05.12.2024, 12:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.12.2024, 12:32 przez Baldwin Malfoy.)
tw: uczciwie wrzucam, że pewnie się pojawi szeroko rozumiany psychosexual horror i mocny język w całej tej sesji.
Ścieżki były chujowym miejscem dla każdego, szczerze powiedziawszy. Ale tak długo jak nie afiszowała się seksownym mundurkiem bumiary, na pytanie tutejszych meneli o nazwisko odpowiadała “a chuj cię to obchodzi stary zboku?” i trzymała się wystarczająco blisko odpowiednich ludzi - ścieżki nie były niczym więcej jak zaszczanym podziemnym placem zabaw. Obdartym z moralności i człowieczeństwa miejscem dla tchórzy, psychopatów i opijusów.
Nie wyglądał na specjalnie przejętego, gdy Moody pizgnęła jednym z pojemników farb, kryjąc dreszcz ekscytacji pod zblazowaną miną. Przesunął spojrzeniem po słupie - nagły przejaw artystycznego buntu nawet mu się przysłużył. Puszka poleciała w jedną stronę, różdżka czarownicy w drugą, a owa czarownica jeszcze w inną. W dół. Na ziemię.
Matko droga, cóż za uczta dla zmysłów.
Malfoy gwizdnął krótko, a Rozalinda przestała na chwilę przeprowadzanie wiwisekcji na zdechłym nietoperzu. Przyniosła posłusznie różdżkę Moody, wtulając uwalony krwią i farbą pyszczek w dłoń chłopaka. Otarł szczurzy nos i ząbki z niebywałą wręcz ostrożnością. Grzeczne szczurki nie żarły farby, bo potem były bardzo chore i bolał je mały szczurzy brzuszek, a ich ojcowie wydawali fortunę na eliksiry leczące. Pozwolił Lindzie wdrapać się na swoje ramię, ucałował lekko szary łeb, nim ta popędziła dalej załatwiać swoje szczurze sprawy. Odprowadził ją spojrzeniem nim zniknęła w jednej z dziur w ścianie. Szczurzy skrót do Katakumb.
Wtedy i dopiero wtedy wreszcie zainteresował się płaczącą Moody. Podniósł się leniwie, kręcąc giętki, chyba jaworowy kijek, w palcach. Przeszedł ten jeden, czy dwa kroki, w pierwszej chwili nawet walcząc z chęcią przepchnięcia butem tego kokonu nieszczęścia na plecy. Zamiast tego kucnął przy dziewczynie, cmokając średnio zadowolony z jej popisów.
- Oy Mills, Mildred…- Smakował jej imię. Wplótł brudne od farby palce w jej ciemne włosy, z dziką niewypowiedzianą satysfakcją obserwując jak czerwień barwi zmatowiałe pasma. I może z początku mogło się wydawać, że Malfoy znajdzie w sobie naparstek empatii wobec czarownicy, ale… Nie. Nie ofiarował jej tej fałszywej, tkliwej miłości. Pogardzał jej wrodzoną wrażliwością, którą widział w niedokończonych pracach; triggerowała w nim najgorsze instynkty, gdy wyobrażał sobie jak zmusza jej delikatne dłonie do zatopienia się w czarnej magii. Mimo to złożoność jej emocji była tym co trzymała go tak cholernie blisko.
Nie kochał jej jak siostry, bo Baldwin nikogo nie potrafił tak pokochać.
Szarpnął nią. Brutalnie i stanowczo. Chciał zobaczyć jej ujebaną brudem Eurdyki buźkę. Kurz rozsmarowany na twarzy kundla Ministerstwa, łzy w złotych oczach. Histerię. Rozpacz. Wszystko to i jeszcze kurwa więcej. Ten cały rynsztok, który miała w głowie i który teraz przeszkadzał jej w rzuceniu najprostszego zaklęcia. Znał to uczucie. Zbyt wiele myśli, wspomnień, uczuć.
Bogowie.
W takich chwilach nawet Moody z tą swoją pospolitą krwią i urodą godną dziwki od McKinnonów była pociągająca. Docisnął czubek brudnej różdżki do jej dolnej, drżącej od płaczu wargi. Kompletnie bezużyteczny w jego dłoniach kawałek drewna był bardziej ostrzeżeniem niż zagrożeniem.
- Czy ciebie dawno nikt nie zerżnął, Mills?- Zapytał szalenie uprzejmie, z tym paskudnym uśmieszkiem i uniesioną lekko brwią. Czy wierzył w popularne męskie powiedzonka w stylu “baba bez bolca dostaje pierdolca”? Nie. Ale jedna taka właśnie mu się wiła na podłodze, rozjebała całkiem nową puszkę farby (jak rzekłby pewien filozof: h o t) i wolał zweryfikować swój światopogląd.
Zacisnął palce jeszcze odrobinę mocniej, pilnując by mu się nie wyślizgnęła. Chuja go obchodziły duchy, te zresztą zajęte były sobą. Moody odpierdoliła szopkę znikając na kilka miesięcy, myśląc, że co? Że nikt nie zauważy? Że rozpłynie się w powietrzu, a potem wróci kiedy sprawy rozejdą się po kościach, jak gdyby nic się nie stało? Nie ma kurwa tak dobrze.
Ścieżki były chujowym miejscem dla każdego, szczerze powiedziawszy. Ale tak długo jak nie afiszowała się seksownym mundurkiem bumiary, na pytanie tutejszych meneli o nazwisko odpowiadała “a chuj cię to obchodzi stary zboku?” i trzymała się wystarczająco blisko odpowiednich ludzi - ścieżki nie były niczym więcej jak zaszczanym podziemnym placem zabaw. Obdartym z moralności i człowieczeństwa miejscem dla tchórzy, psychopatów i opijusów.
Nie wyglądał na specjalnie przejętego, gdy Moody pizgnęła jednym z pojemników farb, kryjąc dreszcz ekscytacji pod zblazowaną miną. Przesunął spojrzeniem po słupie - nagły przejaw artystycznego buntu nawet mu się przysłużył. Puszka poleciała w jedną stronę, różdżka czarownicy w drugą, a owa czarownica jeszcze w inną. W dół. Na ziemię.
Matko droga, cóż za uczta dla zmysłów.
Malfoy gwizdnął krótko, a Rozalinda przestała na chwilę przeprowadzanie wiwisekcji na zdechłym nietoperzu. Przyniosła posłusznie różdżkę Moody, wtulając uwalony krwią i farbą pyszczek w dłoń chłopaka. Otarł szczurzy nos i ząbki z niebywałą wręcz ostrożnością. Grzeczne szczurki nie żarły farby, bo potem były bardzo chore i bolał je mały szczurzy brzuszek, a ich ojcowie wydawali fortunę na eliksiry leczące. Pozwolił Lindzie wdrapać się na swoje ramię, ucałował lekko szary łeb, nim ta popędziła dalej załatwiać swoje szczurze sprawy. Odprowadził ją spojrzeniem nim zniknęła w jednej z dziur w ścianie. Szczurzy skrót do Katakumb.
Wtedy i dopiero wtedy wreszcie zainteresował się płaczącą Moody. Podniósł się leniwie, kręcąc giętki, chyba jaworowy kijek, w palcach. Przeszedł ten jeden, czy dwa kroki, w pierwszej chwili nawet walcząc z chęcią przepchnięcia butem tego kokonu nieszczęścia na plecy. Zamiast tego kucnął przy dziewczynie, cmokając średnio zadowolony z jej popisów.
- Oy Mills, Mildred…- Smakował jej imię. Wplótł brudne od farby palce w jej ciemne włosy, z dziką niewypowiedzianą satysfakcją obserwując jak czerwień barwi zmatowiałe pasma. I może z początku mogło się wydawać, że Malfoy znajdzie w sobie naparstek empatii wobec czarownicy, ale… Nie. Nie ofiarował jej tej fałszywej, tkliwej miłości. Pogardzał jej wrodzoną wrażliwością, którą widział w niedokończonych pracach; triggerowała w nim najgorsze instynkty, gdy wyobrażał sobie jak zmusza jej delikatne dłonie do zatopienia się w czarnej magii. Mimo to złożoność jej emocji była tym co trzymała go tak cholernie blisko.
Nie kochał jej jak siostry, bo Baldwin nikogo nie potrafił tak pokochać.
Szarpnął nią. Brutalnie i stanowczo. Chciał zobaczyć jej ujebaną brudem Eurdyki buźkę. Kurz rozsmarowany na twarzy kundla Ministerstwa, łzy w złotych oczach. Histerię. Rozpacz. Wszystko to i jeszcze kurwa więcej. Ten cały rynsztok, który miała w głowie i który teraz przeszkadzał jej w rzuceniu najprostszego zaklęcia. Znał to uczucie. Zbyt wiele myśli, wspomnień, uczuć.
Bogowie.
W takich chwilach nawet Moody z tą swoją pospolitą krwią i urodą godną dziwki od McKinnonów była pociągająca. Docisnął czubek brudnej różdżki do jej dolnej, drżącej od płaczu wargi. Kompletnie bezużyteczny w jego dłoniach kawałek drewna był bardziej ostrzeżeniem niż zagrożeniem.
- Czy ciebie dawno nikt nie zerżnął, Mills?- Zapytał szalenie uprzejmie, z tym paskudnym uśmieszkiem i uniesioną lekko brwią. Czy wierzył w popularne męskie powiedzonka w stylu “baba bez bolca dostaje pierdolca”? Nie. Ale jedna taka właśnie mu się wiła na podłodze, rozjebała całkiem nową puszkę farby (jak rzekłby pewien filozof: h o t) i wolał zweryfikować swój światopogląd.
Zacisnął palce jeszcze odrobinę mocniej, pilnując by mu się nie wyślizgnęła. Chuja go obchodziły duchy, te zresztą zajęte były sobą. Moody odpierdoliła szopkę znikając na kilka miesięcy, myśląc, że co? Że nikt nie zauważy? Że rozpłynie się w powietrzu, a potem wróci kiedy sprawy rozejdą się po kościach, jak gdyby nic się nie stało? Nie ma kurwa tak dobrze.