10.12.2024, 22:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2024, 22:36 przez Lorien Mulciber.)
Z odpowiedzią zaczekała aż dziewczyna spokojnie się ogarnie i rozsiądzie w fotelu naprzeciw. Przyglądała jej się, analizowała każdy ruch, choć mało w tym spojrzeniu było z “sędzi Mulciber” za to dużo więcej z “cioci Lorien”. Tej nieco zbyt surowej (jakby sama nigdy młoda nie była!), ale zawsze gotowej wysłuchać i poradzić, którą młoda Mulciberówna znała z domu.
- To mało rozważne. Zaczyna padać.- Odpowiedziała spokojnie, może nieco nawet rozbawiona pomysłem spotkania się na ławce w parku. Może jeszcze miała pić kawę z papierowego kubeczka albo karmić kaczki suchym chlebem albo… Nie była pewna co się jeszcze robi w parku. Zrobiła tą lekko pobłażliwą minę, którą Scarlett czasem pewnie mogła dostrzec i na obliczu swojej prababki. Jakby przesiadywanie na ławce w parku było poniżej ich godności.
Ponoć gwiazdy umierały w ciszy bezkresnego kosmosu, błyszcząc wówczas najmocniej. Ale co gdyby gwiazdy rodziły się ze świadomością, że ich żywot będzie beznadziejnie krótki? Apatia Lorien nie wynikała z wielkiej, romantycznej tęsknoty za zmarłym mężem; jej zmęczenie więcej miało wspólnego z ciężarem klątwy niż złożeniem ciała Mulcibera do trumny.
Ścisnęła delikatnie dłonie Scarlett, posyłając jej uważne spojrzenie. Zaśmiała się krótko. Może nieco sztucznie, ale przynajmniej przez moment jej pozbawiona głębszego wyrazu twarz nareszcie nabrała jakiś ludzkich rysów.
- Cóż. Rosierowie to cudotwórcy.- Zniżyła głos do niemal konspiracyjnego szeptu. I rzeczywiście - zapewne, gdyby była ubrana w tanie szaty, wyglądałaby o wiele bardziej żałośnie; teraz sprawiała wrażenie, że po rozpłakaniu się miała wyciągnąć z torebki parę mugolskich funtów i otrzeć nimi swoje łzy.
- Mia cara. Prosiłam, żebyś się o mnie nie martwiła, prawda? Jestem… - Szczęśliwa? Pod dobrą opieką? Z kimś kto nie mógłby mnie kochać bardziej? -... bezpieczna.- Odpowiedziała lakonicznie.- Może troszkę bardziej zmęczona, ale któż z nas nie jest. To nie był najłatwiejszy czas.
Cofnęła ostrożnie dłonie, gdy temat zszedł na Charlie’go. Cała się zresztą odsunęła, na tyle by móc się oprzeć wygodnie o miękki materiał fotela. Bez większego pośpiechu, co by nie wyszło, że temat jest dla niej jakkolwiek nieprzyjemny. Ot pozycja była zwyczajnie niekomfortowa, nic więcej!
- Próbowałam to bardzo dobre słowo.
Nie wyglądała na szczególnie przejętą całą sytuacją z Charliem. Ta spłynęła po niej jak woda po wilgowronich skrzydłach. Z trudem powstrzymała jednak prychnięcie, choć rzeczywiście zmarszczyła brwi. Była co najwyżej… poirytowana? Rozczarowana? Ale z pewnością nie wydawała się zaskoczona, że Scarlett o tym wszystkim wiedziała.
- Nie chcę powiedzieć, że przeceniłam Twojego brata, to byłby niesprawiedliwy osąd, ale…- Zawiesiła głos, pozwalając słynnemu “ale” wybrzmieć w powietrzu przez kilka ciągnących się w nieskończoność sekund.- obawiam się, że imię, którym się tak chętnie afiszuje nie jest jedyną rzeczą jaką przejął w spadku po moim mężu.
- To mało rozważne. Zaczyna padać.- Odpowiedziała spokojnie, może nieco nawet rozbawiona pomysłem spotkania się na ławce w parku. Może jeszcze miała pić kawę z papierowego kubeczka albo karmić kaczki suchym chlebem albo… Nie była pewna co się jeszcze robi w parku. Zrobiła tą lekko pobłażliwą minę, którą Scarlett czasem pewnie mogła dostrzec i na obliczu swojej prababki. Jakby przesiadywanie na ławce w parku było poniżej ich godności.
Ponoć gwiazdy umierały w ciszy bezkresnego kosmosu, błyszcząc wówczas najmocniej. Ale co gdyby gwiazdy rodziły się ze świadomością, że ich żywot będzie beznadziejnie krótki? Apatia Lorien nie wynikała z wielkiej, romantycznej tęsknoty za zmarłym mężem; jej zmęczenie więcej miało wspólnego z ciężarem klątwy niż złożeniem ciała Mulcibera do trumny.
Ścisnęła delikatnie dłonie Scarlett, posyłając jej uważne spojrzenie. Zaśmiała się krótko. Może nieco sztucznie, ale przynajmniej przez moment jej pozbawiona głębszego wyrazu twarz nareszcie nabrała jakiś ludzkich rysów.
- Cóż. Rosierowie to cudotwórcy.- Zniżyła głos do niemal konspiracyjnego szeptu. I rzeczywiście - zapewne, gdyby była ubrana w tanie szaty, wyglądałaby o wiele bardziej żałośnie; teraz sprawiała wrażenie, że po rozpłakaniu się miała wyciągnąć z torebki parę mugolskich funtów i otrzeć nimi swoje łzy.
- Mia cara. Prosiłam, żebyś się o mnie nie martwiła, prawda? Jestem… - Szczęśliwa? Pod dobrą opieką? Z kimś kto nie mógłby mnie kochać bardziej? -... bezpieczna.- Odpowiedziała lakonicznie.- Może troszkę bardziej zmęczona, ale któż z nas nie jest. To nie był najłatwiejszy czas.
Cofnęła ostrożnie dłonie, gdy temat zszedł na Charlie’go. Cała się zresztą odsunęła, na tyle by móc się oprzeć wygodnie o miękki materiał fotela. Bez większego pośpiechu, co by nie wyszło, że temat jest dla niej jakkolwiek nieprzyjemny. Ot pozycja była zwyczajnie niekomfortowa, nic więcej!
- Próbowałam to bardzo dobre słowo.
Nie wyglądała na szczególnie przejętą całą sytuacją z Charliem. Ta spłynęła po niej jak woda po wilgowronich skrzydłach. Z trudem powstrzymała jednak prychnięcie, choć rzeczywiście zmarszczyła brwi. Była co najwyżej… poirytowana? Rozczarowana? Ale z pewnością nie wydawała się zaskoczona, że Scarlett o tym wszystkim wiedziała.
- Nie chcę powiedzieć, że przeceniłam Twojego brata, to byłby niesprawiedliwy osąd, ale…- Zawiesiła głos, pozwalając słynnemu “ale” wybrzmieć w powietrzu przez kilka ciągnących się w nieskończoność sekund.- obawiam się, że imię, którym się tak chętnie afiszuje nie jest jedyną rzeczą jaką przejął w spadku po moim mężu.