02.12.2024, 01:57 ✶
— Bardzo mnie zaskoczył twój list. Czy… Chcesz o tym porozmawiać?
Miała dwie rzeczy na myśli. Oczywiście, chciała wiedzieć, co skłoniło go do napisania właśnie teraz, ale dawała mu również możliwość, aby się wygadał i wylał wszystko, co w sobie dusił. Była tu dla niego. Pragnęła tego od dziesięciu lat. A potem nazwał ją tym przeklętym skrótem i kiedy kelner oddalił się z zamówieniem, a ona skończyła opowiadać, wypaliła: — Nie powinieneś mnie tak nazywać. Nie, jeśli… Jeśli planujemy urwać kontakt po tym spotkaniu. Chociaż może wcale nie masz takiego zamiaru — dodała po chwili ciszy. — Ale ja… Ja po prostu muszę to wiedzieć.
Mona tak bardzo chciała mieć chociaż jeden powód, żeby móc nazywać go Ari — ale nie z przyzwyczajenia, tylko poczucia, że wciąż była częścią jego świata. Przeprosiła go przecież przed chwilą. Nie patrzyła na niego, ponieważ jej spojrzenie błądziło gdzieś po blacie stolika, bo głupia właśnie tam mogła znaleźć odpowiedzi, których brakowało jej w jego obecności. Przyniósł jej kwiaty, przyszedł na spotkanie, zachowywał się tak jakby mu zależało. To wszystko powinno mówić samo za siebie. Nie wiedziała, co nią kierowało. Czy to była frustracja czy głęboko zakorzeniony strach, który przez te wszystkie lata zdążył się rozgościć w jej sercu. Strach, że znów zostanie sama.
— Prowadzimy rejestracje, wydajemy zezwolenia i wytyczne dla hodowców — wykrzywiła usta w grymasie znużenia. Zwykle miała problem z zachowywaniem dyskrecji, co w pracy w Ministerstwie Magii uchodziło za niebezpieczną wadę, ale akurat teraz niewiele ją to obchodziło. Bo przecież rudy Weasley był robakiem, o którym mogła mówić bez większych skrupułów. — Muszę walczyć z stażystami — dodała z frustracją. — Rozumiesz, że ktoś mi notorycznie zsyłał dokumentację spoza mojego Departamentu? Wyobraź sobie, musiałam jebać się z archiwami, bo oczywiście nikt inny się do tego nie kwapił. Na razie mam spokój, ale kto wie co jesień przyniesie, kiedy zaraz będzie migracja Walisjkich Zielonych?
Miała dwie rzeczy na myśli. Oczywiście, chciała wiedzieć, co skłoniło go do napisania właśnie teraz, ale dawała mu również możliwość, aby się wygadał i wylał wszystko, co w sobie dusił. Była tu dla niego. Pragnęła tego od dziesięciu lat. A potem nazwał ją tym przeklętym skrótem i kiedy kelner oddalił się z zamówieniem, a ona skończyła opowiadać, wypaliła: — Nie powinieneś mnie tak nazywać. Nie, jeśli… Jeśli planujemy urwać kontakt po tym spotkaniu. Chociaż może wcale nie masz takiego zamiaru — dodała po chwili ciszy. — Ale ja… Ja po prostu muszę to wiedzieć.
Mona tak bardzo chciała mieć chociaż jeden powód, żeby móc nazywać go Ari — ale nie z przyzwyczajenia, tylko poczucia, że wciąż była częścią jego świata. Przeprosiła go przecież przed chwilą. Nie patrzyła na niego, ponieważ jej spojrzenie błądziło gdzieś po blacie stolika, bo głupia właśnie tam mogła znaleźć odpowiedzi, których brakowało jej w jego obecności. Przyniósł jej kwiaty, przyszedł na spotkanie, zachowywał się tak jakby mu zależało. To wszystko powinno mówić samo za siebie. Nie wiedziała, co nią kierowało. Czy to była frustracja czy głęboko zakorzeniony strach, który przez te wszystkie lata zdążył się rozgościć w jej sercu. Strach, że znów zostanie sama.
— Prowadzimy rejestracje, wydajemy zezwolenia i wytyczne dla hodowców — wykrzywiła usta w grymasie znużenia. Zwykle miała problem z zachowywaniem dyskrecji, co w pracy w Ministerstwie Magii uchodziło za niebezpieczną wadę, ale akurat teraz niewiele ją to obchodziło. Bo przecież rudy Weasley był robakiem, o którym mogła mówić bez większych skrupułów. — Muszę walczyć z stażystami — dodała z frustracją. — Rozumiesz, że ktoś mi notorycznie zsyłał dokumentację spoza mojego Departamentu? Wyobraź sobie, musiałam jebać się z archiwami, bo oczywiście nikt inny się do tego nie kwapił. Na razie mam spokój, ale kto wie co jesień przyniesie, kiedy zaraz będzie migracja Walisjkich Zielonych?