł w środku nocy z ich domu. Wyślizgnął się z łóżka ze świadomością podejmowanego ryzyka i tego, że jeśli już dojdzie do czegokolwiek to najpewniej ona będzie wiedzieć. To było nie do końca zrozumiałe, bardzo chaotyczne, wzięło się znikąd, ale tego nie kwestionował.
Ba! Zdarzyło mu się użyć tego argumentu, gdy znów wyciągała tego pierdolonego Rosiera niczym królika z kapelusza, próbując zagiąć go argumentem, że nie będzie wiedziała, co się z nim stało. Czy zginął, czy żyje, czy jest zagrożony, czy bezpieczny. Z roku na rok to uczucie powiązania nasilało się i teraz oparcie twierdził, że by wiedziała. On by wiedział, oboje by wiedzieli, więc nie było potrzeby toczyć piany o to, że nie pozwalał jej bardziej się angażować i przez to nigdy nie mogła być pewna jego losu.
Starał się. Nie chodził tam codziennie. Częstotliwość jego spotkań była rzadsza niż jej wypadów na polowania, co było całkiem zrozumiałe, bo to Mung był w dalszym ciągu jego głównym miejscem urzędowania. Natomiast jeśli już o to chodziło...
- Nie wystarczy ci, że dostatecznie mocno ryzykujesz podczas swoich własnych polowań? - Odgryzł się, no, bo skoro już uderzali w takie tony to przecież zdecydowanie nadeszła pora, żeby wytknął Geraldine oczywistą oczywistość: to, że nie wpierdalał się na każde polowanie, na które chodziła, za to ona ewidentnie czuła potrzebę włażenia z butami we wszystkie jego interesy, bo zawsze poruszała to w ten sam sposób.
Jakby całkowicie odcinał ją od wszystkiego, co ma związek z jego poboczną fuchą, co rzecz jasna było nadużyciem i kompletnym bezsensem. Przecież dawał jej znać, gdzie wychodzi i kiedy najpewniej wróci. Może nie informował jej, z kim chodzi i dokładnie w jakim celu, bo im mniej wiedziała tym dla niej lepiej. Natomiast był z nią szczery. Czasami nawet zbyt szczery, jak na jego własne gusta, ponieważ później wyciągała te informacje przeciwko niemu, ale po prostu nie był w stanie trzymać przy niej mordy zamkniętej na zbyt długo.
Nie umiał mieć przed nią sekretów. Nieważne jak bardzo starał się nie memłać językiem, prędzej czy później musiała dowiedzieć się, że powinęła mu się noga albo zrobił coś niewłaściwie. Nie przychodził do niej jak zbity pies. Po paru razach świadomie wybierał robienie to niemal od razu po tym jak sytuacja miała miejsce.
Chował dumę w kieszeń, zagryzał zęby, wracał (opcjonalnie kuśtykał) do domu i przyznawał, że może należało go opatrzyć, pomóc mu się ogarnąć i podać mu eliksiry. A przede wszystkim zamknąć w ramionach, bo może nie miał pięciu lat, ale cenił sobie te chwile, w których mógł ją po prostu objąć, zamknąć w uścisku i milczeć o tym wszystkim, co się stało. Potem odezwać się cichym, zachrypniętym głosem i przyznać, że coś się zjebało, na co niemal zawsze słyszał wymowne wiedziałam.
Przez wiele lat żyło im się dobrze w ten sposób. Tak, żarli się o to, że nie włącza jej głębiej w swoje sprawy, ale w gruncie rzeczy nie sądził, żeby cierpiała z nim katusze. Nie potrzebowała być tą częścią tego wycinka jego świata. W żadnym wypadku. Nawet najmniejszym. To było zbyt duże ryzyko, żeby kiedykolwiek je rozważał. No, może poza tym jednym dniem wtedy w lesie, kiedy zawahał się nad współpracą, aby objąć Rinę swoim patronatem w tej części interesów, w której byłby w stanie to zrobić.
Nie doszło do tego. Później cieszył się wewnątrz, że tak się nie stało, ale najwidoczniej po prostu odwlekli to o kilka kolejnych lat? Znowu wypłynęło. Tyle tylko, że tym razem już nie rozmawiali, nie toczyli dysput, nie rozważali opcji. To go wkurwiało. Ambroise czuł się cholernie poirytowany właśnie tym elementem. Świadomością, że zamiast z nim ponownie porozmawiać (i tak odbiłby wszystkie argumenty, ale na to nie patrzył) to uznała za słuszne rzucenie się na głęboką wodę.
A teraz próbowała robić z tego jego winę!
Rzecz jasna był winny. Winny naiwności, podawania jej informacji na tacy, wiary w to, że jego dziewczyna będzie do tego podchodzić rozsądnie. Chuja miała a nie podchodzić rozsądnie. A on się z tym chujem chyba pozamieniał na głowy, gdy o tym myślał w ten sposób, całkowicie ignorując to, że już siedziała przy nim jak na szpilkach gotowa odstawić mu akcję przy pierwszej takiej możliwości.
Machnął ręką. Zabrał ją na sekundę czy dwie z framugi drzwi i machnął nią wściekle, jakby odpędzał od siebie wyjątkowo natrętną muchę. Oczywiście, że Rina miała na wszystko jakieś swoje wyjaśnienie. On też by je miał. Tyle tylko, że on nigdy nie wyłonił się z mroku opuszczonego magazynu jak drugie zagrożenie, zaskakując ją i gdyby nie łut szczęścia to niechybnie dostając odbitym zaklęciem, bo widząc kolejnego, mniejszego agresora Roise raczej nie zdawałby wielu pytań.
Mogła próbować mu wmawiać, że by w nią nie trafił, robić z siebie wielką twardzielkę, niepokonaną Łowczą, kogoś, kto miałby szósty zmysł i w tym wypadku, zgrabnie odskakując przed pierdolniętym zaklęciem. W rzeczywistości nie wierzył w ani jedno jej zapewnienie. W żadną z sugestii, że mógłby wyłącznie spróbować zrobić jej krzywdę. Ambroise był pewien jednego - nie zastanawiałby się ani chwili, gdyby pierwsza nie łomotnęła w jego przeciwnika, gdyby nie wybiła go tym z rytmu i gdyby nie zobaczył jej złotego warkocza jaśniejącego nawet w nikłym świetle wpadającym do pomieszczenia.
Nie zawahałby się ani sekundy przed czymś, co mogłoby jej zrobić krzywdę. I to on, nie ona, musiałby z tym żyć. Choć czy w ogóle byłby w stanie? Wątpił, naprawdę nie sądził, aby potrafił wieść dalsze życie ze świadomością, że sam sprawił, że jej przy nim nie było. Nie wyobrażał sobie życia bez Geraldine, nawet jeśli patrzył na to w innym kontekście.
Takim, przy którym po prostu by ze sobą nie byli, przestałaby go kochać, odwróciłaby się od niego. Nie dopuszczał tego do możliwości, nie chciał ryzykować, a to, o czym teraz mówili było po stokroć gorsze. Jej krew na jego rękach, wyrzuty sumienia, rozpacz, rozchwianie. Nie była w stanie tego zrozumieć, to go jeszcze bardziej wkurwiało.
I jeszcze śmiała mu wmawiać, że nie potrzebowała ochrony! Po tym wszystkim, co się właśnie działo. Po tym, że bez ostrzeżenia weszła w nie swój konflikt. Nieprzygotowana, odsłonięta.
- Tak. Ty się wpierdoliłaś w bagno. Twoje bagno. Czyż nie tego chciałaś? Mieć wspólne bagno? No, to teraz je mamy. Chcesz się w nim wygodnie rozgościć, Kochanie? - Tym razem nie wytrzymał, kolejne słowa padające z jego ust nie były już sykiem ani warkotem, były zdecydowanym uniesieniem głosu, niemalże wrzaskiem. - Kurwa, dziewczyno, ja pierdolę. Nie rozumiesz, że to nie miejsce dla ciebie?! Nie wykluczam cię stamtąd, nie mam wyjebane na twoje zdanie! Jesteś moją kobietą! Nie kimś, kogo mogę wystawiać na targi! Nie wiem, Rina, naprawdę nie pojmuję, czego nie jesteś w stanie zrozumieć, kiedy ci mówię, że nie robię tego po złości tylko po to, żeby cię durnowato nie stracić! Może tobie nie zależy na twoim życiu i zdrowiu! Mi zależy! Ile razy mam ci to powtarzać! - Tym razem nie wytrzymał, kolejnym słowom padającym z jego ust nie towarzyszyło już dyszenie ani zapieranie się o framugę drzwi, towarzyszyło im gwałtowne, niekontrolowane uderzenie nogą o ścianę przy nich.
Kopnął w nią z całej siły, prawie od razu tłumiąc jęk, gdy poczuł jak jego but być może zostawia wgniecienie w tynku, ale ściana mimo wszystko wygrywa. Przetrwał walkę, przeżył starcie a teraz poczuł, że właśnie coś sobie zrobił w palce, próbując nie skoczyć na jednej nodze, gdy drugą z trudem odstawił na ziemię. Aż zrobiło mu się czerwono przed oczami.
Ba! Zdarzyło mu się użyć tego argumentu, gdy znów wyciągała tego pierdolonego Rosiera niczym królika z kapelusza, próbując zagiąć go argumentem, że nie będzie wiedziała, co się z nim stało. Czy zginął, czy żyje, czy jest zagrożony, czy bezpieczny. Z roku na rok to uczucie powiązania nasilało się i teraz oparcie twierdził, że by wiedziała. On by wiedział, oboje by wiedzieli, więc nie było potrzeby toczyć piany o to, że nie pozwalał jej bardziej się angażować i przez to nigdy nie mogła być pewna jego losu.
Starał się. Nie chodził tam codziennie. Częstotliwość jego spotkań była rzadsza niż jej wypadów na polowania, co było całkiem zrozumiałe, bo to Mung był w dalszym ciągu jego głównym miejscem urzędowania. Natomiast jeśli już o to chodziło...
- Nie wystarczy ci, że dostatecznie mocno ryzykujesz podczas swoich własnych polowań? - Odgryzł się, no, bo skoro już uderzali w takie tony to przecież zdecydowanie nadeszła pora, żeby wytknął Geraldine oczywistą oczywistość: to, że nie wpierdalał się na każde polowanie, na które chodziła, za to ona ewidentnie czuła potrzebę włażenia z butami we wszystkie jego interesy, bo zawsze poruszała to w ten sam sposób.
Jakby całkowicie odcinał ją od wszystkiego, co ma związek z jego poboczną fuchą, co rzecz jasna było nadużyciem i kompletnym bezsensem. Przecież dawał jej znać, gdzie wychodzi i kiedy najpewniej wróci. Może nie informował jej, z kim chodzi i dokładnie w jakim celu, bo im mniej wiedziała tym dla niej lepiej. Natomiast był z nią szczery. Czasami nawet zbyt szczery, jak na jego własne gusta, ponieważ później wyciągała te informacje przeciwko niemu, ale po prostu nie był w stanie trzymać przy niej mordy zamkniętej na zbyt długo.
Nie umiał mieć przed nią sekretów. Nieważne jak bardzo starał się nie memłać językiem, prędzej czy później musiała dowiedzieć się, że powinęła mu się noga albo zrobił coś niewłaściwie. Nie przychodził do niej jak zbity pies. Po paru razach świadomie wybierał robienie to niemal od razu po tym jak sytuacja miała miejsce.
Chował dumę w kieszeń, zagryzał zęby, wracał (opcjonalnie kuśtykał) do domu i przyznawał, że może należało go opatrzyć, pomóc mu się ogarnąć i podać mu eliksiry. A przede wszystkim zamknąć w ramionach, bo może nie miał pięciu lat, ale cenił sobie te chwile, w których mógł ją po prostu objąć, zamknąć w uścisku i milczeć o tym wszystkim, co się stało. Potem odezwać się cichym, zachrypniętym głosem i przyznać, że coś się zjebało, na co niemal zawsze słyszał wymowne wiedziałam.
Przez wiele lat żyło im się dobrze w ten sposób. Tak, żarli się o to, że nie włącza jej głębiej w swoje sprawy, ale w gruncie rzeczy nie sądził, żeby cierpiała z nim katusze. Nie potrzebowała być tą częścią tego wycinka jego świata. W żadnym wypadku. Nawet najmniejszym. To było zbyt duże ryzyko, żeby kiedykolwiek je rozważał. No, może poza tym jednym dniem wtedy w lesie, kiedy zawahał się nad współpracą, aby objąć Rinę swoim patronatem w tej części interesów, w której byłby w stanie to zrobić.
Nie doszło do tego. Później cieszył się wewnątrz, że tak się nie stało, ale najwidoczniej po prostu odwlekli to o kilka kolejnych lat? Znowu wypłynęło. Tyle tylko, że tym razem już nie rozmawiali, nie toczyli dysput, nie rozważali opcji. To go wkurwiało. Ambroise czuł się cholernie poirytowany właśnie tym elementem. Świadomością, że zamiast z nim ponownie porozmawiać (i tak odbiłby wszystkie argumenty, ale na to nie patrzył) to uznała za słuszne rzucenie się na głęboką wodę.
A teraz próbowała robić z tego jego winę!
Rzecz jasna był winny. Winny naiwności, podawania jej informacji na tacy, wiary w to, że jego dziewczyna będzie do tego podchodzić rozsądnie. Chuja miała a nie podchodzić rozsądnie. A on się z tym chujem chyba pozamieniał na głowy, gdy o tym myślał w ten sposób, całkowicie ignorując to, że już siedziała przy nim jak na szpilkach gotowa odstawić mu akcję przy pierwszej takiej możliwości.
Machnął ręką. Zabrał ją na sekundę czy dwie z framugi drzwi i machnął nią wściekle, jakby odpędzał od siebie wyjątkowo natrętną muchę. Oczywiście, że Rina miała na wszystko jakieś swoje wyjaśnienie. On też by je miał. Tyle tylko, że on nigdy nie wyłonił się z mroku opuszczonego magazynu jak drugie zagrożenie, zaskakując ją i gdyby nie łut szczęścia to niechybnie dostając odbitym zaklęciem, bo widząc kolejnego, mniejszego agresora Roise raczej nie zdawałby wielu pytań.
Mogła próbować mu wmawiać, że by w nią nie trafił, robić z siebie wielką twardzielkę, niepokonaną Łowczą, kogoś, kto miałby szósty zmysł i w tym wypadku, zgrabnie odskakując przed pierdolniętym zaklęciem. W rzeczywistości nie wierzył w ani jedno jej zapewnienie. W żadną z sugestii, że mógłby wyłącznie spróbować zrobić jej krzywdę. Ambroise był pewien jednego - nie zastanawiałby się ani chwili, gdyby pierwsza nie łomotnęła w jego przeciwnika, gdyby nie wybiła go tym z rytmu i gdyby nie zobaczył jej złotego warkocza jaśniejącego nawet w nikłym świetle wpadającym do pomieszczenia.
Nie zawahałby się ani sekundy przed czymś, co mogłoby jej zrobić krzywdę. I to on, nie ona, musiałby z tym żyć. Choć czy w ogóle byłby w stanie? Wątpił, naprawdę nie sądził, aby potrafił wieść dalsze życie ze świadomością, że sam sprawił, że jej przy nim nie było. Nie wyobrażał sobie życia bez Geraldine, nawet jeśli patrzył na to w innym kontekście.
Takim, przy którym po prostu by ze sobą nie byli, przestałaby go kochać, odwróciłaby się od niego. Nie dopuszczał tego do możliwości, nie chciał ryzykować, a to, o czym teraz mówili było po stokroć gorsze. Jej krew na jego rękach, wyrzuty sumienia, rozpacz, rozchwianie. Nie była w stanie tego zrozumieć, to go jeszcze bardziej wkurwiało.
I jeszcze śmiała mu wmawiać, że nie potrzebowała ochrony! Po tym wszystkim, co się właśnie działo. Po tym, że bez ostrzeżenia weszła w nie swój konflikt. Nieprzygotowana, odsłonięta.
- Tak. Ty się wpierdoliłaś w bagno. Twoje bagno. Czyż nie tego chciałaś? Mieć wspólne bagno? No, to teraz je mamy. Chcesz się w nim wygodnie rozgościć, Kochanie? - Tym razem nie wytrzymał, kolejne słowa padające z jego ust nie były już sykiem ani warkotem, były zdecydowanym uniesieniem głosu, niemalże wrzaskiem. - Kurwa, dziewczyno, ja pierdolę. Nie rozumiesz, że to nie miejsce dla ciebie?! Nie wykluczam cię stamtąd, nie mam wyjebane na twoje zdanie! Jesteś moją kobietą! Nie kimś, kogo mogę wystawiać na targi! Nie wiem, Rina, naprawdę nie pojmuję, czego nie jesteś w stanie zrozumieć, kiedy ci mówię, że nie robię tego po złości tylko po to, żeby cię durnowato nie stracić! Może tobie nie zależy na twoim życiu i zdrowiu! Mi zależy! Ile razy mam ci to powtarzać! - Tym razem nie wytrzymał, kolejnym słowom padającym z jego ust nie towarzyszyło już dyszenie ani zapieranie się o framugę drzwi, towarzyszyło im gwałtowne, niekontrolowane uderzenie nogą o ścianę przy nich.
Kopnął w nią z całej siły, prawie od razu tłumiąc jęk, gdy poczuł jak jego but być może zostawia wgniecienie w tynku, ale ściana mimo wszystko wygrywa. Przetrwał walkę, przeżył starcie a teraz poczuł, że właśnie coś sobie zrobił w palce, próbując nie skoczyć na jednej nodze, gdy drugą z trudem odstawił na ziemię. Aż zrobiło mu się czerwono przed oczami.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down