27.11.2024, 14:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 23:28 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic IV
Noc była niczym ciemny woal roztaczający się nad budynkami w dolinie u podnóża Ben Nevis - jednego z bardziej urokliwych miejsc za dnia, teraz w nocy zaś pogrążonych w zupełnie innym klimacie. Zamiast jasnego światła dnia oblewającego blaskiem wypielęgnowane rośliny, kwitnące kwiaty i taflę pobliskiego jeziora, wydawało się, że na rozległy ogród spłynęła czarna, jedwabna zasłona dająca wrażenie znalezienia się gdzieś na pograniczu snu i rzeczywistości.
Nie dało się poddać w żadną wątpliwość to, że organizatorom tego wieczoru zdecydowanie chodziło o podobny efekt. Nic tu nie było przypadkowe. Od magicznego labiryntu pośrodku trawnika, który zaledwie kilka dni wcześniej był idealnie gładki, tylko na potrzeby tej jednej nocy zyskując wysokie ciemnozielone ściany z krzewów. Przez liczne fontanny tryskające nie tylko wodą, lecz także winem i szampanem. Po starannie umiejscowiony zespół muzyczny grający ciche, nastrojowe melodie słyszalne w każdym zakamarku ogrodu, ale nie natrętne tylko wyłącznie budujące eteryczny, mistyczny klimat.
Nieważne jak blisko muzyków by się było. Za każdym razem efekt był dokładnie ten sam i miało się wrażenie, jakby dźwięki muzyki dochodziły z bardzo daleka, splatały się z szelestem liści i poskrzekującym mamrotaniem nietoperzy przelatujących nad głowami gości balu.
Spoglądając na nie, odruchowo mocniej nasunął prostą białą maskę na oczy i poprawił długą, śnieżnobiałą pelerynę o obrzeżach przyozdobionych złotym haftem układającym się w plątaniny spiralnych roślinnych wzorów. Przekładając drewniany kostur do drugiej dłoni, strzepnął pelerynę w taki sposób, aby jasnoniebieska wewnętrzna część jedwabiu ułożyła się właściwie, poprawiając przy okazji włosy - na tę okazję znacznie dłuższe, ciemnosiwe i proste niczym druty. O stalowoszarym, niebieskawym poblasku wpasowującym się we wszystkie inne błękitne akcenty. Dyskretne, proste, nieprzesadzone. Przy gęstej szarej brodzie zupełnie zmieniającej rysy jego twarzy nie uważał, by potrzebował wiele więcej, aby wtopić się w przebrany tłum.
Uniósł głowę, podziwiając ciemne niebo, które zdobiły migoczące gwiazdy, starając się nie rozglądać po twarzach ludzi z tłumu, nie dając do zrozumienia, że mógł na kogokolwiek czekać. Choć przecież czekał, usiłując kryć przy tym uśmiech wypełzający mu na twarz na myśl, że z powodzeniem mogli już kilka razy minąć się w tłumie. Był cholernie zadowolony z tego stroju.
Wyglądało na to, że nawet ta mniej kontrolowana część natury sprzyjała ich gospodarzom. Po kilku ostatnich dniach wypełnionych deszczem i wiatrem, teraz było ciepło i sucho. Niemalże idealnie. Księżyc wisiał wysoko na niebie, oświetlając posiadłość w całej jej okazałości a zdecydowanie było na co patrzeć. Nocne powietrze było nasycone delikatnym zapachem jaśminu i bzu, które kwitły wśród innych bujnych, zielonych krzewów, jaśniejąc na ich tle.
Każdy zakątek ogrodu był przemyślany, misternie zaprojektowany. Ścieżki wijące się pomiędzy krzewami i zwisającymi gałęziami drzew oplecionych dzikim winem, bluszczem i bladoniebieską wisterią sprawiały wrażenie, jakby prowadziły do tajemniczych miejsc, gdzie działy się rzeczy, które mogłyby zaistnieć jedynie w snach.
Nic więc dziwnego, że ściany labiryntu niemal od razu przyciągały przybywających gości. Noc była jeszcze młoda, przyjęcie dopiero się zaczynało i miało trwać do białego rana. Mimo to niektórzy już czerpali pełnymi garściami z klimatu, racząc się bombelkami z letnimi owocami.
Powolnym krokiem przemierzał ogród, zmierzając w kierunku szerokich marmurowych schodów spływających łukiem na trawnik, skąpanych w bladofioletowym dymie pachnącym lawendą, maciejką i nocnymi kwiatami. Niespiesznie mijając roześmiane pary i rozmawiających ze sobą ludzi.
Wspaniałe suknie wyglądały jak uszyte z pajęczej nici, utkane z mgły albo wody, szaty były zdobione kryształami, które odbijały światło, jakby same świeciły, jak gdyby zaklęto w nich tęczę, a płaszcze i peleryny zdawały się lewitować w powietrzu. Wśród przebrań dało się dostrzec postaci ze legend, mitów i podań. Znanych i nieznanych, interpretacje, gotowe koncepty, przesadzone i nieprzesadzone. Każde bardziej skomplikowane od poprzedniego, bardziej wyszukane i eteryczne.
W pewnym momencie przystanął w miejscu, przysłuchując się słowom niskiego czarodzieja, wokół którego zgromadziła się całkiem liczna grupa. Niski, krępy mężczyzna był ubrany w kowenowe szaty koloru purpury, z maską z rogami, która bez wątpienia przedstawiała Gwyn ap Nudda - postać nie pasującą do szkockiego klimatu, jednak poniekąd na miejscu w tej atmosferze, w klimacie gęstego woalu nocy. Zdecydowanie chodziło o efekt, który udawało mu się osiągnąć.
Czarodziej całym sobą przyciągał do ciebie coraz ciaśniej otaczający go krąg ludzi, a gdy zaczął snuć swoją opowieść, cała uwaga skupiła się na nim. Mogło się zdawać, że jego głos wnikał w duszę zebranych jak melodia, przenosząc ich do innego świata. Opowiadał o podróżach do dalekich krain, o spotkaniach z legendarnymi bestiami oraz o wielkich bitwach stoczonych ze stworzeniami o przedziwnych nazwach.
Ambroise wyczuwał bezsens wszystkich tych słów, ale mimo to ich słuchał, postanawiając na kilka chwil pozostać w tym miejscu, bo gdzie indziej najłatwiej byłoby się spodziewać spotkania z kimś faktycznie posiadającym praktyczne doświadczenie z magicznymi stworzeniami, jeśli nie przy bajarzu z koziej dupy? Nie musiał się rozglądać. Po prostu czekał.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down