09.12.2024, 18:04 ✶
Woody mógł osłaniać się dowoli tym, że zjawił się tu w trosce o bezpieczeństwo Tessy — tak zresztą przede wszystkim było — lecz jednocześnie nie mógł zaprzeczyć, że możliwość stanięcia pierwszy raz od lat u jej boku była niebezpiecznie przyjemnym dodatkiem. Gdy czuł zaciśnięte na swoim ramieniu palce, nawet jeśli nieco boleśnie, przepełniało go błogie wrażenie, że wrócił do domu; jakby zatrzaśnięty w jej szponach znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien zawsze być.
Wiedział, że tak się to skończy, dlatego latami nie pojawiał się w jej polu widzenia i skrupulatnie ozdabiał Quintessa najgorszymi przymiotnikami, aby zmniejszać pokusy. A teraz wszystkie te starania miały spełznąć na niczym.
— Jacy oni? — Początkowo przyrżnął głupa, lecz nie mógł powstrzymać się od odbicia ociekającej jadem piłeczki: — Nie wszyscy są takimi obibokami jak ty czy ja, mon cheri. Brenna nie ma tyle wolnego czasu, żeby błąkać się bez celu po przyjęciach — dokończył szeptem, w widoczny sposób ubawiony tym, że Tessa dała się wciągnąć w jego odwieczną grę polegającą na przerzucaniu się błotem.
Nie potrzebował jej sympatii. Tak? Nie potrzebował. Nie szukał drogi powrotnej do jej życia, nie mógł tego przyrzeczenia stracić z oczu. Było przecież wręcz przeciwnie: planował zepchnąć ją z obecnej ścieżki, aby nie skrzyżowała się z jego ścieżką. Gdyby bowiem Longbottomowa pozostała w Zakonie Feniksa, do przecięcia ich dróg niechybnie by doszło, a to… to zmusiłoby go do skonfrontowania się z nią oraz z decyzjami podjętymi w przeszłości. I wiedział, to również cholernie dobrze wiedział, że zacznie swoje wybory kwestionować w momencie, w którym nad Quintessą zawiśnie choćby cień niebezpieczeństwa.
Komplikacje z umieszczenia ich dwojga w jednym pomieszczeniu pojawiły się błyskawicznie, potwierdzając tezę, że państwa Longbottom nie powinno się dopuszczać do siebie na odległość stu metrów. Ta krótka, lecz absorbująca wymiana złośliwości kosztowała ich ryzyko porażki, Ebenezera zaś ryzyko zgonu.
Z dobrych wiadomości Woody mimochodem odłowił jedynie fakt, że byli świadkowie, którzy widzieli osobę, z którą odszedł Creighton. Wyciąganie wspomnień ze świadków było zaś specjalnością czarodzieja i nie raz już ani nie dwa pomogło mu to w ujęciu sprawców. Szkoda tylko, że post factum.
Mimo że mężczyzna skupił się na odnalezieniu wzrokiem wspomnianego trzeciego filaru, nie umknęła mu — dojrzana kątem oka — Tessa zerująca kieliszek.
— Patrzcie no, kiedy zamieniłaś się w starą pijaczkę? — rzucił mimochodem z przekąsem, po czym sprawnie ruszył za czarownicą. Szedł bliżej niż to było konieczne, kilka razy w trakcie marszu przez salę jego palce niby to przypadkiem otarły się o wierzch jej rękawiczki. Tylko trochę, tylko na ulotną sekundę. — Nikt nikomu niczym nie przypieprzy, przestań dramatyzować — dodał dla balansu, coby nie zgubić się w swoich własnych postanowieniach.
A o tym, co rzeczywiście działo się z Ebenezerem, nie miał bladego pojęcia. Gadał tak tylko dla podniesienia morale i aby nie siać paniki. Nie podejrzewał co prawda Tessy o utratę zimnej krwi, ale trochę manifestacji nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
Longbottomowie pokręcili się chwilę przy filarze. Zupełnie normalna para: czarownica surowym okiem oceniająca barwę łososia ściśniętego na koreczku między cukinią a serem oraz czarodziej analizujący zawartość wazy z ponczem. Gdy w wyniku tych przyczajonych wygibów zyskali pewność, że nikt nie patrzy w ich stronę, wślizgnęli się dyskretnie na zaplecze.
Gdy zamknęły się za nimi cichutko drzwi, znaleźli się sami w niewielkim pomieszczeniu zastawionym regałami magazynowymi. Było tu wszystko, co obsługa sali winna mieć pod ręką: zapasowe serwety i obrusy, lampiony, kompozycje kwiatowe i tym podobne akcesoria. Uwagę przykuwały zaś przede wszystkim drzwi, które odgradzały zwaśnionych kochanków od zejścia do wspomnianych przez Tessę piwnic. Drzwi — można się było tego spodziewać — zabezpieczone i to nie tylko tabliczką: wstęp wyłącznie dla personelu. Tarp mimo to nacisnął kilka razy klamkę, która ani drgnęła. Tak dla pewności.
Warstwę ochronną utrzymywał prosty szyfr numerologiczny, który Woody bez zainteresowania omiótł wzrokiem. Dla niego te cyferki wyryte na framudze znaczyły tyle co nic. Dla doświadczonej szyfrołamaczki jawiły się bez wątpienia jako banalna łamigłówka, ale ex-brygadzista też miał swój plan.
— Rozwalę je — zadeklarował ogniście, wyciągając różdżkę. — Tylko nas osłoń silcencio, żeby na sali nie słyszeli.
Wiedział, że tak się to skończy, dlatego latami nie pojawiał się w jej polu widzenia i skrupulatnie ozdabiał Quintessa najgorszymi przymiotnikami, aby zmniejszać pokusy. A teraz wszystkie te starania miały spełznąć na niczym.
— Jacy oni? — Początkowo przyrżnął głupa, lecz nie mógł powstrzymać się od odbicia ociekającej jadem piłeczki: — Nie wszyscy są takimi obibokami jak ty czy ja, mon cheri. Brenna nie ma tyle wolnego czasu, żeby błąkać się bez celu po przyjęciach — dokończył szeptem, w widoczny sposób ubawiony tym, że Tessa dała się wciągnąć w jego odwieczną grę polegającą na przerzucaniu się błotem.
Nie potrzebował jej sympatii. Tak? Nie potrzebował. Nie szukał drogi powrotnej do jej życia, nie mógł tego przyrzeczenia stracić z oczu. Było przecież wręcz przeciwnie: planował zepchnąć ją z obecnej ścieżki, aby nie skrzyżowała się z jego ścieżką. Gdyby bowiem Longbottomowa pozostała w Zakonie Feniksa, do przecięcia ich dróg niechybnie by doszło, a to… to zmusiłoby go do skonfrontowania się z nią oraz z decyzjami podjętymi w przeszłości. I wiedział, to również cholernie dobrze wiedział, że zacznie swoje wybory kwestionować w momencie, w którym nad Quintessą zawiśnie choćby cień niebezpieczeństwa.
Komplikacje z umieszczenia ich dwojga w jednym pomieszczeniu pojawiły się błyskawicznie, potwierdzając tezę, że państwa Longbottom nie powinno się dopuszczać do siebie na odległość stu metrów. Ta krótka, lecz absorbująca wymiana złośliwości kosztowała ich ryzyko porażki, Ebenezera zaś ryzyko zgonu.
Z dobrych wiadomości Woody mimochodem odłowił jedynie fakt, że byli świadkowie, którzy widzieli osobę, z którą odszedł Creighton. Wyciąganie wspomnień ze świadków było zaś specjalnością czarodzieja i nie raz już ani nie dwa pomogło mu to w ujęciu sprawców. Szkoda tylko, że post factum.
Mimo że mężczyzna skupił się na odnalezieniu wzrokiem wspomnianego trzeciego filaru, nie umknęła mu — dojrzana kątem oka — Tessa zerująca kieliszek.
— Patrzcie no, kiedy zamieniłaś się w starą pijaczkę? — rzucił mimochodem z przekąsem, po czym sprawnie ruszył za czarownicą. Szedł bliżej niż to było konieczne, kilka razy w trakcie marszu przez salę jego palce niby to przypadkiem otarły się o wierzch jej rękawiczki. Tylko trochę, tylko na ulotną sekundę. — Nikt nikomu niczym nie przypieprzy, przestań dramatyzować — dodał dla balansu, coby nie zgubić się w swoich własnych postanowieniach.
A o tym, co rzeczywiście działo się z Ebenezerem, nie miał bladego pojęcia. Gadał tak tylko dla podniesienia morale i aby nie siać paniki. Nie podejrzewał co prawda Tessy o utratę zimnej krwi, ale trochę manifestacji nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
Longbottomowie pokręcili się chwilę przy filarze. Zupełnie normalna para: czarownica surowym okiem oceniająca barwę łososia ściśniętego na koreczku między cukinią a serem oraz czarodziej analizujący zawartość wazy z ponczem. Gdy w wyniku tych przyczajonych wygibów zyskali pewność, że nikt nie patrzy w ich stronę, wślizgnęli się dyskretnie na zaplecze.
Gdy zamknęły się za nimi cichutko drzwi, znaleźli się sami w niewielkim pomieszczeniu zastawionym regałami magazynowymi. Było tu wszystko, co obsługa sali winna mieć pod ręką: zapasowe serwety i obrusy, lampiony, kompozycje kwiatowe i tym podobne akcesoria. Uwagę przykuwały zaś przede wszystkim drzwi, które odgradzały zwaśnionych kochanków od zejścia do wspomnianych przez Tessę piwnic. Drzwi — można się było tego spodziewać — zabezpieczone i to nie tylko tabliczką: wstęp wyłącznie dla personelu. Tarp mimo to nacisnął kilka razy klamkę, która ani drgnęła. Tak dla pewności.
Warstwę ochronną utrzymywał prosty szyfr numerologiczny, który Woody bez zainteresowania omiótł wzrokiem. Dla niego te cyferki wyryte na framudze znaczyły tyle co nic. Dla doświadczonej szyfrołamaczki jawiły się bez wątpienia jako banalna łamigłówka, ale ex-brygadzista też miał swój plan.
— Rozwalę je — zadeklarował ogniście, wyciągając różdżkę. — Tylko nas osłoń silcencio, żeby na sali nie słyszeli.
piw0 to moje paliwo