01.12.2024, 17:25 ✶
Wieczór w ogrodzie trwał. Ciepły wiatr delikatnie muskał skórę zwilżaną wodną mgiełką unoszącą się od strony fontanny za ich plecami. Pastelowy dym wił się coraz śmielej między ludźmi przechadzającymi się po trawniku. Raz po raz dyskretnie umykającymi w kierunku roślinnego labiryntu, by w prywatnym zaułku między liśćmi kraść sobie kolejne coraz śmielsze pocałunki.
Wewnątrz głównego budynku z pewnością działo się wiele, salon, od którego przeszklonych ścian prowadziły w dół kręte, szerokie schody, tętnił życiem, jednak większość balu przeniosła się już całkowicie na zewnątrz.
To tutaj świętowanie miało trwać do białego rana, nawet jeśli czarodziejów i czarownic ubywało. Niektórzy znikali, inni pojawiali się z rozczochranymi włosami, drobnymi listkami zaczepionymi na brzegach peleryn i nieco roztartym makijażem. W klimacie stworzonym przez gospodarzy łatwo było ulec zapomnieniu i wrażeniu, że tej nocy każdy mógł być kimś zupełnie innym.
Bez wielu codziennych zahamowań, pozbawiony skrupułów i ograniczeń, człowiek mógł łatwo dać się ponieść wyobraźni i zazwyczaj tłumionym pragnieniom. Szczególnie pod wpływem alkoholu a może i tej delikatnej, kadzidłowo-kwiatowej mgiełki, która prawie na pewno była dziełem któregoś z krewniaków Ambroisa, więc mogła być dosłownie wszystkim.
Słodkim, narkotycznym woalem zapomnienia i zatracenia albo czymś efektownym, ale całkowicie niewinnym. Za to sprawiającym wrażenie, jakby miała działać w jakiś magiczny odprężający sposób i dzięki temu pchającym czarodziejów do postępowania tak, jakby faktycznie byli odurzeni.
W takiej atmosferze wystarczyło bardzo niewiele, żeby dać sobie przyzwolenie na robienie czegoś, co zazwyczaj nie byłoby mile widziane. Przecież Roise doskonale zdawał sobie z tego sprawę. To nie był jego pierwszy bal maskowy, jednak tym razem było inaczej.
Tym razem Greengrass siedział na brzegu fontanny, w blasku migoczących świateł, które zdobiły otaczające drzewa. Jego wzrok był utkwiony w niej. W Geraldine, która właśnie ponownie wykrzywiła rzeczywistość wbrew temu, co jej powiedział i jakie miał intencje, gdy przyrównał ją do paproci.
Siedząc przy fontannie, gdzie woda delikatnie szemrała, próbował zrozumieć, co tak bardzo go w niej fascynowało. Co tak właściwie sprawiało, że jeszcze w ogóle podejmował jakiekolwiek próby przekonania Yaxleyówny do siebie i dania jej do zrozumienia, że cokolwiek mówił, nie chodziło mu o to, by zachowywać się jak jej przyjaciel.
Nie, gdy jedynym, o czym myślał to powoli nachylić się ku niej, zagarniając jej usta i wybijając Geraldine z głowy te bezsensownie samokrytyczne myśli, bo nie - nie taką paprocią dla niego była. Czy naprawdę tego nie dostrzegała? Za każdym razem, gdy na nią patrzył, musiał prędzej niż później odwrócić wzrok, bo jej widok zaczynał go boleć.
Nie dlatego, że miał ją za przeciętną, jedną z wielu. Dlatego, że nie mógł pozwolić sobie na to, aby otwarcie ją podziwiać. Dotykać, całować, odkrywać każdy centymetr ciała pod opuszkami palców, zatracać się w niej, nie adorować jej wewnątrz własnego zmieszanego i zagubionego umysłu tylko mówić jej, że dla niego była cholera najpiękniejsza. Wyjątkowa. Jedyna.
- Mylisz się, ale powiedzmy, że ci to wybaczę - odpowiedział poważnie, posyłając jej przeciągłe spojrzenie i nieznacznie kręcąc głową. - Nie o to mi chodziło, jednak jeśli już tak bardzo krytykujesz paprocie, zmuszasz mnie do bycia ich adwokatem. Nigdy nie zastanawiałaś się, co sprawia, że są tak powszechne? Co powoduje, że znalazły się praktycznie wszędzie? Odnalazły się, bo pełnią znaczącą rolę w ekosystemie. Leczą, oczyszczają, zapewniają schronienie. Są uważane za ogniwo łączące niższe i wyższe rośliny, dostarczają cennych informacji na temat ewolucji flory, bo przetrwały tyle tysięcy, wręcz milionów lat, że bez nich byłoby nam znacznie trudniej wyrokować o czymkolwiek. Dają pożywienie roślinożercom. Chronią ziemię przed utratą wilgotności. Użyźniają glebę. Są... ...istotne - stwierdził cicho, wpatrując się w Geraldine przez chwilę.
Suknia, w którą była ubrana, nie przypominała żadnej, jaką kiedykolwiek widział. Była stworzona z żywych kwiatów, które wraz z ciasnym gorsetem opinały i otulały jej sylwetkę, jakby sama ziemia postanowiła obdarzyć ją swoim najpiękniejszym darem. Co prawda wiedział, że to nie była ziemia tylko stara wiedźma, ale efekt pozostawał tak samo oszałamiający. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak on. Dla kogoś, kto doceniał te wszystkie lilijki alpejskie i drobne szczegóły.
- Poza tym kwiat paproci - mruknął, tym razem śledząc wzrokiem jakąś rozchichotaną parę ciągnącą się za ręce w głąb labiryntu do tej jeszcze bardziej intymnej części ogrodu. - Zapominasz o kwiecie paproci - upomniał dziewczynę, nie rozwijając mimo to tematu, bo wtedy niechybnie zaczęliby brnąć trochę za daleko i za głęboko.
On by zaczął, bo przecież to o niego chodziło. Było względnie oczywiste, że działała tu w większości jego wyobraźnia i myślenie życzeniowe. Za cholerę mu się to nie podobało, dlatego jeszcze nie do końca był w stanie to sobie przyznać, ale mijały kolejne miesiące i nic się między nimi nie zmieniało. Nawet teraz w tej atmosferze mistycznego, eterycznego wieczoru wypełnionego subtelnymi zapachami i lawendową mgłą rozciągającą się wokół.
Niektórym bardzo łatwo byłoby się zapomnieć. Im pewnie również, gdyby tylko oboje tego chcieli i potrzebowali wyłącznie tego drobnego pretekstu, który wystarczyłby do zburzenia murów i zatarcia się granic. Ambroise widział to pośród innych ludzi. Kto wie, może nawet tamten żałosny bajarz miał mieć tego wieczoru odrobinę szczęścia i znaleźć kogoś kogo zabrałby do domu.
Oni też chyba mieli tam razem wrócić, ale kolejny raz nie w ten sposób, którego Greengrass najbardziej by pragnął. Wbrew temu, co usłyszał od Geraldine, na jego usta wpłynął wyłącznie cyniczny uśmieszek. Szukał podtekstów tam, gdzie ich nie było, więc nic dziwnego, że jej słowa zabrzmiały dla niego przytłaczająco wieloznacznie.
- Rozumiem - kiwnął głową, obdarzając blondynkę przelotnym poważnym spojrzeniem. - Znam cię - stwierdził krótko, starał się nie brzmieć przy tym jak ktoś, kto mówił te słowa z goryczą, ale chyba średnio mu to wychodziło. - Wiem, że nie mamy na myśli tych samych metod, a nawet jeśli to nie są to metody, z których moglibyśmy kiedykolwiek skorzystać - naprawdę usiłował nie dać poznać po sobie, ile go to kosztowało, żeby tego wszystkiego teraz nie zepsuć.
Zdecydowanie zbyt pochopne słowa cisnęły się na usta Ambroisa. Za bardzo skomplikowane były ścieżki, którymi obecnie podążał wewnątrz swojego mózgu. To nie były ani trochę właściwe tory. Nie przynosiły nic dobrego. Jedynie złudne wyobrażenia w postaci tych obrazów, które sprawiały, że ciemniało mu spojrzenie a oczy mimowolnie uciekały w kierunku warg dziewczyny.
Była tak blisko, kiedy się ku niemu pochyliła, żeby szeptać mu swoje całkowicie niewinne słowa. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego jak na niego działała i jaką słodką torturą była jej tak bliska obecność, że wystarczyłoby, żeby się trochę ku niej przesunął i mógłby ją pocałować. Chodziło o kilka centymetrów, ruch głowy. Tylko tyle i aż tyle.
- Bzdura. Nikt nie lubi jak utrudnia mu się życie - zakwestionował, zaprzeczył, wytknął jej coś?
Sam nie wiedział, bo jego ton głosu zabrzmiał stanowczo zbyt głęboko i za mało zdecydowanie. Raczej jak pomruk niż coś, co powinno znaleźć miejsce w tej chwili. Zresztą za sekundę mimowolnie się wyprostował, mając nadzieję, że to sprawi, że Geraldine również to zrobi.
Ta cała bliskość, mimo że sam podświadomie do niej dążył, zdecydowanie mu nie służyła. Kiedy byli tak blisko siebie, bardzo trudno mu było trzymać ręce przy sobie, a przecież zapewniał Yaxleyównę, że umie to robić, gdy chodzi mu wyłącznie o platoniczne przebywanie obok siebie.
Bowiem w teorii to umiał. Potrafił zachować się przy swoich innych przyjaciółkach. Jedynie ona była dla niego wyzwaniem. Trudnym orzechem do zgryzienia. Cholernie ciężkim przypadkiem. Otwartą księgą, ale w języku, którego nie znał zbyt dobrze. Miał trudność, aby ją właściwie interpretować. Wydawało mu się, że kiedy zacznie próbować stosować jakąś formułę, wszystko może równie dobre zadziałać jak i wybuchnąć.
Nie chciał jej tracić, ale nie chciał być jej przyjacielem.
- Co mam ci powiedzieć? Nic nie zrobisz, żaden czar nie zadziała, jeśli druga strona nie jest zainteresowana - wzruszył ramionami, raczej chcąc za wszelką cenę ponownie uniknąć wchodzenia na ten grząski grunt rozmowy o kimś, o kim nie chciał słyszeć.
Nie chciał być jej przyjacielem. Szczególnie nie od spraw sercowych.
- Nie. Jeśli określasz to w takich kategoriach, nie jestem twoim prawdziwym przyjacielem - odpowiedział szczerze, nawet się nie uśmiechając, tylko wzruszył ramionami. - Wiesz doskonale, że jestem w stanie powiedzieć ci moje zdanie. Nieważne jak bardzo jest przeciwne do twojego. Natomiast czy zawsze jestem z tobą całkowicie szczery? Odpowiedz sobie. Czy ty jesteś? - Nie zarzucał Yaxleyównie nieszczerości a jedynie zwracał dziewczynie uwagę na to, że nie dało się być całkowicie szczerym.
Nie w sytuacji jakiejkolwiek przyjaźni a w ich przypadku to już w ogóle. On nie mógł tego powiedzieć o sobie. Starał się być jej kolegą, kompanem, towarzyszem, przyjacielem, natomiast nie usiłował mydlić jej oczu.
Nie mówił jej całej prawdy. Nie dlatego, że by jej nie zniosła, bo tego nie wiedział, mimo że się znali i spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. Przez to, że uważał, że to po prostu zbyt wiele by naruszyło. Nie chciał popsuć czegoś takiego bez wiedzy, że podejmowane ryzyko miało jakiekolwiek szanse powodzenia.
- Masz do tego prawo, ale w tym wypadku wiedz, że jestem twoim prawdziwym przyjacielem i nie zdradzałbym ci takich sekretów, gdybym nie miał pewności - zatrzymał spojrzenie na oczach Yaxleyówny, lekko unosząc kąciki ust; wymuszenie, ale pewnie tego nie widziała. - Nie siedzę w jego głowie, ale jeśli masz wątpliwości to pewnie są ku nim podstawy - stwierdził mając szczerą ochotę zakończyć ten temat.
Nigdy nie pchał się do tego, żeby być przyjacielem Geraldine w tym zakresie. Nie zamierzał tego zmieniać. To nie on był od tego, żeby dawać jej miłosne rady. Nie zdzierżyłby, gdyby kazała mu to robić i gdyby raz po raz przychodziła do niego ze swoimi wątpliwościami, co do tego czy jakiś gach ją kochał, czy może wyłącznie pogrywał sobie jej uczuciami.
On by tego nie robił. Nie pozwoliłby sobie, żeby tak bardzo raz po raz pieprzyć sprawę. Starałby się, bo przecież w tym momencie też zachowywał się właściwie. Potrafiłby to robić również wtedy. Miał co do tego pełną świadomość i pewność, bo może tak - był graczem, ale w tym jednym wypadku wcale nie chciał grać. Ani dłużej, ani wcale.
- Ależ jestem bardzo nieobiektywny - zaprzeczył, kwitując to wzruszeniem ramion. - Masz sto procent pewności, co do tego, że zawsze to będzie subiektywne. Nawet nie próbuję - był z nią szczery, nie?
Ten rodzaj szczerości mógł jej zaoferować. Nie zamierzał okłamywać Geraldine. Nigdy nawet nie usiłował patrzeć na nią w obiektywny sposób. Nieważne na jakim etapie była ich relacja. Za każdym razem patrzył na nią przez pryzmat swoich uczuć i emocji. Teraz akurat strasznie pogmatwanych.
- Mhm - trochę było na to za późno, czar działał, chciała tego czy nie. - Jesteśmy ze wszech miar wyjątkowi - odmruknął bardzo neutralnie, mimo że sam przyprawił się tym o rozgoryczenie.
Nie chciał, aby byli parą w tym sensie. Nie parą przyjaciół. Nie duetem, który skupiał się na współpracy w jakimkolwiek zakresie po za tym, co budowało ich wspólną przyszłość. Nie chciał budować z nią zamków na piasku, mając świadomość tego, że prędzej czy później znajdzie się ktoś inny od niego, kto to zdepcze, rozpierdoli, ukradnie mu ją (choć nigdy nie była jego, w tym tkwił problem) i tyle będzie z tego najlepszego duetu.
Tyle ze złudzeń, że kiedyś wypuści go z tej strefy przyjaźni, w którą się wplątał. Jak jakiś ćwok i frajer. Zupełnie nie jak on, sam się obecnie nie poznawał i ani trochę nie lubił tego, co mu niewychodziło, ale czy było jakiekolwiek inne wyjście?
Obecnie chyba nie, skoro Geraldine stawiała to wszystko tak a nie inaczej. Jej słowa były jednoznaczne, nie mógł ich już spróbować wyrwać z kontekstu, przynajmniej tego wieczoru.
- Nie, nie sądzę, że możesz. Poza tym masz rację. Skoro teraz mnie lubisz i ja cię lubię, to może bez sensu jest ryzykować? Może lepiej odpuśćmy bycie kimś innym i bądźmy sobą - odezwał się cicho, powoli odpuszczając ten wcześniejszy ton, którym próbował coś... ...wskórać?
Nie do końca wiedział, ale to nie miało znaczenia, bo zgrabnie odbiła jego wszelkie sugestie. Poczuł się urażony, cynicznie się uśmiechając, gdy znów usłyszał od Geraldine jakąś wersję tego dobrego kawalera. Nie musiała go teraz klepać po główce.
- Co mogę powiedzieć? Jestem najlepszą partią, muszę dbać o standardy - stwierdził bez mrugnięcia okiem.
Mhm. Mógł mieć wszystkie. Tylko nie tą jedną, którą chciał. Los sobie z niego przepięknie zadrwił.
Wewnątrz głównego budynku z pewnością działo się wiele, salon, od którego przeszklonych ścian prowadziły w dół kręte, szerokie schody, tętnił życiem, jednak większość balu przeniosła się już całkowicie na zewnątrz.
To tutaj świętowanie miało trwać do białego rana, nawet jeśli czarodziejów i czarownic ubywało. Niektórzy znikali, inni pojawiali się z rozczochranymi włosami, drobnymi listkami zaczepionymi na brzegach peleryn i nieco roztartym makijażem. W klimacie stworzonym przez gospodarzy łatwo było ulec zapomnieniu i wrażeniu, że tej nocy każdy mógł być kimś zupełnie innym.
Bez wielu codziennych zahamowań, pozbawiony skrupułów i ograniczeń, człowiek mógł łatwo dać się ponieść wyobraźni i zazwyczaj tłumionym pragnieniom. Szczególnie pod wpływem alkoholu a może i tej delikatnej, kadzidłowo-kwiatowej mgiełki, która prawie na pewno była dziełem któregoś z krewniaków Ambroisa, więc mogła być dosłownie wszystkim.
Słodkim, narkotycznym woalem zapomnienia i zatracenia albo czymś efektownym, ale całkowicie niewinnym. Za to sprawiającym wrażenie, jakby miała działać w jakiś magiczny odprężający sposób i dzięki temu pchającym czarodziejów do postępowania tak, jakby faktycznie byli odurzeni.
W takiej atmosferze wystarczyło bardzo niewiele, żeby dać sobie przyzwolenie na robienie czegoś, co zazwyczaj nie byłoby mile widziane. Przecież Roise doskonale zdawał sobie z tego sprawę. To nie był jego pierwszy bal maskowy, jednak tym razem było inaczej.
Tym razem Greengrass siedział na brzegu fontanny, w blasku migoczących świateł, które zdobiły otaczające drzewa. Jego wzrok był utkwiony w niej. W Geraldine, która właśnie ponownie wykrzywiła rzeczywistość wbrew temu, co jej powiedział i jakie miał intencje, gdy przyrównał ją do paproci.
Siedząc przy fontannie, gdzie woda delikatnie szemrała, próbował zrozumieć, co tak bardzo go w niej fascynowało. Co tak właściwie sprawiało, że jeszcze w ogóle podejmował jakiekolwiek próby przekonania Yaxleyówny do siebie i dania jej do zrozumienia, że cokolwiek mówił, nie chodziło mu o to, by zachowywać się jak jej przyjaciel.
Nie, gdy jedynym, o czym myślał to powoli nachylić się ku niej, zagarniając jej usta i wybijając Geraldine z głowy te bezsensownie samokrytyczne myśli, bo nie - nie taką paprocią dla niego była. Czy naprawdę tego nie dostrzegała? Za każdym razem, gdy na nią patrzył, musiał prędzej niż później odwrócić wzrok, bo jej widok zaczynał go boleć.
Nie dlatego, że miał ją za przeciętną, jedną z wielu. Dlatego, że nie mógł pozwolić sobie na to, aby otwarcie ją podziwiać. Dotykać, całować, odkrywać każdy centymetr ciała pod opuszkami palców, zatracać się w niej, nie adorować jej wewnątrz własnego zmieszanego i zagubionego umysłu tylko mówić jej, że dla niego była cholera najpiękniejsza. Wyjątkowa. Jedyna.
- Mylisz się, ale powiedzmy, że ci to wybaczę - odpowiedział poważnie, posyłając jej przeciągłe spojrzenie i nieznacznie kręcąc głową. - Nie o to mi chodziło, jednak jeśli już tak bardzo krytykujesz paprocie, zmuszasz mnie do bycia ich adwokatem. Nigdy nie zastanawiałaś się, co sprawia, że są tak powszechne? Co powoduje, że znalazły się praktycznie wszędzie? Odnalazły się, bo pełnią znaczącą rolę w ekosystemie. Leczą, oczyszczają, zapewniają schronienie. Są uważane za ogniwo łączące niższe i wyższe rośliny, dostarczają cennych informacji na temat ewolucji flory, bo przetrwały tyle tysięcy, wręcz milionów lat, że bez nich byłoby nam znacznie trudniej wyrokować o czymkolwiek. Dają pożywienie roślinożercom. Chronią ziemię przed utratą wilgotności. Użyźniają glebę. Są... ...istotne - stwierdził cicho, wpatrując się w Geraldine przez chwilę.
Suknia, w którą była ubrana, nie przypominała żadnej, jaką kiedykolwiek widział. Była stworzona z żywych kwiatów, które wraz z ciasnym gorsetem opinały i otulały jej sylwetkę, jakby sama ziemia postanowiła obdarzyć ją swoim najpiękniejszym darem. Co prawda wiedział, że to nie była ziemia tylko stara wiedźma, ale efekt pozostawał tak samo oszałamiający. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak on. Dla kogoś, kto doceniał te wszystkie lilijki alpejskie i drobne szczegóły.
- Poza tym kwiat paproci - mruknął, tym razem śledząc wzrokiem jakąś rozchichotaną parę ciągnącą się za ręce w głąb labiryntu do tej jeszcze bardziej intymnej części ogrodu. - Zapominasz o kwiecie paproci - upomniał dziewczynę, nie rozwijając mimo to tematu, bo wtedy niechybnie zaczęliby brnąć trochę za daleko i za głęboko.
On by zaczął, bo przecież to o niego chodziło. Było względnie oczywiste, że działała tu w większości jego wyobraźnia i myślenie życzeniowe. Za cholerę mu się to nie podobało, dlatego jeszcze nie do końca był w stanie to sobie przyznać, ale mijały kolejne miesiące i nic się między nimi nie zmieniało. Nawet teraz w tej atmosferze mistycznego, eterycznego wieczoru wypełnionego subtelnymi zapachami i lawendową mgłą rozciągającą się wokół.
Niektórym bardzo łatwo byłoby się zapomnieć. Im pewnie również, gdyby tylko oboje tego chcieli i potrzebowali wyłącznie tego drobnego pretekstu, który wystarczyłby do zburzenia murów i zatarcia się granic. Ambroise widział to pośród innych ludzi. Kto wie, może nawet tamten żałosny bajarz miał mieć tego wieczoru odrobinę szczęścia i znaleźć kogoś kogo zabrałby do domu.
Oni też chyba mieli tam razem wrócić, ale kolejny raz nie w ten sposób, którego Greengrass najbardziej by pragnął. Wbrew temu, co usłyszał od Geraldine, na jego usta wpłynął wyłącznie cyniczny uśmieszek. Szukał podtekstów tam, gdzie ich nie było, więc nic dziwnego, że jej słowa zabrzmiały dla niego przytłaczająco wieloznacznie.
- Rozumiem - kiwnął głową, obdarzając blondynkę przelotnym poważnym spojrzeniem. - Znam cię - stwierdził krótko, starał się nie brzmieć przy tym jak ktoś, kto mówił te słowa z goryczą, ale chyba średnio mu to wychodziło. - Wiem, że nie mamy na myśli tych samych metod, a nawet jeśli to nie są to metody, z których moglibyśmy kiedykolwiek skorzystać - naprawdę usiłował nie dać poznać po sobie, ile go to kosztowało, żeby tego wszystkiego teraz nie zepsuć.
Zdecydowanie zbyt pochopne słowa cisnęły się na usta Ambroisa. Za bardzo skomplikowane były ścieżki, którymi obecnie podążał wewnątrz swojego mózgu. To nie były ani trochę właściwe tory. Nie przynosiły nic dobrego. Jedynie złudne wyobrażenia w postaci tych obrazów, które sprawiały, że ciemniało mu spojrzenie a oczy mimowolnie uciekały w kierunku warg dziewczyny.
Była tak blisko, kiedy się ku niemu pochyliła, żeby szeptać mu swoje całkowicie niewinne słowa. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego jak na niego działała i jaką słodką torturą była jej tak bliska obecność, że wystarczyłoby, żeby się trochę ku niej przesunął i mógłby ją pocałować. Chodziło o kilka centymetrów, ruch głowy. Tylko tyle i aż tyle.
- Bzdura. Nikt nie lubi jak utrudnia mu się życie - zakwestionował, zaprzeczył, wytknął jej coś?
Sam nie wiedział, bo jego ton głosu zabrzmiał stanowczo zbyt głęboko i za mało zdecydowanie. Raczej jak pomruk niż coś, co powinno znaleźć miejsce w tej chwili. Zresztą za sekundę mimowolnie się wyprostował, mając nadzieję, że to sprawi, że Geraldine również to zrobi.
Ta cała bliskość, mimo że sam podświadomie do niej dążył, zdecydowanie mu nie służyła. Kiedy byli tak blisko siebie, bardzo trudno mu było trzymać ręce przy sobie, a przecież zapewniał Yaxleyównę, że umie to robić, gdy chodzi mu wyłącznie o platoniczne przebywanie obok siebie.
Bowiem w teorii to umiał. Potrafił zachować się przy swoich innych przyjaciółkach. Jedynie ona była dla niego wyzwaniem. Trudnym orzechem do zgryzienia. Cholernie ciężkim przypadkiem. Otwartą księgą, ale w języku, którego nie znał zbyt dobrze. Miał trudność, aby ją właściwie interpretować. Wydawało mu się, że kiedy zacznie próbować stosować jakąś formułę, wszystko może równie dobre zadziałać jak i wybuchnąć.
Nie chciał jej tracić, ale nie chciał być jej przyjacielem.
- Co mam ci powiedzieć? Nic nie zrobisz, żaden czar nie zadziała, jeśli druga strona nie jest zainteresowana - wzruszył ramionami, raczej chcąc za wszelką cenę ponownie uniknąć wchodzenia na ten grząski grunt rozmowy o kimś, o kim nie chciał słyszeć.
Nie chciał być jej przyjacielem. Szczególnie nie od spraw sercowych.
- Nie. Jeśli określasz to w takich kategoriach, nie jestem twoim prawdziwym przyjacielem - odpowiedział szczerze, nawet się nie uśmiechając, tylko wzruszył ramionami. - Wiesz doskonale, że jestem w stanie powiedzieć ci moje zdanie. Nieważne jak bardzo jest przeciwne do twojego. Natomiast czy zawsze jestem z tobą całkowicie szczery? Odpowiedz sobie. Czy ty jesteś? - Nie zarzucał Yaxleyównie nieszczerości a jedynie zwracał dziewczynie uwagę na to, że nie dało się być całkowicie szczerym.
Nie w sytuacji jakiejkolwiek przyjaźni a w ich przypadku to już w ogóle. On nie mógł tego powiedzieć o sobie. Starał się być jej kolegą, kompanem, towarzyszem, przyjacielem, natomiast nie usiłował mydlić jej oczu.
Nie mówił jej całej prawdy. Nie dlatego, że by jej nie zniosła, bo tego nie wiedział, mimo że się znali i spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. Przez to, że uważał, że to po prostu zbyt wiele by naruszyło. Nie chciał popsuć czegoś takiego bez wiedzy, że podejmowane ryzyko miało jakiekolwiek szanse powodzenia.
- Masz do tego prawo, ale w tym wypadku wiedz, że jestem twoim prawdziwym przyjacielem i nie zdradzałbym ci takich sekretów, gdybym nie miał pewności - zatrzymał spojrzenie na oczach Yaxleyówny, lekko unosząc kąciki ust; wymuszenie, ale pewnie tego nie widziała. - Nie siedzę w jego głowie, ale jeśli masz wątpliwości to pewnie są ku nim podstawy - stwierdził mając szczerą ochotę zakończyć ten temat.
Nigdy nie pchał się do tego, żeby być przyjacielem Geraldine w tym zakresie. Nie zamierzał tego zmieniać. To nie on był od tego, żeby dawać jej miłosne rady. Nie zdzierżyłby, gdyby kazała mu to robić i gdyby raz po raz przychodziła do niego ze swoimi wątpliwościami, co do tego czy jakiś gach ją kochał, czy może wyłącznie pogrywał sobie jej uczuciami.
On by tego nie robił. Nie pozwoliłby sobie, żeby tak bardzo raz po raz pieprzyć sprawę. Starałby się, bo przecież w tym momencie też zachowywał się właściwie. Potrafiłby to robić również wtedy. Miał co do tego pełną świadomość i pewność, bo może tak - był graczem, ale w tym jednym wypadku wcale nie chciał grać. Ani dłużej, ani wcale.
- Ależ jestem bardzo nieobiektywny - zaprzeczył, kwitując to wzruszeniem ramion. - Masz sto procent pewności, co do tego, że zawsze to będzie subiektywne. Nawet nie próbuję - był z nią szczery, nie?
Ten rodzaj szczerości mógł jej zaoferować. Nie zamierzał okłamywać Geraldine. Nigdy nawet nie usiłował patrzeć na nią w obiektywny sposób. Nieważne na jakim etapie była ich relacja. Za każdym razem patrzył na nią przez pryzmat swoich uczuć i emocji. Teraz akurat strasznie pogmatwanych.
- Mhm - trochę było na to za późno, czar działał, chciała tego czy nie. - Jesteśmy ze wszech miar wyjątkowi - odmruknął bardzo neutralnie, mimo że sam przyprawił się tym o rozgoryczenie.
Nie chciał, aby byli parą w tym sensie. Nie parą przyjaciół. Nie duetem, który skupiał się na współpracy w jakimkolwiek zakresie po za tym, co budowało ich wspólną przyszłość. Nie chciał budować z nią zamków na piasku, mając świadomość tego, że prędzej czy później znajdzie się ktoś inny od niego, kto to zdepcze, rozpierdoli, ukradnie mu ją (choć nigdy nie była jego, w tym tkwił problem) i tyle będzie z tego najlepszego duetu.
Tyle ze złudzeń, że kiedyś wypuści go z tej strefy przyjaźni, w którą się wplątał. Jak jakiś ćwok i frajer. Zupełnie nie jak on, sam się obecnie nie poznawał i ani trochę nie lubił tego, co mu niewychodziło, ale czy było jakiekolwiek inne wyjście?
Obecnie chyba nie, skoro Geraldine stawiała to wszystko tak a nie inaczej. Jej słowa były jednoznaczne, nie mógł ich już spróbować wyrwać z kontekstu, przynajmniej tego wieczoru.
- Nie, nie sądzę, że możesz. Poza tym masz rację. Skoro teraz mnie lubisz i ja cię lubię, to może bez sensu jest ryzykować? Może lepiej odpuśćmy bycie kimś innym i bądźmy sobą - odezwał się cicho, powoli odpuszczając ten wcześniejszy ton, którym próbował coś... ...wskórać?
Nie do końca wiedział, ale to nie miało znaczenia, bo zgrabnie odbiła jego wszelkie sugestie. Poczuł się urażony, cynicznie się uśmiechając, gdy znów usłyszał od Geraldine jakąś wersję tego dobrego kawalera. Nie musiała go teraz klepać po główce.
- Co mogę powiedzieć? Jestem najlepszą partią, muszę dbać o standardy - stwierdził bez mrugnięcia okiem.
Mhm. Mógł mieć wszystkie. Tylko nie tą jedną, którą chciał. Los sobie z niego przepięknie zadrwił.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down