Nie lubił powagi - ale o tym już chyba było mówione. Nie oznaczyło to, że po nią czasami nie sięgał. Jak w tym przypadku. Okej, było trochę spięcia, trochę sobie pożartowali, to teraz mogą spróbować powiedzieć parę słów na poważnie. Zdawał sobie sprawę, że jego nastroje były bardzo chwiejne i bardzo zależne od towarzystwa. Ponieważ jednak Victoria nie była tylko chwilowym towarzystwem, wyglądało na to, że miała się dokopać gdzieś głębiej. Zadał sobie właśnie pytanie - jak głęboko. Gdzie chciał wyrysować granicę. Bo gdzieś musiał. Tak długo, jak długo nie dostanie sygnału, że Victorię można wdrożyć w szeregi Śmierciożerców, tak długo była osobą, którą należało trzymać na bezpieczny dystans. Wydawało mu się nawet, że ona nigdy nie powinna zostać wdrożona. Z tej perspektywy, z jakiej ją poznał to nawet jeśli nie była studnią emocji to miała w sobie dobro. Jego dobrze traktowała, jak dotąd. Nawet jeśli niektóre rzeczy mu się nie podobały, ale nie był taki w to zapatrzony, żeby sobie nie zdawać sprawy, że nie ma ideałów.
- Heh, nie chodzi mi nawet o związki. - Nigdy się jakoś wybitnie nie zakochał. Podziwiał, wpatrywał jak w obrazki, byli ludzie, którzy mu się podobali - niezależnie od płci. Ale to były fascynacje artystyczne. Nigdy nie czuł, żeby ktoś go do siebie przyciągał magnetycznie, żeby wpatrywał się w święty obrazek panienki i pragnął być z tą osobą. Czasem się zastanawiał dlaczego. Czego mu brakowało, że nie przeżył czegoś takiego. Z perspektywy jednak to i lepiej. Bo nikt nie byłby szczęśliwy przy takim obrocie spraw. - Tylko się kurwa nie spodziewałem, że wymyślą małżeństwo po mojej śmierci. - Uśmiechnął się kącikiem, cynicznie. Jak już było powiedziane - wolał się śmiać, niż płakać. A to było zupełnie popierdolone i chociaż też był przyzwyczajany do tej myśli (oczywiście sięę buntował, jakżeby inaczej) to jednak nie wpadł nawet na pomysł, że ożenią kogokolwiek z wampirem. Że ktokolwiek zechce takiego małżeństwa. - Ay, nie jest. Niestety jestem całkiem popierdolony. - Zgadzał się z nią, ale nie starał się żywić tej bestii. Ona tam była, siedziała i tkwiła jak kolec kaktusa w paluchu. Niby możesz go wyciągnąć pęsetą, ale nie zawsze się uda. - Jesteś zadziwiająco spokojna. - To tak jeśli mówimy o strachu i o tym, co jest zdrowe a co nie. Że zachowanie spokoju zdrowe było, tak, było. Ale jednocześnie było dość dziwne. Chociaż widział w niej pewne zawahania po ich akcji. - Dziękuję, że posprzątałaś po tamtej akcji. - Dziękował jej już? Wydawało mu się, że nie. Nie przepadał za przeprosinami, podziękowaniami i innymi takimi. Ale tutaj jednak miałby trochę problemów bez tego. Nie chciał mieć do czynienia z ministerstwem. To mogłoby pociągnąć lawinę przykrych zdarzeń. - A że jesteś nadmiernie spokojna jak na to, że prędzej czy później się coś spieprzy. A to boli. Ugryzienie. Boli jak sam skurwysyn. - Nie było jak w tych wszystkich książkach romantycznych, a w podręcznikach raczej nie wspominali o tym. Nie chciał jej straszyć jakkolwiek. To była po prostu realna wizja.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.