08.12.2024, 19:52 ✶
Ból nigdy nie był ostrzeżeniem.
Był przypomnieniem, że jest się niczym i wszystkim zarazem. Był pętlą, którą zakładał mu na szyję Orfeusz, deklamując wiersze tak długo, aż bratanek zwijał się w agonii na brudnej posadzce. Zawsze tak blisko upragnionego końca, nigdy nie pozwalając zasmakować wieczności.
W udręczonym umyśle chłopaka ból był jednocześnie słodką nagrodą, karą i obietnicą. Z bólem wiązały się wszelkie cielesne i mentalne przyjemności, przed którymi tylko głupiec by uciekał.
Ból też był świetnym nauczycielem. Uczył na przykład, że lepiej nie szarpać się z niepoczytalnymi babsztylami.
Ale Baldwin był cholernie słabym uczniem.
Puścił ją natychmiast, gdy usłyszał trzask kości i swoje własne “kurwa mać!” wywrzeszczane w pustych ścianach Eurydyki. Świat na parę sekund stał się całkiem biały, kiedy mózg próbował zrozumieć co się właśnie działo.
Przypierdoliła mu. Okej, zasłużył. Pewnie. Wredna pizda. Bolało. Kurewsko bolało. Kurwa. Poczuł coś ciepłego na twarzy, ale nie był w stanie określić czy się tylko osmarkał czy to jednak krew. Zwłaszcza, że przez zawalony nos nie czuł już nic. Zamrugał parokrotnie, ale świat nadal wirował na tyle, że wolał zacisnąć powieki.
Nie zdążył nawet zareagować, kiedy się na niego rzuciła. Nie walczył, nie rzucał się. Co więcej różdżka została natychmiast wepchnięta w dłonie swojej właścicielki. Zbyt szybko. Wszystko poszło za łatwo.
Zupełnie jakby tego od niej właśnie chciał.
Dopiero, gdy zaliczył randez-vous z chłodną, kamienną podłogą, zdobył się żeby znów otworzyć oczy. Oddychał ciężko, w półmroku starając się po pierwsze nie zrzygać z bólu, a po drugie - dostrzec każdą emocję na twarzy Moody.
Chciał jej wściekłości. Jej żądzy. Nienawiści. Bogowie ileż by dał, żeby znalazła w sobie na tyle siły, żeby wepchnąć go w otchłań cierpienia.
Nawet teraz, leżąc pod nią na plecach, na twarzy Malfoya malował się ten paskudny, prowokacyjny uśmieszek.
Rzuć zaklęcie.
Przecież je znała. Znała je wszystkie. Wystarczyło tylko, żeby przestała się nad sobą użalać. Oblizał zęby, czując metaliczny posmak krwi. Ta wciąż lała się wąską strużką z rozwalonego nosa, brudząc jego usta, policzek i barwiąc srebrne włosy.
- Wystarczyło… zwykłe… tak.- Wyrzęził, z trudem łapiąc oddech. Nie próbował się oszukiwać. Nie próbował jej oszukiwać. Mogli pieprzyć marne podróbki, ale to nigdy nie było to. Byli w tym tak obrzydliwie żałośni. Przełknął z trudem ślinę. Tak blisko tego co naprawdę chcieli; praktycznie na wyciągnięcie ręki po fiolkę eliksiru wielosokowego. A wciąż, tak kurewnie daleko.
Otarł opuszkami palców, zbierającą się pod nosem krew, po czym roztarł ją o dolną wargę wiszącej nad nim Moody. Masz sprawdź, czy tak czysta krew smakuje lepiej.
Przez to wszystko nawet przestał zwracać uwagę na pobrzękujące nadal radio. W uszach mu łomotało od bólu, miał problem żeby skupić się na czymkolwiek innym niż twarz Millie.
Wise man say… Only fools rush in…
Co? Gorszego szmelcu już nie mogli zagrać? Speaker się z mózgiem na troll pozamieniał, że zapuszczał smętne miłosne kawałki o tej godzinie?!
- Ja pierdolę.- Jęknął, dopiero teraz dociskając palce do pokiereszowanego nosa. Mugolski tandeciarz sprzed lat właśnie zawodził kolejne wersy swojej ballady.- Jak mnie teraz… zajebiesz… to przysięgam, że…- musiał przerwać na moment, akurat w momencie, gdy Presley zawył “But I can’t help falling in love with you.”- Będę cię nawiedzać bardziej… niż Marta damski kibel.
Był przypomnieniem, że jest się niczym i wszystkim zarazem. Był pętlą, którą zakładał mu na szyję Orfeusz, deklamując wiersze tak długo, aż bratanek zwijał się w agonii na brudnej posadzce. Zawsze tak blisko upragnionego końca, nigdy nie pozwalając zasmakować wieczności.
W udręczonym umyśle chłopaka ból był jednocześnie słodką nagrodą, karą i obietnicą. Z bólem wiązały się wszelkie cielesne i mentalne przyjemności, przed którymi tylko głupiec by uciekał.
Ból też był świetnym nauczycielem. Uczył na przykład, że lepiej nie szarpać się z niepoczytalnymi babsztylami.
Ale Baldwin był cholernie słabym uczniem.
Puścił ją natychmiast, gdy usłyszał trzask kości i swoje własne “kurwa mać!” wywrzeszczane w pustych ścianach Eurydyki. Świat na parę sekund stał się całkiem biały, kiedy mózg próbował zrozumieć co się właśnie działo.
Przypierdoliła mu. Okej, zasłużył. Pewnie. Wredna pizda. Bolało. Kurewsko bolało. Kurwa. Poczuł coś ciepłego na twarzy, ale nie był w stanie określić czy się tylko osmarkał czy to jednak krew. Zwłaszcza, że przez zawalony nos nie czuł już nic. Zamrugał parokrotnie, ale świat nadal wirował na tyle, że wolał zacisnąć powieki.
Nie zdążył nawet zareagować, kiedy się na niego rzuciła. Nie walczył, nie rzucał się. Co więcej różdżka została natychmiast wepchnięta w dłonie swojej właścicielki. Zbyt szybko. Wszystko poszło za łatwo.
Zupełnie jakby tego od niej właśnie chciał.
Dopiero, gdy zaliczył randez-vous z chłodną, kamienną podłogą, zdobył się żeby znów otworzyć oczy. Oddychał ciężko, w półmroku starając się po pierwsze nie zrzygać z bólu, a po drugie - dostrzec każdą emocję na twarzy Moody.
Chciał jej wściekłości. Jej żądzy. Nienawiści. Bogowie ileż by dał, żeby znalazła w sobie na tyle siły, żeby wepchnąć go w otchłań cierpienia.
Nawet teraz, leżąc pod nią na plecach, na twarzy Malfoya malował się ten paskudny, prowokacyjny uśmieszek.
Rzuć zaklęcie.
Przecież je znała. Znała je wszystkie. Wystarczyło tylko, żeby przestała się nad sobą użalać. Oblizał zęby, czując metaliczny posmak krwi. Ta wciąż lała się wąską strużką z rozwalonego nosa, brudząc jego usta, policzek i barwiąc srebrne włosy.
- Wystarczyło… zwykłe… tak.- Wyrzęził, z trudem łapiąc oddech. Nie próbował się oszukiwać. Nie próbował jej oszukiwać. Mogli pieprzyć marne podróbki, ale to nigdy nie było to. Byli w tym tak obrzydliwie żałośni. Przełknął z trudem ślinę. Tak blisko tego co naprawdę chcieli; praktycznie na wyciągnięcie ręki po fiolkę eliksiru wielosokowego. A wciąż, tak kurewnie daleko.
Otarł opuszkami palców, zbierającą się pod nosem krew, po czym roztarł ją o dolną wargę wiszącej nad nim Moody. Masz sprawdź, czy tak czysta krew smakuje lepiej.
Przez to wszystko nawet przestał zwracać uwagę na pobrzękujące nadal radio. W uszach mu łomotało od bólu, miał problem żeby skupić się na czymkolwiek innym niż twarz Millie.
Wise man say… Only fools rush in…
Co? Gorszego szmelcu już nie mogli zagrać? Speaker się z mózgiem na troll pozamieniał, że zapuszczał smętne miłosne kawałki o tej godzinie?!
- Ja pierdolę.- Jęknął, dopiero teraz dociskając palce do pokiereszowanego nosa. Mugolski tandeciarz sprzed lat właśnie zawodził kolejne wersy swojej ballady.- Jak mnie teraz… zajebiesz… to przysięgam, że…- musiał przerwać na moment, akurat w momencie, gdy Presley zawył “But I can’t help falling in love with you.”- Będę cię nawiedzać bardziej… niż Marta damski kibel.