29.11.2024, 01:10 ✶
- Większość elity nie ma żadnych wymagań - uściślił cicho, ale bez goryczy, bo przecież stwierdzał fakt na podstawie własnych doświadczeń, czyż nie? - Wystarczy im odrobina złudzeń - jego spojrzenie powędrowało do elegancko, momentami przesadnie wystrojonych ludzi zbierających się wokół tamtego czarodzieja.
Nie wszyscy byli tak prości i głupi, na jakich się kreowali. Znał naprawdę wiele osób korzystających z tego niewinnego czaru, ukrywających pod tym swoje ciemniejsze intencje, jednak w większości to byli naprawdę prości ludzie. Kupowali również prostą rozrywkę, wyłącznie opakowaną w odpowiedni papierek w taki sposób, aby sprawiała wrażenie czegoś eleganckiego i wysublimowanego.
W rzeczywistości nie odróżniliby Dom Perignona od Bollingera, a gdyby przelać im ruski szampan do butelki po którymś z tych alkoholi, klaskaliby jajami, wyczuwając nieistniejące nuty i zarzekając się, że to, co piją jest wytrawne i pieruńsko warte swojej ceny.
- Nie bądź przesadnie skromna. Pamiętaj, że widziałem cię w akcji. Masz więcej doświadczenia niż on charyzmy. Mogłabyś mu bez problemu utrzeć nosa, gdybyś tylko chciała - spojrzał na nią, bez skrupułów wypowiadając swoją opinię, bo czego jak czego, tego był pewien. - Choć nie warto. To tylko... ...mała fioletowa pchełka, co nie? Zaraz skoczy stąd na swoją kolejną wyprawę do krainy wyobraźni - tego również Ambroise był zupełnie pewny.
Gdyby tylko tę pewność przełożył na cokolwiek innego tego i nie tylko tego wieczoru. Na to, co się między nimi działo. Co było złudzeniem, myśleniem życzeniowym a co faktami. Co było spojrzeniem posyłanym mu jako jego najdroższa przyjaciółka, co zaś wzrokiem kobiety, dla której mógłby pożegnać ich zbyt długie momenty ciszy, dusząco elektryzujący dotyk i te wszystkie chwile, kiedy wahał się, żeby cofnąć dłoń i odwrócić wzrok jak szczeniak, którym przecież nie był.
- To zależy, bo nie zdradziłaś mi go jeszcze w całości - nie mógł nic poradzić na tę nutę sugestii, która wkradła się w ton jego głosu w trakcie wypowiedzi.
Czy widziała tam dla niego miejsce? Czy uwzględniała go w swoim planie? Czy ten wieczór również mogli spędzić razem? Nie mówił o tym, z kim tu przyszedł (z nikim - brzmiałaby odpowiedź). Ona również nie zająknęła się, czy z kimś tu była.
Myślenie o tym, że mogliby stąd wyjść razem było tak samo kuszące, jak i podstępne, bo wiedział jak to powinno wyglądać. Wyszliby stąd ze sobą, ale niezupełnie razem. Wróciliby do jednego mieszkania, gdzie spędziliby noc, ale ponownie - nie wspólnie, nie razem. Tylko z osobna. Jak zawsze.
- Snowdońska lilia - poprawił ją z nieznacznym uśmiechem, pobłażliwie, ale czulej niż zamierzał, choć z wyczuwalną nutą goryczy.
Niemal całkowity brak orientacji w botanice zazwyczaj trochę go irytował, lecz nie w tym przypadku. Na ogół twierdził, że wychodząc z Hogwartu wypadało choć trochę orientować się w zakresie roślin rosnących na rodzinnych terenach(przy czym jego trochę było raczej rygorystyczne), bo zajęcia z Zielarstwa nie były jakieś wyjątkowo trudne. Stąpając po ziemi wypadało orientować się w przynajmniej podstawowym zakresie, czym cieszyło się oczy, ale Geraldine była wyjątkiem. W większym stopniu niż mogła stwierdzić.
Choć może to wiedziała? Ambroise czasami odnosił wrażenie, że sobie z nim pogrywała.
- To relikt epoki lodowcowej. Występuje głównie w wyższych pasmach górskich, u nas w trudno dostępnych partiach parku narodowego w Snowdonii. Stąd jedna z nazw. W... ...Cwm Idwal, tak? - Spytał ponownie, kolejny raz wcale nie oczekując odpowiedzi ani poprawy fatalnej wymowy, jaką zapewne się teraz posługiwał, wcale nie zamierzając przestać rzucać tymi językowymi łamańcami.
Poza tym szło mu dobrze, nie? Przynajmniej w tym jednym zakresie starał się chociaż trochę błyszczeć zrozumieniem dla reguł wymowy głosek i innych takich. Szczególnie, że w zakresie magicznych zwierząt nie planował się niczym wykazać ani pokazać. To było wykluczone.
- Gdybym był bardzo upierdliwy, podkreśliłbym ten fragment o relikcie epoki lodowcowej, dodałbym informację o tym, że te u nas są nieco inne niż w reszcie krajów, przez co zasługują na specjalną uwagę. A na koniec okraszyłbym to informacją o byciu gdzieś pomiędzy kategorią EN a VU - stwierdził przyciszonym głosem, jednoznacznie rozkładając przy tym ręce oparte na kolanach, posyłając Yaxleyównie minę w stylu ale przecież jestem miły, prawda? sygnowaną charakterystycznym, nawet jeśli w tym momencie wymuszonym uśmiechem.
Nie mógł zbyt wiele poradzić na to, że musiał, po prostu musiał ponownie się ku niej nachylić. Naprawdę starał się utrzymać konieczny dystans, jednocześnie mając wrażenie, że im bardziej usiłuje to robić, tym więcej okoliczności pcha do do tego, aby ponownie zacząć szeptać jej do ucha.
Tak jak teraz, bo przecież nie chcieli prowadzić otwartych rozmów na tematy, które mogły im przynieść zainteresowanie ze strony otoczenia, prawda? Chodziło wyłącznie o to. O dyskrecję, którą Ambroise przecież bardzo sobie cenił, starając się zachować zimną krew, gdy poczuł zapach jej perfum otaczających jego nozdrza.
Nie był natrętem ani desperatem. Praktycznie nigdy nie musiał się miarkować. Nie zwykł do tego, by macerować się w tłumionych pragnieniach, musieć bardziej niż kiedykolwiek wcześniej kontrolować emocje, bo inaczej był niemal pewien, że to one zaczęłyby kontrolować jego. A wtedy wszystko mogłoby się spektakularnie zawalić.
Bowiem przecież nie bez powodu nigdy nie okazała mu swojego zainteresowania. Była jedną z nielicznych kobiet, przy których całkowicie nie wiedział jak powinien się zachować. Przynajmniej od czasu tamtej wizyty we dworze, bo wcześniej reguły gry były zupełnie inne. Nawet jeśli wielokrotnie się zmieniały, nigdy nie było między nimi czegoś takiego.
Tego, czego Ambroise nie umiał interpretować. Ku swojemu niezadowoleniu, irytacji, coraz większemu zmęczeniu, bo choć cenił sobie każde ich spotkanie, te dni i godziny spędzone wspólnie na poszukiwaniu odpowiedzi, co stało się wtedy w tamtej posiadłości, albo po prostu na rozmowach o wszystkim i niczym, to ta gęstniejąca atmosfera mieszała mu w głowie.
Yaxleyówna była najprawdopodobniej jedyną osobą, która tak mocno opierała się jego wdziękowi, wszystkim tym drobnym gestom, które gdzieś tam mimowolnie wplatał. Przynajmniej z początku ostrożnie starając się wybadać grząski grunt, odnaleźć granice tego, kim mogli dla siebie być, bo...
...musiał być tu ze sobą całkowicie szczery: nigdy nie planował zostawać jej przyjacielem. Przenigdy. To był kolejny, tym razem niechciany splot wydarzeń. Kilka pochopnie rzuconych słów, parę przytaknięć głową za dużo, dziwna i niewłaściwa skłonność ku temu, by nagle zacząć zapominać przy niej języka w gębie, co cholernie niewygodnie nigdy wcześniej mu się nie zdarzyło.
Nawet nie pamiętał kto pierwszy rzucił tę sugestię. Kto tak właściwie uczynił z nich kolegów, dobrych znajomych, tych przeklętych (chyba dosłownie też) przyjaciół. Miał nadzieję, że nie on, bo... ...no nie chciał tego. W żadnym momencie. Aż za dobrze za to zdawał sobie sprawę z tego, że już ją kiedyś całował i to, to było znacznie bardziej właściwe.
Było tym, co chciał z nią robić. Zaszyć się w labiryncie z dala od reszty przyjęcia, pić alkohol, móc całkowicie swobodnie patrzeć w błękitne tęczówki, pozwalając sobie na dotyk bez konieczności cofania dłoni, jakby sparzyło go ciepło jej skóry. Bo tak nie było. Paliło go, to prawda, ale też przyciągało.
Chciał zatopić palce w pośladkach dziewczyny, tyle razy wcześniej cierpiąc wewnętrzne katusze na widok jej opiętych skórzanych spodni, przyciągając ją do siebie. Sadzając ją na swoich kolanach, samemu opierając się na łokciach na trawie, na której by usiedli. Patrzeć w jej oczy i w gwiazdy nad głową, porównując ich blask i odcień niebieskiego. Pić wino, szampana czy cokolwiek innego, co zgarnęliby razem z butelką z jednego z tych przepastnych stołów.
A potem? Potem zabrać ją do domu. Swojego. Jej. Gdziekolwiek, gdzie mogliby zostać we dwoje. Razem. Tylko oni i nikt więcej, za to pierwszy raz w ten właściwy sposób.
Tyle tylko, że nie wiedział, co tkwiło pod tymi blond włosami, w które wplótł uciekający kwiat. Prócz tamtego balu wiele lat wstecz, wydawałoby się, że całe wieki temu, nie dała mu nic do zrozumienia. Przynajmniej wybierał taką myśl, bo w teorii istniało wiele możliwości, ale wybór niewłaściwej byłby znacznie trudniejszy do przełknięcia aniżeli tkwienie w tym czymś.
Nachylanie się ku Geraldine w milczeniu, może trochę za długim, zanim wreszcie szepnął jej do ucha to, co planował powiedzieć zanim kolejny raz stracił słowa w gardle.
To się nie zdarzało, więc czemu tym razem musiało być inaczej niż zwykle? A przede wszystkim, czemu gdzieś tam w głębi duszy nawet chciał, aby tak było? Tyle tylko, że ponownie w trochę inny sposób niż to wychodziło. Czy tam nie wychodziło, bo praktycznie od tamtego zimowego poranka nic nie szło zgodnie z jakimkolwiek planem.
- Masz farta, moja droga, że nie trafiłaś na kogoś kto zjadłby cię żywcem za przetrzewianie gatunków grożących wyginięciem - mruknął do niej, znowu to robiąc, kopiąc sobie płytki grób tym jednym słowem, które gdyby tylko mogło być prawdą, przyniosłoby mu dozę odtrutki na powolną truciznę, ale nie było. - Za mocno do ciebie pasują, bym mógł się na ciebie wściekać, ale dla własnego dobra lepiej nie paraduj z nimi w okolicach grup botaników - no i znowu, ponownie zamemłał językiem, ale przecież nikt nie zabraniał mówić przyjaciółkom, że pięknie wyglądają, czyż nie?
Miał oczy. Zdecydowanie miał oczy. Teraz przez chwilę wpatrzone w błękitne sadzawki nasuwające mu na myśl tereny, z których pochodziły te kwiaty. Nieliczne, nikt nie przetrzepał ich aż tak bardzo, lecz z pewnością przyciągające spojrzenie. Tak jak cała Geraldine. Zapierała dech w piersiach, przyprawiała o falę gorąca, wywoływała duszności i szybsze bicie serca.
Aconitum napellus. Akonit. Tojad. Odpowiednia dawka leczyła, zbyt wiele potrafiło zabić. Gdzie leżała granica?
Chętnie by ją przekroczył.
A jednak uśmiechnął się pod nosem i wyprostował się, tym razem z rękami opartymi za plecami o zimny marmur. Potrzebował trochę dotyku czegoś chłodnego, co by go otrzeźwiło. Wypity alkohol chyba trochę zbyt mocno zaczął buzować Greengrassowi w głowie. Skłaniał ku podejmowaniu pochopnych decyzji i ku naruszaniu strefy prywatności, którą przecież mimo wszystko mieli, bo byli przyjaciółmi.
- Znasz mnie. Aprobata społeczna nie jest dla mnie wszystkim - odrzekł gładko, kwitując to wzruszeniem ramion. - Próbujesz wmanewrować mnie w przyznanie, że w zakresie elegancji, wszystkie panny tutaj mogą próbować ssać ci... ...nektar z kwiatów? - Tym razem wyszczerzył do niej zęby w przelotnym uśmiechu, po czym lekko pokręcił głową.
Oczywiście, że nią była. Najbardziej oszałamiającą kobietą w towarzystwie. Kimś, kto przyciągał spojrzenia, gdziekolwiek szedł. Choć bardziej płynął? Płynęła w tej kwiatowej sukni, roztaczając wokół siebie zapach kwiatów i sprawiając, że mężczyźni obracali za nią głowy. To był celowy efekt, to z pewnością musiało Geraldine schlebiać, natomiast Ambroise?
Ambroisa to drażniło.
Nawet jeśli spędzali ze sobą znaczne ilości czasu, robili razem rzeczy, jedli posiłki, sypiali nawzajem w swoich mieszkaniach to wciąż było mało, niewystarczająco, szczególnie w obliczu świadomości tego, że to w każdej chwili mogło całkowicie się skończyć. Miała tyle możliwości a on? Odnosił wrażenie, że nie traktowała go jak jedną z nich.
Nie chciał być opcją, rzecz jasna, ale to go powstrzymywało przed tym kolejnym (a może właściwie to pierwszym znaczącym?) ruchem. Nie chciał tego spierdolić. Nie chciał stracić jej przyjaźni, nawet jeśli był bliski stwierdzenia, że już mu to nie wystarczało. Nie od dawna. Chyba nie od nigdy.
- Wiesz, że to jak nic da się załatwić - odpowiedział od razu, gotowy zaoferować się w tym zakresie nawet teraz, jeśli to znaczyłoby, że pójdą stąd w jakieś inne miejsce.
Wcale nie potrzebował tego balu, szczególnie że obecność osób trzecich nijak nie pomagała, tylko wyłącznie jej towarzystwa.
- Choć widzę, że twoje podstawy nie są takie ułomne - stwierdził całkiem otwarcie, wymownie się przy tym uśmiechając, po czym mimowolnie spoważniał, przenosząc spojrzenie na oczy Geraldine. - Zapewniam cię, że to nie większa obraza od mówienia o tobie drosera rotundifolia, a czy to komplement? Ty mi powiedz - umknął, wybrnął, nie pozwalając sobie na odwrócenie wzroku ani drgnienie powieki czy mięśnia na twarzy.
Zaczynał mimowolnie robić się w tym przy niej coraz lepszy. I zarazem coraz gorszy. Tu nie było środka.
- Mówią o niej, że jest królową roślinnych trucizn - odpowiedział w zamyśleniu, przenosząc wzrok na tłum.
A jednak w odpowiednim stężeniu i dawce leczyła. Wykorzystywali ją do przynoszenia ulgi wzgardzonym, jednocześnie będąc bliskimi temu, by wykorzystać ją inaczej - do pozbycia się ich na stałe. Chcieliby to zrobić. W białych rękawiczkach, bo to nie oni przynieśliby śmierć. Tylko dawka, którą mogliby następnie demonizować. Tak jak całą roślinę.
- Wyniosła, elegancka i mordercza. Zabójczo precyzyjna. Nie powiesz mi, że to nie pasuje - stwierdził zamiast zagłębiać się w resztę szczegółów.
Bo przecież w życiu nie powiedziałby jej o tym, że za każdym razem, gdy spędzał z nią więcej i więcej czasu, trochę mocniej biło mu serce.
Nie wszyscy byli tak prości i głupi, na jakich się kreowali. Znał naprawdę wiele osób korzystających z tego niewinnego czaru, ukrywających pod tym swoje ciemniejsze intencje, jednak w większości to byli naprawdę prości ludzie. Kupowali również prostą rozrywkę, wyłącznie opakowaną w odpowiedni papierek w taki sposób, aby sprawiała wrażenie czegoś eleganckiego i wysublimowanego.
W rzeczywistości nie odróżniliby Dom Perignona od Bollingera, a gdyby przelać im ruski szampan do butelki po którymś z tych alkoholi, klaskaliby jajami, wyczuwając nieistniejące nuty i zarzekając się, że to, co piją jest wytrawne i pieruńsko warte swojej ceny.
- Nie bądź przesadnie skromna. Pamiętaj, że widziałem cię w akcji. Masz więcej doświadczenia niż on charyzmy. Mogłabyś mu bez problemu utrzeć nosa, gdybyś tylko chciała - spojrzał na nią, bez skrupułów wypowiadając swoją opinię, bo czego jak czego, tego był pewien. - Choć nie warto. To tylko... ...mała fioletowa pchełka, co nie? Zaraz skoczy stąd na swoją kolejną wyprawę do krainy wyobraźni - tego również Ambroise był zupełnie pewny.
Gdyby tylko tę pewność przełożył na cokolwiek innego tego i nie tylko tego wieczoru. Na to, co się między nimi działo. Co było złudzeniem, myśleniem życzeniowym a co faktami. Co było spojrzeniem posyłanym mu jako jego najdroższa przyjaciółka, co zaś wzrokiem kobiety, dla której mógłby pożegnać ich zbyt długie momenty ciszy, dusząco elektryzujący dotyk i te wszystkie chwile, kiedy wahał się, żeby cofnąć dłoń i odwrócić wzrok jak szczeniak, którym przecież nie był.
- To zależy, bo nie zdradziłaś mi go jeszcze w całości - nie mógł nic poradzić na tę nutę sugestii, która wkradła się w ton jego głosu w trakcie wypowiedzi.
Czy widziała tam dla niego miejsce? Czy uwzględniała go w swoim planie? Czy ten wieczór również mogli spędzić razem? Nie mówił o tym, z kim tu przyszedł (z nikim - brzmiałaby odpowiedź). Ona również nie zająknęła się, czy z kimś tu była.
Myślenie o tym, że mogliby stąd wyjść razem było tak samo kuszące, jak i podstępne, bo wiedział jak to powinno wyglądać. Wyszliby stąd ze sobą, ale niezupełnie razem. Wróciliby do jednego mieszkania, gdzie spędziliby noc, ale ponownie - nie wspólnie, nie razem. Tylko z osobna. Jak zawsze.
- Snowdońska lilia - poprawił ją z nieznacznym uśmiechem, pobłażliwie, ale czulej niż zamierzał, choć z wyczuwalną nutą goryczy.
Niemal całkowity brak orientacji w botanice zazwyczaj trochę go irytował, lecz nie w tym przypadku. Na ogół twierdził, że wychodząc z Hogwartu wypadało choć trochę orientować się w zakresie roślin rosnących na rodzinnych terenach(przy czym jego trochę było raczej rygorystyczne), bo zajęcia z Zielarstwa nie były jakieś wyjątkowo trudne. Stąpając po ziemi wypadało orientować się w przynajmniej podstawowym zakresie, czym cieszyło się oczy, ale Geraldine była wyjątkiem. W większym stopniu niż mogła stwierdzić.
Choć może to wiedziała? Ambroise czasami odnosił wrażenie, że sobie z nim pogrywała.
- To relikt epoki lodowcowej. Występuje głównie w wyższych pasmach górskich, u nas w trudno dostępnych partiach parku narodowego w Snowdonii. Stąd jedna z nazw. W... ...Cwm Idwal, tak? - Spytał ponownie, kolejny raz wcale nie oczekując odpowiedzi ani poprawy fatalnej wymowy, jaką zapewne się teraz posługiwał, wcale nie zamierzając przestać rzucać tymi językowymi łamańcami.
Poza tym szło mu dobrze, nie? Przynajmniej w tym jednym zakresie starał się chociaż trochę błyszczeć zrozumieniem dla reguł wymowy głosek i innych takich. Szczególnie, że w zakresie magicznych zwierząt nie planował się niczym wykazać ani pokazać. To było wykluczone.
- Gdybym był bardzo upierdliwy, podkreśliłbym ten fragment o relikcie epoki lodowcowej, dodałbym informację o tym, że te u nas są nieco inne niż w reszcie krajów, przez co zasługują na specjalną uwagę. A na koniec okraszyłbym to informacją o byciu gdzieś pomiędzy kategorią EN a VU - stwierdził przyciszonym głosem, jednoznacznie rozkładając przy tym ręce oparte na kolanach, posyłając Yaxleyównie minę w stylu ale przecież jestem miły, prawda? sygnowaną charakterystycznym, nawet jeśli w tym momencie wymuszonym uśmiechem.
Nie mógł zbyt wiele poradzić na to, że musiał, po prostu musiał ponownie się ku niej nachylić. Naprawdę starał się utrzymać konieczny dystans, jednocześnie mając wrażenie, że im bardziej usiłuje to robić, tym więcej okoliczności pcha do do tego, aby ponownie zacząć szeptać jej do ucha.
Tak jak teraz, bo przecież nie chcieli prowadzić otwartych rozmów na tematy, które mogły im przynieść zainteresowanie ze strony otoczenia, prawda? Chodziło wyłącznie o to. O dyskrecję, którą Ambroise przecież bardzo sobie cenił, starając się zachować zimną krew, gdy poczuł zapach jej perfum otaczających jego nozdrza.
Nie był natrętem ani desperatem. Praktycznie nigdy nie musiał się miarkować. Nie zwykł do tego, by macerować się w tłumionych pragnieniach, musieć bardziej niż kiedykolwiek wcześniej kontrolować emocje, bo inaczej był niemal pewien, że to one zaczęłyby kontrolować jego. A wtedy wszystko mogłoby się spektakularnie zawalić.
Bowiem przecież nie bez powodu nigdy nie okazała mu swojego zainteresowania. Była jedną z nielicznych kobiet, przy których całkowicie nie wiedział jak powinien się zachować. Przynajmniej od czasu tamtej wizyty we dworze, bo wcześniej reguły gry były zupełnie inne. Nawet jeśli wielokrotnie się zmieniały, nigdy nie było między nimi czegoś takiego.
Tego, czego Ambroise nie umiał interpretować. Ku swojemu niezadowoleniu, irytacji, coraz większemu zmęczeniu, bo choć cenił sobie każde ich spotkanie, te dni i godziny spędzone wspólnie na poszukiwaniu odpowiedzi, co stało się wtedy w tamtej posiadłości, albo po prostu na rozmowach o wszystkim i niczym, to ta gęstniejąca atmosfera mieszała mu w głowie.
Yaxleyówna była najprawdopodobniej jedyną osobą, która tak mocno opierała się jego wdziękowi, wszystkim tym drobnym gestom, które gdzieś tam mimowolnie wplatał. Przynajmniej z początku ostrożnie starając się wybadać grząski grunt, odnaleźć granice tego, kim mogli dla siebie być, bo...
...musiał być tu ze sobą całkowicie szczery: nigdy nie planował zostawać jej przyjacielem. Przenigdy. To był kolejny, tym razem niechciany splot wydarzeń. Kilka pochopnie rzuconych słów, parę przytaknięć głową za dużo, dziwna i niewłaściwa skłonność ku temu, by nagle zacząć zapominać przy niej języka w gębie, co cholernie niewygodnie nigdy wcześniej mu się nie zdarzyło.
Nawet nie pamiętał kto pierwszy rzucił tę sugestię. Kto tak właściwie uczynił z nich kolegów, dobrych znajomych, tych przeklętych (chyba dosłownie też) przyjaciół. Miał nadzieję, że nie on, bo... ...no nie chciał tego. W żadnym momencie. Aż za dobrze za to zdawał sobie sprawę z tego, że już ją kiedyś całował i to, to było znacznie bardziej właściwe.
Było tym, co chciał z nią robić. Zaszyć się w labiryncie z dala od reszty przyjęcia, pić alkohol, móc całkowicie swobodnie patrzeć w błękitne tęczówki, pozwalając sobie na dotyk bez konieczności cofania dłoni, jakby sparzyło go ciepło jej skóry. Bo tak nie było. Paliło go, to prawda, ale też przyciągało.
Chciał zatopić palce w pośladkach dziewczyny, tyle razy wcześniej cierpiąc wewnętrzne katusze na widok jej opiętych skórzanych spodni, przyciągając ją do siebie. Sadzając ją na swoich kolanach, samemu opierając się na łokciach na trawie, na której by usiedli. Patrzeć w jej oczy i w gwiazdy nad głową, porównując ich blask i odcień niebieskiego. Pić wino, szampana czy cokolwiek innego, co zgarnęliby razem z butelką z jednego z tych przepastnych stołów.
A potem? Potem zabrać ją do domu. Swojego. Jej. Gdziekolwiek, gdzie mogliby zostać we dwoje. Razem. Tylko oni i nikt więcej, za to pierwszy raz w ten właściwy sposób.
Tyle tylko, że nie wiedział, co tkwiło pod tymi blond włosami, w które wplótł uciekający kwiat. Prócz tamtego balu wiele lat wstecz, wydawałoby się, że całe wieki temu, nie dała mu nic do zrozumienia. Przynajmniej wybierał taką myśl, bo w teorii istniało wiele możliwości, ale wybór niewłaściwej byłby znacznie trudniejszy do przełknięcia aniżeli tkwienie w tym czymś.
Nachylanie się ku Geraldine w milczeniu, może trochę za długim, zanim wreszcie szepnął jej do ucha to, co planował powiedzieć zanim kolejny raz stracił słowa w gardle.
To się nie zdarzało, więc czemu tym razem musiało być inaczej niż zwykle? A przede wszystkim, czemu gdzieś tam w głębi duszy nawet chciał, aby tak było? Tyle tylko, że ponownie w trochę inny sposób niż to wychodziło. Czy tam nie wychodziło, bo praktycznie od tamtego zimowego poranka nic nie szło zgodnie z jakimkolwiek planem.
- Masz farta, moja droga, że nie trafiłaś na kogoś kto zjadłby cię żywcem za przetrzewianie gatunków grożących wyginięciem - mruknął do niej, znowu to robiąc, kopiąc sobie płytki grób tym jednym słowem, które gdyby tylko mogło być prawdą, przyniosłoby mu dozę odtrutki na powolną truciznę, ale nie było. - Za mocno do ciebie pasują, bym mógł się na ciebie wściekać, ale dla własnego dobra lepiej nie paraduj z nimi w okolicach grup botaników - no i znowu, ponownie zamemłał językiem, ale przecież nikt nie zabraniał mówić przyjaciółkom, że pięknie wyglądają, czyż nie?
Miał oczy. Zdecydowanie miał oczy. Teraz przez chwilę wpatrzone w błękitne sadzawki nasuwające mu na myśl tereny, z których pochodziły te kwiaty. Nieliczne, nikt nie przetrzepał ich aż tak bardzo, lecz z pewnością przyciągające spojrzenie. Tak jak cała Geraldine. Zapierała dech w piersiach, przyprawiała o falę gorąca, wywoływała duszności i szybsze bicie serca.
Aconitum napellus. Akonit. Tojad. Odpowiednia dawka leczyła, zbyt wiele potrafiło zabić. Gdzie leżała granica?
Chętnie by ją przekroczył.
A jednak uśmiechnął się pod nosem i wyprostował się, tym razem z rękami opartymi za plecami o zimny marmur. Potrzebował trochę dotyku czegoś chłodnego, co by go otrzeźwiło. Wypity alkohol chyba trochę zbyt mocno zaczął buzować Greengrassowi w głowie. Skłaniał ku podejmowaniu pochopnych decyzji i ku naruszaniu strefy prywatności, którą przecież mimo wszystko mieli, bo byli przyjaciółmi.
- Znasz mnie. Aprobata społeczna nie jest dla mnie wszystkim - odrzekł gładko, kwitując to wzruszeniem ramion. - Próbujesz wmanewrować mnie w przyznanie, że w zakresie elegancji, wszystkie panny tutaj mogą próbować ssać ci... ...nektar z kwiatów? - Tym razem wyszczerzył do niej zęby w przelotnym uśmiechu, po czym lekko pokręcił głową.
Oczywiście, że nią była. Najbardziej oszałamiającą kobietą w towarzystwie. Kimś, kto przyciągał spojrzenia, gdziekolwiek szedł. Choć bardziej płynął? Płynęła w tej kwiatowej sukni, roztaczając wokół siebie zapach kwiatów i sprawiając, że mężczyźni obracali za nią głowy. To był celowy efekt, to z pewnością musiało Geraldine schlebiać, natomiast Ambroise?
Ambroisa to drażniło.
Nawet jeśli spędzali ze sobą znaczne ilości czasu, robili razem rzeczy, jedli posiłki, sypiali nawzajem w swoich mieszkaniach to wciąż było mało, niewystarczająco, szczególnie w obliczu świadomości tego, że to w każdej chwili mogło całkowicie się skończyć. Miała tyle możliwości a on? Odnosił wrażenie, że nie traktowała go jak jedną z nich.
Nie chciał być opcją, rzecz jasna, ale to go powstrzymywało przed tym kolejnym (a może właściwie to pierwszym znaczącym?) ruchem. Nie chciał tego spierdolić. Nie chciał stracić jej przyjaźni, nawet jeśli był bliski stwierdzenia, że już mu to nie wystarczało. Nie od dawna. Chyba nie od nigdy.
- Wiesz, że to jak nic da się załatwić - odpowiedział od razu, gotowy zaoferować się w tym zakresie nawet teraz, jeśli to znaczyłoby, że pójdą stąd w jakieś inne miejsce.
Wcale nie potrzebował tego balu, szczególnie że obecność osób trzecich nijak nie pomagała, tylko wyłącznie jej towarzystwa.
- Choć widzę, że twoje podstawy nie są takie ułomne - stwierdził całkiem otwarcie, wymownie się przy tym uśmiechając, po czym mimowolnie spoważniał, przenosząc spojrzenie na oczy Geraldine. - Zapewniam cię, że to nie większa obraza od mówienia o tobie drosera rotundifolia, a czy to komplement? Ty mi powiedz - umknął, wybrnął, nie pozwalając sobie na odwrócenie wzroku ani drgnienie powieki czy mięśnia na twarzy.
Zaczynał mimowolnie robić się w tym przy niej coraz lepszy. I zarazem coraz gorszy. Tu nie było środka.
- Mówią o niej, że jest królową roślinnych trucizn - odpowiedział w zamyśleniu, przenosząc wzrok na tłum.
A jednak w odpowiednim stężeniu i dawce leczyła. Wykorzystywali ją do przynoszenia ulgi wzgardzonym, jednocześnie będąc bliskimi temu, by wykorzystać ją inaczej - do pozbycia się ich na stałe. Chcieliby to zrobić. W białych rękawiczkach, bo to nie oni przynieśliby śmierć. Tylko dawka, którą mogliby następnie demonizować. Tak jak całą roślinę.
- Wyniosła, elegancka i mordercza. Zabójczo precyzyjna. Nie powiesz mi, że to nie pasuje - stwierdził zamiast zagłębiać się w resztę szczegółów.
Bo przecież w życiu nie powiedziałby jej o tym, że za każdym razem, gdy spędzał z nią więcej i więcej czasu, trochę mocniej biło mu serce.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down