Nie chciał nikogo widzieć. Od pogrzebu, nie odpisywał na listy. Nie pojawiał się na wspólnych posiłkach. Selar na zmianę z Belenosem przynosili mu jedzenie, a i to nie było często tknięte. Czasami coś wypił. Ale żyć mu się nie chciało. Nie, kiedy właśnie niedawno stracił brata. Połowę, siebie.
Listy jakie do niego przychodziły, dostarczane były do pokoju. Wczoraj jedynie wyszedł, aby pozałatwiać ostatnie już sprawy dotyczące śmierci Roberta, w tym upełnomocnił testament jaki pozostał. Przepisując już oficjalnie kamienicę na siebie. Pod swoje skrzydła biorąc zajęcie się sklepem w Podziemnych Ścieżkach. Pozostał z tym wszystkim sam. Musiał podjąć kilka decyzji. Ale te nie były proste. Nie był to także czas, aby nad tym myślał. Nie miał po prostu siły.
Zaczął nosić się na czarno. W żałobie. Siedział na łóżku w swoim pokoju. patrząc na rozłożone i pootwierane listy. Nie podobał mu się jeden z nich, anonimowy, krótka notka. Jakby ktoś chciał mu grozić, albo może ostrzegać? O które z jego dzieci może chodzić? Podejrzewałby może Charlesa. Ten w ostatnim miesiącu dał się niektórym mocno we znaki swoimi kompromitującymi pomysłami na świece. I wiedząc, że syna najpewniej pójdzie swoim kierunku kariery, ich biznes rodzinny może upaść. Bo nie było już kto miałby po nim przejąć Olibanum. Co najwyżej – Stanley. Ale on miał już swój biznes. Czy musiało do tego dojść, że to co stworzył jego ojciec, kontynuował brat, on miał zakończyć?
Rozmyślania przerwały mu słowa Scarlett za drzwiami. Ta jedyna poza Sophie co tutaj pozostała. Ta cisza w tej kamienicy bywała przerażająca, drażniąca. Nie raz Richard zastanawiał się, dlaczego nie przekonał Roberta do wyjazdu już ponad dwadzieścia lat temu. Dlaczego po śmierci ojca, on sam nie przeprowadził się ostatecznie od razu. Choć odległość ich więzi nie rozdzielała, tak jednak czuł, że sporo stracił.
Scarlett wspominała dawne czasy, które spędzili w Oslo. Ile broiła, aby zwrócić na siebie uwagę. Była utrapieniem, nie raz jej dawał szlabany i podnosił głos, ale wciąż była jego dzieckiem. Jedyną córką jaką miał. Nie poddawała się. I teraz to także okazywała.
Wstał i podszedł do drzwi, które otworzył, aby ją zobaczyć. A ona jego. Nie otworzył szeroko. Ale na tyle, aby mogła go zobaczyć ubranego w czarny sweter, lecz nie golf. W czarnych spodniach. Na twarzy nie malował się żaden uśmiech. W jego oczach wciąż tkwił smutek po stracie brata. Na twarzy miał lekki zarost. Od dwóch dni nie golił się.
- Pójdziemy na spacer. Poczekaj na mnie na dole.Zgodził się na jedną, pierwszą propozycję. Być może i on sam potrzebuje się ponownie przewietrzyć. Nie czekał na jej jakąkolwiek reakcję. Zamknął drzwi, aby w pierwszej kolejności posprzątać na łóżku. Wszystkie listy jakie miał rozłożone, starannie złożył, schował do kopert i wszystko razem do jednej z szuflad, zabezpieczając zaklęciem.
Opuścił swój pokój i zszedł na parter, aby dołączyć w korytarzu do Scalett, w celu ubrania wyjściowych butów i założenie jesiennego czarnego płaszcza.
- Selar.Zawołał skrzatkę, a ta od razu się zjawiła.
- Wychodzimy się przejść, gdyby ktoś nas szukał.
Poinformował skrzatkę, która przyjęła do wiadomości informację i spojrzał na córkę, dając znać, że mogą wychodzić. Upewnił się jeszcze, że miał wszsytko ze soląco niezbędne, w tym różdżkę.