28.11.2024, 01:35 ✶
Wieczór trwał. W miarę jak słońce niebo przechodziło w coraz bardziej intensywne odcienie głębokiego granatu poprzetykanego migoczącymi gwiazdami, ogród posiadłości rozświetlał się delikatnym blaskiem lampionów zawieszonych w gęstych gałęziach drzew. Ich subtelne światło odbijało się w drobnych kroplach rosy, które ulokowały się na liściach kwiatów, tworząc iluzję migoczących diamentów.
Ogród był przesiąknięty lekko fioletową mgiełką, spływającą subtelnie od strony zabudowań, jakby sama noc postanowiła zbliżyć się do nich jeszcze bardziej, otulając sobą postaci w przebraniach i maskach.
Zewsząd słychać było echa szeptów i śmiechów, dźwięki głosów, stukanie kieliszków, szum liści żywopłotu poruszającego się w delikatnych podmuchach ciepłego wiatru, melodyjny i miarowy plusk fontann.
Powietrze wypełniał zapach kwiatów, w który powoli wkradała się także nuta kadzideł, które spalały się wbite niemal pionowo w specjalnie przygotowanych misach wypełnionych piaskiem i przyozdobionych potpourri.
To one musiały również odpowiadać za lekko mleczną, fioletową mgiełkę, która powoli rozlewała się po schodach dworu, płynąc w kierunku żywopłotu, oblewając nogi czarodziejów, zatapiając ich w jeszcze bardziej eterycznym woalu.
Jasne światło księżyca przenikało przez liście drzew tworząc na ziemi malownicze cienie, które zdawało się, że wędrowały po ziemi, poruszając się w rytm muzyki.
Przebrania gości same w sobie były arcydziełami godnymi uwagi. Czarownice w bogato zdobionych sukniach, które lśniły w blasku lampionów, zasługiwały na każde posłane im spojrzenie. Jedwabne, atłasowe, satynowe, pajęcze tkaniny poruszały się jak chmury dymu, otulając ciała niczym delikatne obłoczki. Niektóre z nich nosiły długie rękawiczki, które sięgały aż do łokci. Inne chwaliły się pierścionkami i bransoletkami. Ich włosy były upięte w finezyjne fryzury przyozdobione świeżymi kwiatami lub inkrustowanymi opaskami, które błyszczały jak gwiazdy.
Mimo to Ambroise nie poświęcał im zbyt wiele uwagi. Nie tyle, co zawsze. Teraz było inaczej. Nic się nie zmieniło, ale jednocześnie było inaczej. Skomplikowanie, choć czasami całkowicie właściwie. Tak jak w tej chwili, kiedy do jego uszu dotarł ten wymowny, charakterystycznie brzmiący pomruk. Mimowolnie przeniósł spojrzenie w tamtą stronę, robiąc dwa płynne, ciche kroki, by przystanąć nieco za plecami dziewczyny.
- Cóż za brak taktu - zauważył półszeptem - on naprawdę bardzo się produkuje - nachylił się bliżej, muskając palcami ramię dziewczyny i wciągając powietrze pełne delikatnych zapachów, które unosiły się wokół nich.
Uśmiechnął się lekko, gdy ich spojrzenia się spotkały, jego oczy błysnęły szelmowsko w blasku lampy, gdy odbiło się w nich światło płomienia zamkniętego w lekko dymionym szkle.
- Hej - mruknął, gdy pochylił głowę w jej stronę, pozwalając sobie gładkim ruchem zbliżyć się do niej, doszczętnie ignorując dystans, kładąc tę samą dłoń, którą musnął jej ramię na plecach Yaxleyówny.
Delikatnie, żeby nie zgnieść kwiatów i nie popsuć tej całkiem imponującej kreacji, której całkowicie by się po niej nie spodziewał. Nie tego instynktownie szukał wzrokiem pośród tłumu. Możliwe, bardzo możliwe, że kilkukrotnie minęli się nawet w przeciągu ostatnich kilku minut, bo gdyby nie ten wymowny pomruk z ust Geraldine, prawdopodobnie jeszcze długo by jej nie rozpoznał.
Zaskakiwała go raz za razem. Zapewne nawet na przestrzeni tego wieczoru miała co najmniej parokrotnie wywołać u niego uniesienie brwi i pytająco-niedowierzające spojrzenie. Miał wrażenie, jakby jednocześnie znali się od dawna i nie wiedzieli o sobie praktycznie nic, co rusz odkrywając kolejne karty, ale nigdy te właściwe. Przynajmniej nie w przypadku Ambroisa.
Te konkretne, te, które podświadomie chciałby wyciągnąć były jednocześnie tymi samymi, które powinny zostać ukryte.
- Co sprawia, że aż tak bardzo pierdoli? - przechylił lekko głowę, zbliżając usta do jej policzka.
Włosy opadły mu na czoło. Były długie, stanowczo zbyt długie i, jeśli to miało jakikolwiek sens (a miało), zbyt proste, nawet jeśli miękkie jak zwykle. W tym momencie trochę go drażniły, bo zamiast stanowić coś w rodzaju naturalnej zasłony przed niepożądanymi spojrzeniami, której mógłby użyć, by szepnąć do Yaxleyówny, bez wątpienia zagilgotały ją w szyję...
...tę cholernie długą, jasną, ale opaloną, odsłoniętą szyję mimowolnie przyciągającą spojrzenie Ambroisa. Nieistotne, gdzie by je następnie skierował, każda możliwość była tak samo niewłaściwa i przyciągająca. Dekolt, na który miał teraz przytłaczająco idealny widok. Czy miękkie wydęte wargi w kolorze delikatnych płatków herbacianej róży. Co gorsza, smakujące równie dobrze. Słodko, lekko pikantnie, obłędnie.
Cholera.
Paradoksalnie najbezpieczniejsze miały być oczy, nawet jeśli to wcale nie znaczyło, że byłoby mu w jakikolwiek sposób łatwiej utrzymać neutralny, nieco rozbawiony, odrobinę zadziorny wyraz twarzy. Zawahał się na moment. Jego spojrzenie zbłądziło na jej ustach zanim zamrugał i wrócił do tego cichego przerwanego dialogu. A może szczątków monologu?
- Poza tym - jeszcze bardziej nachylił się do ucha Geraldine, otulając je ciepłym oddechem i szeptem przeznaczonym wyłącznie dla jego najlepszej przyjaciółki - wydaje mi się, że nie ma ku temu zbyt wielu okazji - skwitowałby to dodatkowym mrugnięciem, gdyby nie to, że Geraldine i tak nie miała tego zauważyć.
Zamiast tego zdecydował się dołączyć do niej na brzegu fontanny, przysiadając tuż obok z ręką (a właściwie samymi czubkami palców) wciąż na plecach swojej... ...koleżanki. Jego palce powoli przesunęły się wzdłuż krawędzi jej sukienki, badając fakturę kwiatów. Prawdziwych, może zaczarowanych, ale wcześniej przez kogoś zebranych i przemienionych w kreację.
- Nie obawiasz się porannych owadów, Kwiatuszku? - Zmrużył oczy, w dalszym ciągu koncentrując się tylko na niej, zaś jego brwi delikatnie uniosły się w geście zaciekawienia.
Nie cofnął ręki.
Ogród był przesiąknięty lekko fioletową mgiełką, spływającą subtelnie od strony zabudowań, jakby sama noc postanowiła zbliżyć się do nich jeszcze bardziej, otulając sobą postaci w przebraniach i maskach.
Zewsząd słychać było echa szeptów i śmiechów, dźwięki głosów, stukanie kieliszków, szum liści żywopłotu poruszającego się w delikatnych podmuchach ciepłego wiatru, melodyjny i miarowy plusk fontann.
Powietrze wypełniał zapach kwiatów, w który powoli wkradała się także nuta kadzideł, które spalały się wbite niemal pionowo w specjalnie przygotowanych misach wypełnionych piaskiem i przyozdobionych potpourri.
To one musiały również odpowiadać za lekko mleczną, fioletową mgiełkę, która powoli rozlewała się po schodach dworu, płynąc w kierunku żywopłotu, oblewając nogi czarodziejów, zatapiając ich w jeszcze bardziej eterycznym woalu.
Jasne światło księżyca przenikało przez liście drzew tworząc na ziemi malownicze cienie, które zdawało się, że wędrowały po ziemi, poruszając się w rytm muzyki.
Przebrania gości same w sobie były arcydziełami godnymi uwagi. Czarownice w bogato zdobionych sukniach, które lśniły w blasku lampionów, zasługiwały na każde posłane im spojrzenie. Jedwabne, atłasowe, satynowe, pajęcze tkaniny poruszały się jak chmury dymu, otulając ciała niczym delikatne obłoczki. Niektóre z nich nosiły długie rękawiczki, które sięgały aż do łokci. Inne chwaliły się pierścionkami i bransoletkami. Ich włosy były upięte w finezyjne fryzury przyozdobione świeżymi kwiatami lub inkrustowanymi opaskami, które błyszczały jak gwiazdy.
Mimo to Ambroise nie poświęcał im zbyt wiele uwagi. Nie tyle, co zawsze. Teraz było inaczej. Nic się nie zmieniło, ale jednocześnie było inaczej. Skomplikowanie, choć czasami całkowicie właściwie. Tak jak w tej chwili, kiedy do jego uszu dotarł ten wymowny, charakterystycznie brzmiący pomruk. Mimowolnie przeniósł spojrzenie w tamtą stronę, robiąc dwa płynne, ciche kroki, by przystanąć nieco za plecami dziewczyny.
- Cóż za brak taktu - zauważył półszeptem - on naprawdę bardzo się produkuje - nachylił się bliżej, muskając palcami ramię dziewczyny i wciągając powietrze pełne delikatnych zapachów, które unosiły się wokół nich.
Uśmiechnął się lekko, gdy ich spojrzenia się spotkały, jego oczy błysnęły szelmowsko w blasku lampy, gdy odbiło się w nich światło płomienia zamkniętego w lekko dymionym szkle.
- Hej - mruknął, gdy pochylił głowę w jej stronę, pozwalając sobie gładkim ruchem zbliżyć się do niej, doszczętnie ignorując dystans, kładąc tę samą dłoń, którą musnął jej ramię na plecach Yaxleyówny.
Delikatnie, żeby nie zgnieść kwiatów i nie popsuć tej całkiem imponującej kreacji, której całkowicie by się po niej nie spodziewał. Nie tego instynktownie szukał wzrokiem pośród tłumu. Możliwe, bardzo możliwe, że kilkukrotnie minęli się nawet w przeciągu ostatnich kilku minut, bo gdyby nie ten wymowny pomruk z ust Geraldine, prawdopodobnie jeszcze długo by jej nie rozpoznał.
Zaskakiwała go raz za razem. Zapewne nawet na przestrzeni tego wieczoru miała co najmniej parokrotnie wywołać u niego uniesienie brwi i pytająco-niedowierzające spojrzenie. Miał wrażenie, jakby jednocześnie znali się od dawna i nie wiedzieli o sobie praktycznie nic, co rusz odkrywając kolejne karty, ale nigdy te właściwe. Przynajmniej nie w przypadku Ambroisa.
Te konkretne, te, które podświadomie chciałby wyciągnąć były jednocześnie tymi samymi, które powinny zostać ukryte.
- Co sprawia, że aż tak bardzo pierdoli? - przechylił lekko głowę, zbliżając usta do jej policzka.
Włosy opadły mu na czoło. Były długie, stanowczo zbyt długie i, jeśli to miało jakikolwiek sens (a miało), zbyt proste, nawet jeśli miękkie jak zwykle. W tym momencie trochę go drażniły, bo zamiast stanowić coś w rodzaju naturalnej zasłony przed niepożądanymi spojrzeniami, której mógłby użyć, by szepnąć do Yaxleyówny, bez wątpienia zagilgotały ją w szyję...
...tę cholernie długą, jasną, ale opaloną, odsłoniętą szyję mimowolnie przyciągającą spojrzenie Ambroisa. Nieistotne, gdzie by je następnie skierował, każda możliwość była tak samo niewłaściwa i przyciągająca. Dekolt, na który miał teraz przytłaczająco idealny widok. Czy miękkie wydęte wargi w kolorze delikatnych płatków herbacianej róży. Co gorsza, smakujące równie dobrze. Słodko, lekko pikantnie, obłędnie.
Cholera.
Paradoksalnie najbezpieczniejsze miały być oczy, nawet jeśli to wcale nie znaczyło, że byłoby mu w jakikolwiek sposób łatwiej utrzymać neutralny, nieco rozbawiony, odrobinę zadziorny wyraz twarzy. Zawahał się na moment. Jego spojrzenie zbłądziło na jej ustach zanim zamrugał i wrócił do tego cichego przerwanego dialogu. A może szczątków monologu?
- Poza tym - jeszcze bardziej nachylił się do ucha Geraldine, otulając je ciepłym oddechem i szeptem przeznaczonym wyłącznie dla jego najlepszej przyjaciółki - wydaje mi się, że nie ma ku temu zbyt wielu okazji - skwitowałby to dodatkowym mrugnięciem, gdyby nie to, że Geraldine i tak nie miała tego zauważyć.
Zamiast tego zdecydował się dołączyć do niej na brzegu fontanny, przysiadając tuż obok z ręką (a właściwie samymi czubkami palców) wciąż na plecach swojej... ...koleżanki. Jego palce powoli przesunęły się wzdłuż krawędzi jej sukienki, badając fakturę kwiatów. Prawdziwych, może zaczarowanych, ale wcześniej przez kogoś zebranych i przemienionych w kreację.
- Nie obawiasz się porannych owadów, Kwiatuszku? - Zmrużył oczy, w dalszym ciągu koncentrując się tylko na niej, zaś jego brwi delikatnie uniosły się w geście zaciekawienia.
Nie cofnął ręki.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down