29.11.2024, 18:53 ✶
- Wiem, że chętnie byś się z nimi skonfrontowała, ale to potrafią być naprawdę specyficzni ludzie. Piętnaście razy ja specyficzni. To zupełnie tak, jakbym, dajmy na to, próbował kłócić się z twoimi łowcami o, no nie wiem, słuszność polowań na krokodyle w styczniu w Nottingham? - Rzucił, obdarzając Geraldine wymownym spojrzeniem.
No, niby mogła to robić. Mogła z nimi nawet wygrać potyczkę, ale takie starcie nie miałoby większego sensu ani żadnego znaczenia poza tym, że dałoby gawiedzi pożywkę. A przecież mogli spożytkować ten czas na czymś przyjemnym.
Nie, nie na tym. Nie na tym, co przeszło mu na myśl po usłyszeniu tej propozycji dołączenia do jej jednoosobowego after-party. To nie byłoby nic szczególnego, więc czemu teraz zabrzmiało tak, że Ambroise mimowolnie uniósł brwi?
- Chętnie? - Całkowicie bez potrzeby nadał temu pytający ton, bo przecież to nie było nic nietypowego; często wracali wspólnie. - Myślę, że możesz potrzebować pomocy w tym, żeby to zrzucić na podłogę - dodał od razu, płynnie i bez zawahania.
Bez zastanowienia?
- Gorset - odruchowo machnął ręką w nieokreślonym geście, rysując jakiś pokraczny wzór w powietrzu, tym razem podświadomie unikając spojrzenia Geraldine - wydaje się strasznie mocno poplątany na plecach. Mogłabyś się z niego sama nie wyplątać a do wtorku jeszcze daleko - wyjaśnił pokrótce, starając się nadać temu bardziej właściwy kontekst.
Poprzednie znaczenie było zbyt wieloznaczne, nawet jak na jego gusta. Nawet jeśli było jednocześnie znacznie bardziej zgodne z intencjami, jakie najchętniej by mu przyświecały to nie zamierzał dawać Yaxleyównie do zrozumienia, że gdy tylko wrócą do któregoś mieszkania, zrobi się znacznie bardziej niezręcznie.
Nie próbował jej się narzucać. Uśmiechnął się do niej krzywo i wzruszył ramionami.
- Rzecz jasna, o ile nie postanowisz ulotnić się stąd z kimś wcześniej, bo ja nie zamierzam się stąd jeszcze zmywać - słowa ledwo przecisnęły mu się przez gardło, ale powiedział je bez mrugnięcia oka.
Skoro już tak bardzo brnęli w tę (pozorną, przynajmniej ze strony Greengrassa) neutralność to czuł się zobowiązany do rozluźnienia atmosfery po tym, co pochopnie powiedział chwilę wcześniej. Nie to, żeby mu to pasowało. Wręcz był poirytowany swoim nagłym nastawieniem, ślizganiem się jak węgorz, memłaniem językiem i zachowywaniem się jak ktoś kto stracił przytomność umysłu.
To po cholerę to robił?
Zawsze sobie cenił konkrety, więc czemu ich tu nie było? Dlaczego byli ich coraz bardziej pozbawieni w tej relacji? Tak właściwie to jednocześnie miał wrażenie, że budują sobie nawyki, przyzwyczajenia, pewne rutyny i że to wszystko może momentalnie się rozpieprzyć, bo brakuje w tym bardzo istotnych szczegółów. Że znają się i są sobie obcy, że kręcą się w kółko. Może to on się kręci?
- Powiedzmy, że trochę tu przestrzeliłaś, bo moje przekonania są... ...specyficzne. Ze mną też by się nie zgodzili - odparł lekko, bez większego trudu sugerując coś, co nieczęsto padało z jego ust.
Nie każdemu dałby do zrozumienia, że jego podejście do korzystania z roślin trochę wykraczało poza trzymanie ich nieruszonych za szkłem. Nie miałby najmniejszego problemu z tym, aby naruszyć coś tylko dlatego, że widziałby w tym coś konkretnego.
Nie niszczył natury, ale nie był zwolennikiem chowania jej przed światem, szczególnie że wystarczyłoby trochę dobrej woli, żeby zapewnić lilijkom alpejskim więcej miejsca. A potem móc bez obaw wplątać je we włosy pięknym pannom.
- Nie wystarczył ci ostatni rok? - Tym razem autentycznie go zaskoczyła, wywołując u niego niepoważne, zdziwione spojrzenie i zacmokanie wymownie. - Jakoś szybko zapomniałaś, jaką szczerą i żywą abominację wywołuje u ciebie moja barwna irytacja - stwierdził pobłażliwie, kręcąc głową.
Lepiej, żeby do tego nie wracali. Zdecydowanie nie chciał powracać do tamtego okresu, który zaczął się dokładnie tak nieoczekiwanie jak się skończył. I najlepiej, jeśli pozostałby pogrzebany w przeszłości a karty, na których go zapisali, spłonęły w kominku. Teraz było lepiej, nawet jeśli zapanował między nimi inny rodzaj napięcia.
A może tylko mu się wydawało i to było jednostronne? W końcu była pierwszą dziewczyną, która zdawała się być zupełnie odporna na jego urok osobisty. Może to sprawiało, że wyobrażał sobie jakieś niestworzone rzeczy?
Wcale nie chciał tak o tym myśleć, odsuwał to od siebie od razu, gdy pojawiło się w jego głowie. Natomiast ta atmosfera była gęsta. Trudna do zinterpretowania. Nie tylko teraz podczas balu, na którym wszystko miało być takie - eteryczne i mistyczne. Nawet w bladym świetle dnia na środku ruchliwej Pokątnej było takie.
- To tak czy nie? Musisz się na coś zdecydować - odpowiedział z błyskiem w oku, całkowicie świadomie używając tego jednego konkretnego słowa, o którym doskonale wiedział, jaką reakcję wywoła. - Nie sądzę, byś potrzebowała słyszeć ode mnie komplementy, bo wiesz, mogę być w nich bardzo jawnie nieobiektywny - bardzo nieznacznie wzruszył ramionami, poruszając przy tym brwiami w taki sposób, aby ten cholerny przyjaciel mógł wybrzmieć przy tym bez jakichkolwiek rozgoryczonych słów.
- Och, zapewniam cię. Zauważyli. Po prostu nikt nie ma jaj, żeby ci o tym powiedzieć - emanował pewnością, gdy to mówił, nawet jeśli gdzieś pomiędzy na chwilę przebiegł wzrokiem po tłumie, dopiero po kilku sekundach powracając wzrokiem do Geraldine.
Ambroise uśmiechnął się do niej, jednakże nawet w tym uśmiechu nie kryło się wyłącznie rozbawienie. Jak najbardziej zdawał sobie sprawę z tego, że jakiekolwiek pochwały z jego strony w kierunku Geraldine miały być brane pod uwagę w kategorii nieobiektywnego pierdolenia kogoś kto stara się podbudować jej pewność siebie, bo przecież tak robili kumple. Prawda?
Przyklaskiwali w odpowiednich momentach. Kiwali głową, unosili kciuki, dawali wyraz aprobacie. Mówili dajesz, dziewczyno, masz to! we wszystkich przypadkach, w których to było konieczne. Byli w stanie z łatwością i niewymuszenie dać do zrozumienia, że gdyby chciała to miałaby niezliczone możliwości w życiu. Całe wachlarze opcji do wykorzystania.
W tym takich, o których decydował się z nią nie rozmawiać, bo z tego wszystkiego nie zamierzał być aż takim dobrym przyjacielem, aby świadomie przymuszać się do przyklaskiwania jej w nawiązywaniu relacji romantycznych z jakimiś elementami godnymi pogardy. Nie planował jej wielokrotnie podkreślać, ile głów się za nią obracało ani mówić, że to w żadnym razie nie było związane z wysokim wzrostem. A nawet, jeśli to co?
Był facetem, myślał jak facet, zdecydowanie miał oczy i wyczucie tego, co wisiało w powietrzu. Niemożliwie go wkurwiając za każdym razem, bo zdawał sobie sprawę z tego, ile z tych spojrzeń kryło w sobie chęć zostania owiniętym długimi nogami. Może nie zawsze w szpilkach (choć cholera), bo część z tamtych mężczyzn miała nieuświadomione kompleksy na punkcie wzrostu względem kobiet.
Natomiast w dalszym ciągu, w gruncie rzeczy, to wcale nie było takie skomplikowane. A wzgarda? Była wyłącznie czymś na pokaz. Elementem strategii. Chujowej, a i owszem, ale strategii. Przyciąganie przez odpychanie - naprawdę niskie loty, lecz ostatecznie bardzo skuteczne wśród postępująco niepewnych siebie panien, które w pewnym momencie miały wrażenie, że są potworami i każdy przejaw podziwu spotykał się z ogłupiającą ulgą.
Nie życzył tego swojej drogiej przyjaciółce dlatego (i tylko dlatego - naprawdę) odzywając się komplementująco. To wcale nie tak, że chciał ją tym zaciągnąć do łóżka. To znaczy...
...nie tym i już nie... ...a jednak tak, choć jednocześnie nie. Nie w ten sposób, w inny sposób. Nie jednostronnie - obustronnie. Nie na chwilę - na stałe. Nie po to, co zazwyczaj przyszłoby mu naturalnie, bo to, czymkolwiek to było nie przychodziło mu niewymuszenie. Miotał się i plątał, i go to wkurwiało, lecz z pewnością nie tak jak tamci faceci.
Nawet ten jeden, któremu teraz odruchowo posłał ostrzegawcze spojrzenie, znowu zmieniając pozycję ciała i kierując wzrok na Geraldine.
- Jak szybko znika? - Spytał pochylając się ku niej odruchowo (proszę bardzo, gościu, ostrzeżenie numer jeden ), w pierwszym ruchu chcąc ponownie poprawić jeden z kwiatów, ale powstrzymując się przed tym zanim znowu zaczęło się robić dziwnie. - Ten czar? - Nie to, żeby to cokolwiek dało, bo i tak było między nimi... ...gęsto.
Zastanawiał się czy też to dostrzegała. Co mogło kryć się w oczach Yaxleyówny za tą delikatną maseczką, o czym myślała w tej chwili. Czy nie dostrzegała w tym wszystkim nic niestandardowego, co wykraczałoby poza granice zwykłej przyjaźni. Tak właściwie to gdzie te granice leżały?
Ambroise przez znaczną część życia otaczał się kobietami i to nie wyłącznie w sensie erotycznym. Miał wiele kuzynek, szczególnie starszych, z którymi spędzał czas jako dzieciak. Później też w nastoletnich latach i gdzieś tam nadal utrzymywali kontakt.
Miał niezliczone ciotki, niektóre nawet w jego wieku. Młodszą siostrę. Kilka całkiem platonicznych przyjaciółek. W tym jedną, z którą był znacznie bardziej blisko niż z rodzoną siostrą. Tam nigdy nie było tego. Czymkolwiek to było i czymkolwiek miało być.
- Możliwe, że go znalazłaś. Tylko nie wiem, na co się przygotować. Czy to dotyczy tylko twoich technicznych umiejętności? Czy ten pierwszy czar już mamy za sobą. Znikł? To był Mung? Później? Jeszcze później? Teraz cię lubię - bardzo, cholernie mocno - więc wolę przy tym pozostać, nie? - Zakończył ciszej niż zaczął, przestając rozciągać kąciki ust w uśmiechu i nie obdarzając jej już tym samym spojrzeniem.
Odnosił wrażenie, że te wszystkie słowa mimowolnie nabrały niewłaściwego tonu. Nie były niekulturalne, nie. Nie były czepliwe ani uszczypliwe. W tym tkwiła istota problemu, że nie były zaczepne w tym sensie, w jakim powinny być. Nie w koleżeńskiej gadce. Nie były stricte neutralne ani wesołkowate. Było im znacznie bliżej do tego, żeby mógł w następnej chwili pchnąć je w niewłaściwym kierunku.
Gdyby pociągnął je dalej, przekroczyłyby tę cienką granicę między niezobowiązującą rozmową dwójki platonicznych przyjaciół a zalążkiem flirtu. Kolejnym, bo przecież nie pierwszym, ale tym razem już śmielszym. Zważywszy na to, że się ku niej pochylał.
Bąbelki szumiały w głowie? Może trochę. Pachnąca mgiełka rozciągała się po ogrodzie, lampy rzucały światło i tworzyły cienie, liście szumiały, kieliszki postukiwały, muzyka grała. Wieczór trwał, ale chwila jakby trochę zgęstniała, dziejąc się wolniej. Czas przestał pędzić, prawie się zatrzymał.
Ambroise mimowolnie przełknął ślinę, zawieszając wzrok na twarzy Geraldine, zanim się nie wyprostował i nie wyciągnął ku niej ręki.
- Mogę? - Rzecz jasna chodziło mu o kieliszek alkoholu w jej dłoni, potrzebował umoczyć w nim usta i zwilżyć gardło, jednocześnie wpatrując się w nią, gdy mówiła o truciznach i ich dawkach. Mimowolnie uniósł brwi. - Od kiedy jesteś też ekspertem toksykologicznym? Zaczynam się zastanawiać czy nie spędzasz ze mną zbyt wiele czasu. Jeszcze przekonam cię do eliksirów - stwierdził starając się zachować powagę na twarzy, jednocześnie nie odpowiadając na tamte słowa o truciźnie, jaką miałaby być.
Nie mógł na nie szczerze odpowiedzieć, niekoniecznie chciał ją teraz okłamywać. Truła go, on dawał się truć. Najlepsze, że wcale nie mogąc powiedzieć, by chciał od tego stronić. Wręcz przeciwnie. To było skomplikowane.
- Nie wiem, kim jesteś, ale ślicznie wyglądasz - odezwał się po chwili lekkim tonem, unosząc kąciki ust. - Tak, tym razem to jawny komplement - bo mógł, prawda?
To nie było nic zdrożnego.
No, niby mogła to robić. Mogła z nimi nawet wygrać potyczkę, ale takie starcie nie miałoby większego sensu ani żadnego znaczenia poza tym, że dałoby gawiedzi pożywkę. A przecież mogli spożytkować ten czas na czymś przyjemnym.
Nie, nie na tym. Nie na tym, co przeszło mu na myśl po usłyszeniu tej propozycji dołączenia do jej jednoosobowego after-party. To nie byłoby nic szczególnego, więc czemu teraz zabrzmiało tak, że Ambroise mimowolnie uniósł brwi?
- Chętnie? - Całkowicie bez potrzeby nadał temu pytający ton, bo przecież to nie było nic nietypowego; często wracali wspólnie. - Myślę, że możesz potrzebować pomocy w tym, żeby to zrzucić na podłogę - dodał od razu, płynnie i bez zawahania.
Bez zastanowienia?
- Gorset - odruchowo machnął ręką w nieokreślonym geście, rysując jakiś pokraczny wzór w powietrzu, tym razem podświadomie unikając spojrzenia Geraldine - wydaje się strasznie mocno poplątany na plecach. Mogłabyś się z niego sama nie wyplątać a do wtorku jeszcze daleko - wyjaśnił pokrótce, starając się nadać temu bardziej właściwy kontekst.
Poprzednie znaczenie było zbyt wieloznaczne, nawet jak na jego gusta. Nawet jeśli było jednocześnie znacznie bardziej zgodne z intencjami, jakie najchętniej by mu przyświecały to nie zamierzał dawać Yaxleyównie do zrozumienia, że gdy tylko wrócą do któregoś mieszkania, zrobi się znacznie bardziej niezręcznie.
Nie próbował jej się narzucać. Uśmiechnął się do niej krzywo i wzruszył ramionami.
- Rzecz jasna, o ile nie postanowisz ulotnić się stąd z kimś wcześniej, bo ja nie zamierzam się stąd jeszcze zmywać - słowa ledwo przecisnęły mu się przez gardło, ale powiedział je bez mrugnięcia oka.
Skoro już tak bardzo brnęli w tę (pozorną, przynajmniej ze strony Greengrassa) neutralność to czuł się zobowiązany do rozluźnienia atmosfery po tym, co pochopnie powiedział chwilę wcześniej. Nie to, żeby mu to pasowało. Wręcz był poirytowany swoim nagłym nastawieniem, ślizganiem się jak węgorz, memłaniem językiem i zachowywaniem się jak ktoś kto stracił przytomność umysłu.
To po cholerę to robił?
Zawsze sobie cenił konkrety, więc czemu ich tu nie było? Dlaczego byli ich coraz bardziej pozbawieni w tej relacji? Tak właściwie to jednocześnie miał wrażenie, że budują sobie nawyki, przyzwyczajenia, pewne rutyny i że to wszystko może momentalnie się rozpieprzyć, bo brakuje w tym bardzo istotnych szczegółów. Że znają się i są sobie obcy, że kręcą się w kółko. Może to on się kręci?
- Powiedzmy, że trochę tu przestrzeliłaś, bo moje przekonania są... ...specyficzne. Ze mną też by się nie zgodzili - odparł lekko, bez większego trudu sugerując coś, co nieczęsto padało z jego ust.
Nie każdemu dałby do zrozumienia, że jego podejście do korzystania z roślin trochę wykraczało poza trzymanie ich nieruszonych za szkłem. Nie miałby najmniejszego problemu z tym, aby naruszyć coś tylko dlatego, że widziałby w tym coś konkretnego.
Nie niszczył natury, ale nie był zwolennikiem chowania jej przed światem, szczególnie że wystarczyłoby trochę dobrej woli, żeby zapewnić lilijkom alpejskim więcej miejsca. A potem móc bez obaw wplątać je we włosy pięknym pannom.
- Nie wystarczył ci ostatni rok? - Tym razem autentycznie go zaskoczyła, wywołując u niego niepoważne, zdziwione spojrzenie i zacmokanie wymownie. - Jakoś szybko zapomniałaś, jaką szczerą i żywą abominację wywołuje u ciebie moja barwna irytacja - stwierdził pobłażliwie, kręcąc głową.
Lepiej, żeby do tego nie wracali. Zdecydowanie nie chciał powracać do tamtego okresu, który zaczął się dokładnie tak nieoczekiwanie jak się skończył. I najlepiej, jeśli pozostałby pogrzebany w przeszłości a karty, na których go zapisali, spłonęły w kominku. Teraz było lepiej, nawet jeśli zapanował między nimi inny rodzaj napięcia.
A może tylko mu się wydawało i to było jednostronne? W końcu była pierwszą dziewczyną, która zdawała się być zupełnie odporna na jego urok osobisty. Może to sprawiało, że wyobrażał sobie jakieś niestworzone rzeczy?
Wcale nie chciał tak o tym myśleć, odsuwał to od siebie od razu, gdy pojawiło się w jego głowie. Natomiast ta atmosfera była gęsta. Trudna do zinterpretowania. Nie tylko teraz podczas balu, na którym wszystko miało być takie - eteryczne i mistyczne. Nawet w bladym świetle dnia na środku ruchliwej Pokątnej było takie.
- To tak czy nie? Musisz się na coś zdecydować - odpowiedział z błyskiem w oku, całkowicie świadomie używając tego jednego konkretnego słowa, o którym doskonale wiedział, jaką reakcję wywoła. - Nie sądzę, byś potrzebowała słyszeć ode mnie komplementy, bo wiesz, mogę być w nich bardzo jawnie nieobiektywny - bardzo nieznacznie wzruszył ramionami, poruszając przy tym brwiami w taki sposób, aby ten cholerny przyjaciel mógł wybrzmieć przy tym bez jakichkolwiek rozgoryczonych słów.
- Och, zapewniam cię. Zauważyli. Po prostu nikt nie ma jaj, żeby ci o tym powiedzieć - emanował pewnością, gdy to mówił, nawet jeśli gdzieś pomiędzy na chwilę przebiegł wzrokiem po tłumie, dopiero po kilku sekundach powracając wzrokiem do Geraldine.
Ambroise uśmiechnął się do niej, jednakże nawet w tym uśmiechu nie kryło się wyłącznie rozbawienie. Jak najbardziej zdawał sobie sprawę z tego, że jakiekolwiek pochwały z jego strony w kierunku Geraldine miały być brane pod uwagę w kategorii nieobiektywnego pierdolenia kogoś kto stara się podbudować jej pewność siebie, bo przecież tak robili kumple. Prawda?
Przyklaskiwali w odpowiednich momentach. Kiwali głową, unosili kciuki, dawali wyraz aprobacie. Mówili dajesz, dziewczyno, masz to! we wszystkich przypadkach, w których to było konieczne. Byli w stanie z łatwością i niewymuszenie dać do zrozumienia, że gdyby chciała to miałaby niezliczone możliwości w życiu. Całe wachlarze opcji do wykorzystania.
W tym takich, o których decydował się z nią nie rozmawiać, bo z tego wszystkiego nie zamierzał być aż takim dobrym przyjacielem, aby świadomie przymuszać się do przyklaskiwania jej w nawiązywaniu relacji romantycznych z jakimiś elementami godnymi pogardy. Nie planował jej wielokrotnie podkreślać, ile głów się za nią obracało ani mówić, że to w żadnym razie nie było związane z wysokim wzrostem. A nawet, jeśli to co?
Był facetem, myślał jak facet, zdecydowanie miał oczy i wyczucie tego, co wisiało w powietrzu. Niemożliwie go wkurwiając za każdym razem, bo zdawał sobie sprawę z tego, ile z tych spojrzeń kryło w sobie chęć zostania owiniętym długimi nogami. Może nie zawsze w szpilkach (choć cholera), bo część z tamtych mężczyzn miała nieuświadomione kompleksy na punkcie wzrostu względem kobiet.
Natomiast w dalszym ciągu, w gruncie rzeczy, to wcale nie było takie skomplikowane. A wzgarda? Była wyłącznie czymś na pokaz. Elementem strategii. Chujowej, a i owszem, ale strategii. Przyciąganie przez odpychanie - naprawdę niskie loty, lecz ostatecznie bardzo skuteczne wśród postępująco niepewnych siebie panien, które w pewnym momencie miały wrażenie, że są potworami i każdy przejaw podziwu spotykał się z ogłupiającą ulgą.
Nie życzył tego swojej drogiej przyjaciółce dlatego (i tylko dlatego - naprawdę) odzywając się komplementująco. To wcale nie tak, że chciał ją tym zaciągnąć do łóżka. To znaczy...
...nie tym i już nie... ...a jednak tak, choć jednocześnie nie. Nie w ten sposób, w inny sposób. Nie jednostronnie - obustronnie. Nie na chwilę - na stałe. Nie po to, co zazwyczaj przyszłoby mu naturalnie, bo to, czymkolwiek to było nie przychodziło mu niewymuszenie. Miotał się i plątał, i go to wkurwiało, lecz z pewnością nie tak jak tamci faceci.
Nawet ten jeden, któremu teraz odruchowo posłał ostrzegawcze spojrzenie, znowu zmieniając pozycję ciała i kierując wzrok na Geraldine.
- Jak szybko znika? - Spytał pochylając się ku niej odruchowo (proszę bardzo, gościu, ostrzeżenie numer jeden ), w pierwszym ruchu chcąc ponownie poprawić jeden z kwiatów, ale powstrzymując się przed tym zanim znowu zaczęło się robić dziwnie. - Ten czar? - Nie to, żeby to cokolwiek dało, bo i tak było między nimi... ...gęsto.
Zastanawiał się czy też to dostrzegała. Co mogło kryć się w oczach Yaxleyówny za tą delikatną maseczką, o czym myślała w tej chwili. Czy nie dostrzegała w tym wszystkim nic niestandardowego, co wykraczałoby poza granice zwykłej przyjaźni. Tak właściwie to gdzie te granice leżały?
Ambroise przez znaczną część życia otaczał się kobietami i to nie wyłącznie w sensie erotycznym. Miał wiele kuzynek, szczególnie starszych, z którymi spędzał czas jako dzieciak. Później też w nastoletnich latach i gdzieś tam nadal utrzymywali kontakt.
Miał niezliczone ciotki, niektóre nawet w jego wieku. Młodszą siostrę. Kilka całkiem platonicznych przyjaciółek. W tym jedną, z którą był znacznie bardziej blisko niż z rodzoną siostrą. Tam nigdy nie było tego. Czymkolwiek to było i czymkolwiek miało być.
- Możliwe, że go znalazłaś. Tylko nie wiem, na co się przygotować. Czy to dotyczy tylko twoich technicznych umiejętności? Czy ten pierwszy czar już mamy za sobą. Znikł? To był Mung? Później? Jeszcze później? Teraz cię lubię - bardzo, cholernie mocno - więc wolę przy tym pozostać, nie? - Zakończył ciszej niż zaczął, przestając rozciągać kąciki ust w uśmiechu i nie obdarzając jej już tym samym spojrzeniem.
Odnosił wrażenie, że te wszystkie słowa mimowolnie nabrały niewłaściwego tonu. Nie były niekulturalne, nie. Nie były czepliwe ani uszczypliwe. W tym tkwiła istota problemu, że nie były zaczepne w tym sensie, w jakim powinny być. Nie w koleżeńskiej gadce. Nie były stricte neutralne ani wesołkowate. Było im znacznie bliżej do tego, żeby mógł w następnej chwili pchnąć je w niewłaściwym kierunku.
Gdyby pociągnął je dalej, przekroczyłyby tę cienką granicę między niezobowiązującą rozmową dwójki platonicznych przyjaciół a zalążkiem flirtu. Kolejnym, bo przecież nie pierwszym, ale tym razem już śmielszym. Zważywszy na to, że się ku niej pochylał.
Bąbelki szumiały w głowie? Może trochę. Pachnąca mgiełka rozciągała się po ogrodzie, lampy rzucały światło i tworzyły cienie, liście szumiały, kieliszki postukiwały, muzyka grała. Wieczór trwał, ale chwila jakby trochę zgęstniała, dziejąc się wolniej. Czas przestał pędzić, prawie się zatrzymał.
Ambroise mimowolnie przełknął ślinę, zawieszając wzrok na twarzy Geraldine, zanim się nie wyprostował i nie wyciągnął ku niej ręki.
- Mogę? - Rzecz jasna chodziło mu o kieliszek alkoholu w jej dłoni, potrzebował umoczyć w nim usta i zwilżyć gardło, jednocześnie wpatrując się w nią, gdy mówiła o truciznach i ich dawkach. Mimowolnie uniósł brwi. - Od kiedy jesteś też ekspertem toksykologicznym? Zaczynam się zastanawiać czy nie spędzasz ze mną zbyt wiele czasu. Jeszcze przekonam cię do eliksirów - stwierdził starając się zachować powagę na twarzy, jednocześnie nie odpowiadając na tamte słowa o truciźnie, jaką miałaby być.
Nie mógł na nie szczerze odpowiedzieć, niekoniecznie chciał ją teraz okłamywać. Truła go, on dawał się truć. Najlepsze, że wcale nie mogąc powiedzieć, by chciał od tego stronić. Wręcz przeciwnie. To było skomplikowane.
- Nie wiem, kim jesteś, ale ślicznie wyglądasz - odezwał się po chwili lekkim tonem, unosząc kąciki ust. - Tak, tym razem to jawny komplement - bo mógł, prawda?
To nie było nic zdrożnego.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down